Polskie wody w coraz gorszym stanie. Beata Olejarz, prezes PZW, o skali problemu

4 godzin temu
Zdjęcie: wędkarze


Polskie wody nie tracą już tylko jakości. Coraz częściej tracą również swój dawny charakter: rzeki z lipieniem, potoki z pstrągiem, tętniące życiem starorzecza i jeziora, które latem nie cierpiały z powodu deficytu tlenu, coraz częściej są przeszłością. Wędkarze obserwują zachodzące zmiany z bliska i alarmują, iż degradacja małych cieków, nasilająca się presja klimatyczna, zanieczyszczenia oraz kolejne katastrofy ekologiczne składają się dziś na jeden z najpoważniejszych kryzysów środowiska wodnego w Polsce. O tym, jak zmieniają się rzeki i jeziora, opowiada Beata Olejarz, prezes Polskiego Związku Wędkarskiego.

Agnieszka Hobot: Wędkarze są jedną z największych grup korzystających z zasobów wód w Polsce. Jak z perspektywy Polskiego Związku Wędkarskiego zmienił się w ostatnich latach stan rzek i jezior oraz jakie procesy zachodzące w środowisku wodnym są dziś najbardziej niepokojące?

Beata Olejarz: Stan wód w Polsce jest zróżnicowany, jednak moim zdaniem generalnie i systematycznie się pogarsza. Wynika to z wielu czynników, ale chyba najbardziej istotnym w tej chwili są zmiana klimatu, która powoduje obniżanie się poziomu wód, oraz zanieczyszczenia. Zresztą czynniki te działają synergicznie. Bardzo często wzrost stężenia zanieczyszczeń wynika z mniejszej objętości wody, w której się one rozpuszczają. Do tego dochodzi eutrofizacja, zwłaszcza jezior i zbiorników zaporowych. My jako wędkarze obserwujemy zmiany zachodzące w zespołach ryb. Coraz mniej licznie występują zwłaszcza gatunki szlachetne. W potokach czy rzekach, kiedyś pełnych pstrągów czy lipieni, w tej chwili żyją prawie wyłącznie drobne klenie. Bardzo rzadko w rejestrach połowów wędkarskich, które prowadzimy, pojawia się miętus. Znacznie mniejszy udział mają też gatunki rzeczne, np. brzana czy świnka. Podobnie jest w jeziorach czy zbiornikach zaporowych, które użytkujemy. Widać bardzo niekorzystne zmiany zarówno w zespołach ryb, jak i w stanie środowiska, na przykład przyduchy letnie występują coraz częściej choćby na dużych zbiornikach. Są też katastrofy ekologiczne, choćby te, które dotknęły Odrę czy ostatnio Wkrę. Dla nas takie zjawiska to nie tylko śnięcia ryb, ale bardzo często zniweczenie efektów wieloletniej pracy włożonej w odtwarzanie populacji zanikających gatunków, jak miało to miejsce na Odrze czy na Wkrze.

Patrząc globalnie, chyba najbardziej niepokoi nas zmiana klimatu, ponieważ tak naprawdę nie wiemy, czym ona się skończy dla ryb. Bardzo realnie liczymy się z możliwością, iż niektóre wrażliwe gatunki, pomimo wysiłków wkładanych w ich utrzymanie, znikną z naszych wód, zwłaszcza w regionach szczególnie dotkniętych anomaliami. Wspominałam już o zastępowaniu w wielu wodach pstrąga i lipienia przez klenia, ale są jeszcze inne negatywne zjawiska, jak chociażby epidemie chorób, na które wcześniej nie zapadały polskie ryby. Dlatego właśnie nasze największe obawy budzi postępująca zmiana klimatu – niesie ze sobą nieprzewidywalne, długofalowe skutki dla łowisk.

A.H.: Małe rzeki, starorzecza i drobne cieki często znikają z debaty publicznej, choć pełnią istotną funkcję dla bioróżnorodności i retencji krajobrazowej. Czy wędkarze obserwują postępującą degradację tych ekosystemów i jakie skutki ma to dla populacji ryb oraz innych organizmów wodnych?

B.O.: Tę sytuację obserwujemy od dawna i alarmujemy o niej władze. W tej chwili jesteśmy choćby partnerem SGGW w projekcie IRENE, którego celem jest określenie skali występowania zjawiska wysychania rzek i potoków w Polsce. Dla wędkarzy jest to zjawisko szczególnie groźne, ponieważ drobne cieki czy zbiorniki często odgrywają kluczową rolę w rozrodzie ryb. Ich zanikanie powoduje więc spadek naturalnej rekrutacji cennych z wędkarskiego punktu widzenia gatunków, jak np. pstrąg potokowy, szczupak, świnka, brzana czy miętus. Bardzo niepokoi nas ta sytuacja, ponieważ w prostej linii prowadzi do spadku atrakcyjności wędkarskiej wód. Ponadto, aby zachować populacje cennych gatunków ryb, musimy ponosić większe nakłady na zarybienia. Pociąga to za sobą wymierne koszty ekonomiczne, za które płacą jednostkowi wędkarze, bo to z ich składek finansowane są te działania.

Wiosenne tarło ryb słodkowodnych i ich niezwykłe strategie przetrwania

A.H.: Wody śródlądowe to nie tylko siedliska ryb. Jak z perspektywy terenowych obserwacji wędkarzy wyglądają zmiany w całych zespołach gatunków związanych z wodą – ptakach, płazach czy bezkręgowcach? Czy są zjawiska, które w ostatnich latach szczególnie zaskoczyły środowisko wędkarskie?

B.O.: Te niekorzystne zmiany chyba najlepiej dostrzegają starsi wędkarze. W rozmowach z nimi często słyszę, iż łowisko, na którym bywają od lat, bardzo się zmieniło, iż nie słyszą już głosów ptaków, które w dzieciństwie towarzyszyły im w wędkowaniu. Zwracają również uwagę na fakt, iż coraz mniej jest płazów. Kiedyś do zbiorników na gody przychodziły tysiące osobników. Teraz pojawiają się pojedyncze lub wcale.

Ale wędkarze dostrzegają też inne zmiany na swoich wodach. Zmiany wynikające nie z ubytku, a nadmiaru. Tu sztandarowym przykładem jest kormoran czarny, który w pierwszej dekadzie XXI w. zaczął zimować na terenie Polski, a jego stale wzrastająca populacja w roku 2024, zgodnie z danymi GIOŚ, liczyła około 59 tys. osobników. To bardzo duży problem dla użytkowanych przez nas rzek, zwłaszcza w powiązaniu z zanieczyszczeniami i niskimi stanami wód zimą. Po tej zimie prawdopodobne jest, iż w wielu rzekach kormorany spowodowały krytyczne zmniejszenie populacji ryb.

A.H.: Coraz częściej mówi się o wędkarzach jako o potencjalnych strażnikach rzek. Na ile środowisko wędkarskie może realnie wspierać ochronę wód – poprzez monitoring, zgłaszanie zagrożeń czy działania na rzecz renaturyzacji?

B.O.: Byliśmy Strażnikami Wód na długo przed powstaniem tej koncepcji. Już na początku lat 80. XX w. Wiadomości Wędkarskie publikowały listy trucicieli, co – biorąc pod uwagę ówczesny system – było aktem odwagi. Zresztą wędkarze zawsze działali na rzecz ochrony wód. w tej chwili większość (jeśli nie wszyscy) członków Społecznej Straży Rybackiej to wędkarze. Zanim powołano SSR, byli najliczniejszą grupą wśród Strażników Przyrody, działających w ramach struktur LOP. Bez ich zaangażowania społecznego w ochronę wód nie udałoby się np. opanować fali kłusownictwa, która wybuchła w latach 80. i 90. ubiegłego wieku, w okresie transformacji ustrojowej. Także w tej chwili ich rola w ochronie wód jest ogromna, ponieważ są stale obecni nad wodą i widzą najwięcej. Nie prowadzimy statystyk, ale prawdopodobnie większość sygnałów o zanieczyszczeniach kierowanych do WIOŚ pochodzi właśnie od nas. Inna sprawa, co dalej się z tymi sygnałami dzieje, a w zasadzie nie dzieje. Jak prawdopodobnie Pani wie, znaczna część naszych alarmów środowiskowych ginie bez echa. w tej chwili większość okręgów PZW posiada podstawowe wyposażenie niezbędne do oceny parametrów wody, takich jak: zawartość tlenu, pH i przewodność, co pozwala na bardzo szybkie określenie efektu zanieczyszczenia. Moim zdaniem społeczny monitoring wód bez udziału wędkarzy jest z góry skazany na porażkę.

A.H.: Wędkarstwo bywa postrzegane jako forma rekreacji, ale wielu wędkarzy mówi o głębokiej potrzebie przebywania nad wodą. Jak – z Pani doświadczenia – kontakt z rzeką czy jeziorem wpływa na sposób postrzegania przyrody i budowanie odpowiedzialności za środowisko?

B.O.: Na pewno zmienia to punkt widzenia ludzi uprawiających wędkarstwo i uwrażliwia ich na piękno przyrody. Niestety, w tak dużej zbiorowości jak PZW zdarzają się także osoby o niskiej wrażliwości na świat. Stanowią one jednak niewielki odsetek. Według przeprowadzonych przez nas badań ankietowych większość wędkarzy kontakt z przyrodą traktuje jako jedną z podstawowych korzyści wiążących się z uprawianiem wędkarstwa. Co samo przez się buduje odpowiedzialność za środowisko i przyrodę. Wielu wędkarzy, zwłaszcza młodszych, uczestniczy w akcjach sprzątania brzegów jezior i rzek czy podejmuje działania renaturyzacyjne w porozumieniu z odpowiednimi instytucjami państwowymi.

My jednak nie pozostawiamy tych spraw samych sobie. Prowadzimy bardzo szeroką działalność edukacyjną wśród wędkarzy, zwłaszcza dzieci i młodzieży, starając się kształtować ich przyszłe postawy w taki sposób, aby swoje hobby realizowali odpowiedzialnie, w „harmonii z naturą”. Wydaje mi się, iż połączenie edukacji ekologicznej z hobby to najlepszy sposób, aby wpoić młodym poszanowanie dla otaczającej przyrody. Szczególnie, iż coraz więcej dzieci i młodzieży jest zainteresowanych wędkarstwem. Obecna liczba tzw. członków uczestników, czyli członków Związku poniżej 16 roku życia, wynosi około 70 tys. Mamy więc kogo „zarażać” miłością do przyrody. Działania edukacyjne prowadzimy oczywiście także wśród starszych. w tej chwili wypłynęliśmy na szersze wody i realizujemy w szkołach podstawowych projekt Ryby i ich dom, mający zapoznać dzieci z tym, co w wodzie piszczy. Ta praca u podstaw już przynosi pierwsze efekty. Widać to choćby po tym, iż sami wędkarze inicjują ograniczenia w połowach celem ochrony ryb, co potem znajduje odzwierciedlenie w regulaminach łowisk.

Beata Olejarz; zdj. Polski Związek Wędkarski

A.H.: Jako pierwsza kobieta stojąca na czele Polskiego Związku Wędkarskiego kieruje Pani organizacją liczącą setki tysięcy członków i działającą bezpośrednio w terenie. Czy takie bliskie naturze zarządzanie strukturą zmienia sposób patrzenia na gospodarkę rybacką i ochronę wód w Polsce?

B.O.: Na pewno tak, chociaż już wcześniej, aktywnie uczestnicząc w działaniach Związku, wyrobiłam sobie podejście do pewnych spraw i do dziś pozostało ono niezmienione. Zresztą wiele z wcześniejszych obserwacji, doświadczeń i pomysłów staram się realizować, korzystając z obecnych możliwości. Mając do dyspozycji dane ze wszystkich okręgów PZW, widzę wyraźnie skalę i zakres zmian, jakie zachodzą w wodach i jakie działania prowadzi Związek, aby im zapobiegać. jeżeli chodzi o gospodarkę rybacką, to traktuję ją jako sposób ograniczania niekorzystnych zmian w ichtiofaunie, czy to przez pozyskiwanie tarlaków na potrzeby produkcji materiału zarybieniowego, czy też kształtowanie adekwatnej struktury zespołu ryb, np. w zbiornikach silnie zeutrofizowanych. Jako Związek odchodzimy coraz bardziej od klasycznego rybołówstwa, mającego na celu pozyskiwanie tylko i wyłącznie ryb. Nie tylko ze względu na poglądy wędkarzy, ale także czynniki środowiskowe. Są oczywiście nieliczne miejsca, gdzie gospodarka rybacka jest przez cały czas prowadzona, ale wynika to z zapisów operatów rybackich, które stanowią o konieczności prowadzenia odłowów gospodarczych w tych miejscach. Tam, gdzie nie ma takiej potrzeby, połowy rybackie nie są prowadzone.

Myślę, iż najbardziej widoczna zmiana mojego sposobu patrzenia na te zagadnienie, odkąd pełnię funkcję Prezesa Związku, to uznanie roli zabiegów gospodarczych jako narzędzi wspierających ochronę zespołów ryb przed degradacją i racjonalne ich stosowanie tylko tam, gdzie jest to niezbędne.

Idź do oryginalnego materiału