Pamięć o wodzie, czyli batalia o rzekę Ślepiotkę i rezerwat Ochojec

1 godzina temu
Zdjęcie: rezerwat Ochojec


Dawniej Ślepiotkę charakteryzował reżim śnieżno-deszczowy (roztopowy), dziś reaguje głównie krótkimi, gwałtownymi wezbraniami po ulewach, po których zostają jedynie kałuże. Znikają gatunki związane z wodą, zmienia się roślinność, a mikroklimat doliny przestaje przypominać ten, który pozwalał przetrwać tu roślinom i owadom o górskim rodowodzie. Rezerwat Ochojec, który powstał po medialnej burzy i wycince pod gazociąg, miał chronić fenomen przyrody. Dziś staje się miejscem zapisu jej powolnej agonii. Dr Parusel mówi wprost: bez wody nie ma ani rzeki, ani lasu, ani lokalnego bezpieczeństwa.

Pierwszą część wywiadu z dr Paruselem przeczytasz w lutowym wydaniu Wodnych Spraw.

Magdalena Gościniak Podziewska: Łączysz rzekę i pamięć hydrologiczną z pamięcią o wydarzeniach, ludziach, kopalni Lucyna, zmianie koryta, groblach, okopach, samym rezerwacie, który powstał po burzy medialnej. Powiedz, jak historia człowieka jest dziś zapisana w korycie rzeki. Jak można ją czytać?

Jerzy Parusel: Ja ją czytam i znam. Tylko mam wrażenie, iż jest coraz gorzej, zwłaszcza jeżeli chodzi o świat żywy. Bo ingerencja była zawsze, ale…

M.G.P.: Spróbujmy po kolei. Co pamiętasz? Była kopalnia.

J.P.: Kopalnia działa od setek lat. A ja pamiętam z dzieciństwa Ślepiotkę, która była pełna wody przez cały rok, mimo wydobycia węgla. Sama obecność 17 gatunków górskich świadczy o tym, iż warunki były kiedyś na tyle stabilne i korzystne, iż właśnie tak wyspecjalizowane organizmy tam osiadły. One mogły być starsze niż kopalnia, ale istniały też jak się pojawiła.

Co się stało później? Nie wiem, czy decydująca była skala wydobycia, czy degradacja całego układu i bilansu wodnego. Mam jednak poczucie, iż to, co działo się od spodu w trakcie ostatnich 200 lat, nałożyło się na to, co jest od góry: brak śniegu, zaburzenie układów termicznych i opadowych.

M.G.P.: Mówiłeś o zmianie koryta – iż w pewnym momencie przestało meandrować.

J.P.: Tak, tylko iż ja pamiętam już tylko koryto przekształcone. Na odcinku, który znałem z dzieciństwa, rzeka płynęła przez parę kilometrów w technicznych rowach: zrekultywowano część kopalni odkrywkowej Lucyna, a koryto wpasowano w rów. Ale na mapach z XVIII w. widać paciorkowy układ trzech stawów w dolinie. To klasyczne: rzeki pracowały na rzecz człowieka. Tylko iż w tamtym układzie była pewna spójność – człowiek korzystał z zasobów, nie niszcząc ich. Wytwarzało to coś na kształt równowagi: woda, ryby, walory przyrodnicze – wszystko przez cały czas istniało, żyło.

A potem stawy zostały zniszczone. Za moich czasów były już tylko trzy groble. Starsi ludzie mówili, iż ten najniższy staw istniał jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku. Ja jednak mam z tym problem – w miejscu dawnej niecki rosną ponad stuletnie olchy. To datowanie się nie zgadza. Być może wody było wtedy już mniej, może zanikał wcześniej — ale cały układ po prostu przepadł.

W dolinie były też układy łąkowe – widać je na mapach. Świadczył o tym między innymi starzec kędzierzawy, także gatunek górski. Dziś go nie ma, bo teren zrekultywowano i posadzono olchy.

M.G.P.: A okopy wzdłuż Ślepiotki?

J.P.: One mogły powstać w lesie, ciągną się od zalesionego wzgórza Wandy w Murckach przez Las Murckowski. Dla mnie zagadką jest ich logika przestrzenna: usytuowanie na prawym brzegu wskazywałoby na okopy obronne przed Niemcami idącymi od zachodu, od strony Mikołowa. Natomiast spotkałem kiedyś w rezerwacie Ochojec starszą kobietę, która mi powiedziała, iż to nie Polacy kopali je w 1939 r., tylko kobiety zmuszone do tego przez NKWD w 1945 r, jako ochronę na wypadek powrotu Niemców. To musieliby sprawdzić historycy, ale wydaje się, iż jest to prawdopodobne…

M.G.P.: Skoro wspomniałeś o rezerwacie, to proszę, czy możesz przywołać jego początki?

J.P.: Myśl o utworzeniu rezerwatu przyrody związana była z odkryciem przeze mnie na tym terenie liczydła górskiego. To było fantastyczne wydarzenie. Mimo iż nie znałem jeszcze wtedy dobrze tej rośliny, wiedziałem, iż jest to coś bardzo rzadkiego i wyjątkowego. Potem skonfrontowałem to z profesorem Mieczkowskim. Potwierdził, iż to gatunek górski. Fenomen: w tak małej dolinie, przy tak niewielkim cieku.

Problem polegał na tym, iż wtedy nie chroniliśmy liczydła. Przez kilka lat było na liście ochrony (od 2001 r.), ale wtedy, gdy walczyłem o rezerwat, to nie był argument dla konserwatora: gatunek górski, botaniczna rzadkość, ale niechroniony.

Rezerwat powstał dopiero wtedy, gdy został zniszczony. Obszar z projektu przecięto przez środek: wykonano zrąb zupełny na pasie o długości 700 m i około 12 m szerokości, żeby poprowadzić gazociąg do budowanego wtedy osiedla Manhattan, czyli osiedla Odrodzenia w Katowicach. Dopiero afera medialna zmusiła konserwatora do reakcji. Dziennikarze trzech regionalnych gazet przyparli go do muru. Dziś trudno sobie wyobrazić taką solidarność mediów w obronie przyrody.

To jedyny znany mi przypadek w historii ochrony przyrody w Polsce, kiedy rezerwat powstał dlatego, iż coś zostało zniszczone – nie dlatego, iż miało być chronione. Paradoks.

M.G.P.: I trochę chichot losu… To, iż w tej chwili mamy rezerwat, daje stabilny kontekst dla pomiarów, jakie wykonujesz.

J.P.: Gdyby rezerwatu nie było, nie miałbym celu pomiarowego czy badawczego. Natomiast zdaję sobie sprawę z tego, iż mogę – o ile życie pozwoli – zabadać Ślepiotkę na śmierć.

M.G.P.: Jesteś świadkiem agonii rzeki. Zapisujesz i dokumentujesz jej śmierć.

J.P.: To mnie boli, to mnie boli. Nigdy nie przypuszczałem, iż tak skończy rzeka, która ma zaledwie osiem kilometrów długości i to tylko w granicach Katowic. Samorząd powinien ją chronić – to jedyna rzeka w całości miejska, za którą odpowiedzialność ponosimy my, mieszkańcy…

M.G.P.: Myślę też o tych znikających dopływach. Ich już nie ma, ale ślady w terenie są czytelne.

J.P.: Trochę zdeformowane, choćby przez melioracje leśne, ale są.

M.G.P.: Tracimy więc nie tylko wodę, ale też krajobraz i mechanizmy samoregulacji.

J.P.: I tu właśnie wchodzą inwestycje miasta. Pierwsza batalia o rezerwat to rok 2000: w planie zagospodarowania południowych dzielnic Katowic zaprojektowano czteropasmową drogę o szerokości 50 m przez teren rezerwatu, przez sam środek największej populacji liczydła górskiego w Europie. Na szczęście w 2008 r. miasto wycofało się z tego pomysłu. Później pojawił się kolejny projekt: droga i układ tramwajowy wzdłuż obrzeża rezerwatu, w ekotonie leśno-łąkowym, najcenniejszym fragmencie krajobrazu.

Była też inwestycja związana z jednym z dopływów Ślepiotki: bezsensowny skrót drogowy przez las, żeby mieszkańcy osiedla mogli szybciej dojechać do ulicy Szarych Szeregów. Oznaczałoby to, iż pozostałości po każdej awarii, chemia, sól po odśnieżaniu – wszystko spływałoby prosto do rezerwatu.

M.G.P.: zwykle nie widzimy procesu degradacji, a okazuje się, iż to już ostatni moment na ratowanie przyrody. Gdy inwestycje podejdą bliżej, może nie być czego zbierać.

J.P.: Miasto rozwija się, czyli zabudowuje ostatnie zielone enklawy, projektuje linię tramwajową przy rezerwacie, w ekotonie leśno-łąkowym, który jest najcenniejszy. Robi coś, co zdewastuje całą tę przestrzeń: hałas, światło, ruch. o ile wybudowana zostanie linia tramwajowa i droga, to korzystanie z walorów i dobrodziejstw rezerwatu stanie się ryzykowne i uciążliwe.

Najgorsze, iż organy odpowiedzialne za ochronę, RDOŚ i GDOŚ, nie zauważyły tych zagrożeń. Przygotowuję raport dotyczący tego projektu dla Komisji Europejskiej: zestawiam wyniki inwentaryzacji przyrodniczych, na podstawie których wydano decyzje. Inwentaryzację zrobił oczywiście inwestor, to znaczy ktoś na zlecenie inwestora. Dla mnie to kreacja, a nie inwentaryzacja. Pisaliśmy skargi, prosiliśmy o kasacje, ale sądy i prokuratura wzięły za podstawę argumentację inwestora. Jesteśmy w makabrycznej sytuacji…

M.G.P.: Czyli tak naprawdę to jest ostatni moment, żeby zobaczyć Ślepiotkę.

J.P.: Owszem. Można jeszcze choćby zobaczyć liczydło, ale los gatunków górskich w tak wysuszonym, ocieplonym systemie jest przesądzony. A jeżeli pojawią się asfalt, samochody, tramwaj – będzie tylko gorzej.

M.G.P.: Co musiałoby się wydarzyć systemowo (planistycznie i społecznie), żeby Ślepiotka pozostała rzeką, a nie tylko archiwum i wspomnieniem?

J.P.: Obawiam się, iż nie mam odpowiedzi. Nie ma odwrotu. Pan Wojciech Czech, który był pierwszym niekomunistycznym wojewodą województwa katowickiego, ciągle mnie podtrzymuje w nadziei, iż kiedy kopalnia Murcki razem ze Staszicem przestaną fedrować, poziom wód podziemnych się odbuduje. Chciałbym w to wierzyć.

M.G.P.: Tylko iż woda może wracać bardzo długo, a zmiany na powierzchni dzieją się szybko. I nie da się obarczyć odpowiedzialnością wyłącznie kopalni: kopalnia fedrowała, a woda była. System rozchwiał się później. W skali makro to już nie kryzys, tylko agonia, przechodzenie w zupełnie nowy system, w którym stanem rzeki jest brak rzeki, a krajobraz będzie musiał radzić sobie bez wody.

J.P.: Zostanie pamięć o wodzie: w rzeźbie terenu, w nazwie. Ale nie zobaczymy jej w roślinności.

M.G.P.: Jest też pamięć o minogach.

J.P.: Minóg strumieniowy – o nim musimy myśleć. Kiedyś występował tu na pewno, i to w dużych ilościach. Dziś została nazwa cieku i nic więcej.

M.G.P.: A co jeszcze pozostaje w twojej pamięci o Ślepiotce?

J.P.: Siedmiopalecznik błotny, przepiękna roślina torfowisk przejściowych, którą oznaczyłem samodzielnie z pomocą klucza Rostafińskiego w czasie przygotowywania się do matury na II tamie. I dzięcioł zielonosiwy, którego wciąż jeszcze słyszę w Dolinie Ślepiotki. Wykorzystywaliśmy jego głos z Leszkiem Pawlakiem do komunikacji w czasie naszych dziecięcych i młodzieńczych włóczęg po lesie.

Siedmiopalecznik błotny; zdj. Magdalena Gościniak Podziewska

M.G.P.: Pamiętam, jak w zespole wyznaczającym lasy społeczne wokół Katowic mówiłeś, iż rozmawiamy nie tylko o niewycinaniu lasów, ale i o wodzie. Dlaczego jest ona tak ważna?

J.P.: Chodzi o kryterium S7, czyli wodochronność, którą – przyznaję – początkowo zwalczałem w sobie jako kryterium wyznaczania lasów społecznych. Dopiero za sprawą profesora Mariusza Czopa z AGH zmieniłem zdanie. Przyjąłem jego argumentację, gdy sobie uświadomiłem, iż to, co robi nadleśniczy Nadleśnictwa Katowice czy też nadleśniczy Nadleśnictwa Bielsko, ma wpływ na jakość wody w Wiśle, a więc na wodę, którą piją ludzie setki kilometrów dalej. Zrozumiałem, iż tak naprawdę najważniejsza jest woda.

To samo dotyczy wody z mojego kranu, która pochodzi ze Zbiornika Goczałkowickiego. Jej jakość zależy od nadleśniczego z Wisły, nadleśniczego z Ustronia, nadleśniczego z Bielska, czyli od tego, jak gospodaruje się lasami w górnej części zlewni.

M.G.P.: Musimy to wyjaśnić: jaki wpływ na wodę mają leśnicy?

J.P.: Po pierwsze: infrastruktura i sprzęt. Drogi zrywkowe, maszyny, oleje, smary, chemia – to wszystko spływa do wody. Po drugie: sama struktura lasu. Gospodarka przerębowo-zrębowa powoduje, iż las okresowo znika na większych powierzchniach. To jest ruina dla procesów hydrogeologicznych. jeżeli nie utrzymujemy stałej pokrywy leśnej o odpowiedniej strukturze (wielopiętrowej, wielogatunkowej, wielowiekowej), to zasoby retencji i zasobność wody spadają.

W Karpatach, na fliszu, gleby i podłoże nie trzymają wody jak gąbka – podstawowa retencja odbywa się w pokrywie roślinnej. A to jest dokładnie to, na co leśnik ma wpływ i co okresowo niszczy.

Mamy lasy ochronne, niby 90 proc. powierzchni, ale co z tego, skoro nie ma zmiany gospodarki. Prawo wodne mówi o strefach ochronnych ujęć wody: bezpośrednich i pośrednich. Bezpośrednie są czasem respektowane – ogrodzone, jak małe ogródki w lesie. Ale to, co najważniejsze, czyli strefa pośrednia, najczęściej w ogóle nie jest zabezpieczona. Samorządy mogą ją wyznaczać, ale tego nie robią. A jeżeli woda jest zasobem kluczowym, to nie ma zmiłuj się – trzeba.

Negatywną konsekwencją dla społeczności lokalnych są również gwałtowne wezbrania i powodzie. Klimat jest nieobliczalny, cykle rozchwiane, a modele hydrologiczne za chwilę przestaną opisywać rzeczywistość.

M.G.P.: Problem jest już choćby z prognozowaniem pogody, modele się rozjeżdżają.

J.P.: Nie działają. A model leśnictwa opierał się na przekonaniu, iż przyroda jest przewidywalna. Stąd gospodarka oparta na rębniach i wieku rębności, które nie są adekwatne dla współczesnych i prognozowanych warunków ekologicznych wzrostu i rozwoju drzew. Dziś takie pojęcia, jak roślinność potencjalna czy sukcesja, mogą się okazać nieadekwatne. Tym bardziej obowiązuje więc zasada przezorności: jeżeli nie wiesz – nie ruszaj. Tylko iż to jest najtrudniejsze.

dr Jerzy Parusel – ekolog, botanik, fitosocjolog i leśnik, wieloletni działacz na rzecz ochrony przyrody na Górnym Śląsku. Przez lata dokumentował najcenniejsze przyrodniczo obszary województwa śląskiego. Członek Państwowej Rady Ochrony Przyrody, najważniejszego organu opiniodawczo-doradczego w zakresie ochrony przyrody w Polsce. Współtworzył i przez wiele lat kierował Centrum Dziedzictwa Przyrody Górnego Śląska, instytucją zajmującą się badaniami, dokumentacją i popularyzacją wiedzy o przyrodzie regionu. Autor niemal 600 publikacji naukowych i popularnonaukowych, inicjator utworzenia rezerwatu Ochojec. Od lat dokumentuje przemiany hydrologiczne doliny Ślepiotki.

Magdalena Gościniak Podziewska – specjalistka ds. komunikacji projektów środowiskowych, związana z Ogólnopolskim Towarzystwem Ochrony Ptaków (OTOP). Zajmuje się tematyką różnorodności biologicznej, torfowisk i retencji wody, łącząc doświadczenie w ochronie przyrody z wieloletnią praktyką medialną i PR. Mieszka na Górnym Śląsku.

zdj. główne: Jerzy Parusel

Idź do oryginalnego materiału