Wyższy wiek emerytalny dla kobiet bez dzieci? Dyskusja powraca, ale kluczowa kwestia jest nierozstrzygnięta

2 godzin temu

Masz 55 lat, nie masz dzieci i czytasz, iż możesz pracować pięć lat dłużej niż koleżanka z pracy? Wraca dyskusja, w której najtrudniejsze pytanie pozostaje bez odpowiedzi.

Starsza kobieta czyta wiadomości na telefonie. Grafika poglądowa, generowana przy pomocy AI.

Wypowiedź w programie telewizyjnym i anonimowa petycja to na razie całość tej sprawy

Temat wrócił 10 lipca, gdy w programie „Tłit” Wirtualnej Polski ministra funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz odpowiadała na pytanie o zrównanie wieku emerytalnego. Stwierdziła wtedy, iż być może kobieta, która ma dzieci, powinna mieć inny wiek emerytalny, a o ile dzieci nie ma, to powinna mieć system ustawiony tak samo jak mężczyźni. Wskazała też, iż co czwarty mężczyzna w ogóle nie dożywa emerytury.

Drugim źródłem tej dyskusji jest petycja obywatelska, która wpłynęła do Kancelarii Prezydenta 7 października 2025 r. i została zarejestrowana w Biuletynie Informacji Publicznej. Jej anonimowy autor proponuje rozwiązanie dwuetapowe: najpierw podniesienie wieku emerytalnego kobiet bezdzietnych do 65 lat, potem stopniowe rozszerzanie reformy na kolejne grupy. Uzasadnienie opiera się na tezie, iż wychowywanie dzieci stanowi wkład w rozwój demograficzny i powinno być nagradzane.

Trzeba to powiedzieć wprost, bo tytuły w sieci sugerują coś innego: nie istnieje żaden projekt ustawy. Obowiązuje stan wprowadzony 1 października 2017 r., czyli wiek emerytalny 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn, jednakowy niezależnie od liczby dzieci. Propozycja spotkała się zresztą z krytyką również w obozie rządzącym i po stronie opozycji. Poseł PiS Marcin Warchoł skomentował ją na portalu X, streszczając pomysł zdaniem, iż kobieta bez dzieci będzie dłużej pracować na emeryturę.

Drugim pomysłem jest bykowe, czyli dodatkowa składka dla bezdzietnych

Równolegle wraca koncepcja obciążenia osób bezdzietnych dodatkową daniną, potocznie nazywaną bykowym. Projekt obywatelski w tej sprawie trafił do Sejmu, a jego autor uzasadniał go tym samym argumentem co petycja prezydencka: skoro dzieci są przyszłymi płatnikami składek, osoby, które ich nie mają, powinny dopłacać do systemu. Autor projektu wprost powoływał się przy tym na wiek emerytalny 60 i 65 lat, nazywając go zaszłością z XIX wieku.

Skalę takiego obciążenia policzył „Fakt”. Według tej analizy osoba bezdzietna zarabiająca pensję minimalną musiałaby odprowadzać do ZUS dodatkowo około 455 zł miesięcznie, a przy wyższych zarobkach kwota rosłaby do rzędu tysiąca złotych. Wyliczenie pochodzi z 2025 r. i odnosi się do ówczesnej płacy minimalnej, więc dziś liczby byłyby inne, ale rząd wielkości pozostaje ten sam. Żaden z tych projektów nie stał się prawem.

Nikt nie wyjaśnił, jak państwo miałoby ustalić, kto jest bezdzietny

To jest pytanie, które przesądza o wykonalności obu pomysłów, a przechodzi w debacie zupełnie bez echa. W Polsce nie istnieje rejestr bezdzietności. Państwo wie, kto urodził dziecko, bo rejestruje akty urodzenia, ale nie prowadzi ewidencji osób, które dzieci nie mają, i nie ma podstawy prawnej, by taką ewidencję tworzyć.

Nawet gdyby ją stworzono, pozostaje seria sytuacji, których nie da się rozstrzygnąć prostym pytaniem o liczbę dzieci. Czy dziecko przysposobione liczy się tak samo jak biologiczne, i od którego momentu? Co z kobietą, która wychowała pasierbów, nie adoptując ich formalnie? Co z rodziną zastępczą? Co z matką, której dziecko zmarło? Co z kobietą, która przez lata leczyła niepłodność bez powodzenia, i co z tą, która urodziła dziecko za granicą? Czy dziecko oddane do adopcji liczy się rodzicowi biologicznemu, czy przybranemu?

Każde z tych pytań wymagałoby definicji ustawowej, a każda definicja przecięłaby jakąś grupę ludzi na pół. Sytuacja, w której urzędnik ZUS musi rozstrzygnąć, czy dana osoba jest matką w rozumieniu przepisów emerytalnych, byłaby przy tym czymś bezprecedensowym w polskim systemie ubezpieczeń. Dochodzi jeszcze kwestia równości: propozycja dotyczy wyłącznie kobiet, a mężczyzna bezdzietny i mężczyzna z czwórką dzieci przechodziliby na emeryturę w tym samym wieku.

System już dziś premiuje posiadanie dzieci, tylko robi to inaczej niż przez wiek

W dyskusji umyka fakt, iż powiązanie emerytury z dzietnością nie byłoby żadną nowością, bo funkcjonuje od dawna. Okresy urlopu wychowawczego zaliczane są do stażu jako okresy nieskładkowe i wpływają na wysokość świadczenia. Za osoby przebywające na urlopie wychowawczym budżet państwa finansuje składki emerytalne. Istnieje też rodzicielskie świadczenie uzupełniające, przyznawane matkom, które wychowały co najmniej czworo dzieci i nie wypracowały minimalnej emerytury.

Różnica między tymi rozwiązaniami a dyskutowaną propozycją jest jednak zasadnicza. Obecne mechanizmy działają przez dodanie czegoś osobom, które wychowywały dzieci, natomiast pomysł podniesienia wieku emerytalnego działałby przez odebranie czegoś tym, które ich nie mają. Zwolennicy odpowiadają, iż efekt jest ten sam, a różnica ma charakter wyłącznie retoryczny. Krytycy wskazują, iż bezdzietność bywa wynikiem okoliczności niezależnych od woli, a system emerytalny nie powinien różnicować obywateli według kryterium, na które część z nich nie ma wpływu.

Na Mazowszu dzietność jest wyższa niż w kraju, ale to zasługa migracji, nie Warszawianek

Tło demograficzne tej debaty jest dramatyczne i to ono napędza kolejne propozycje. Według opublikowanego 27 maja 2026 r. raportu GUS „Polska w liczbach 2026” współczynnik dzietności w Polsce wyniósł w 2025 r. 1,068, wobec 1,099 rok wcześniej, 1,16 w 2023 r. i 1,99 w 1990 r. Prosta zastępowalność pokoleń wymaga wartości około 2,1. Średni wiek kobiety przy urodzeniu pierwszego dziecka sięgnął 29,5 roku, o niemal 7 lat więcej niż w 1990 r.

Mazowsze wypada na tym tle lepiej niż średnia krajowa, ze wskaźnikiem 1,155, i to w tym województwie rodzi się najwięcej dzieci w Polsce. Wynika to jednak głównie z migracji, a nie z lokalnych zwyczajów. Kobiety w wieku rozrodczym masowo przenoszą się z mniejszych miejscowości do Warszawy i innych dużych ośrodków, przez co dzietność w powiatach oddalonych od stolicy spada, a w samej aglomeracji utrzymuje się na wyższym poziomie. W skali kraju spadek urodzeń jest najgłębszy właśnie w Polsce powiatowej.

Dla stołecznych czytelniczek ma to konkretne przełożenie. To w dużych miastach najwyższy jest odsetek kobiet, które decydują się nie mieć dzieci albo odkładają tę decyzję poza wiek rozrodczy, więc ewentualna zmiana dotknęłaby proporcjonalnie więcej mieszkanek Warszawy niż mieszkanek mniejszych miejscowości.

Na wysokość emerytury dziś wpływa jedna rzecz i nie jest nią liczba dzieci

Dopóki nie ma projektu ustawy, planowanie czegokolwiek pod kątem tej propozycji nie ma sensu. Warto natomiast wiedzieć, co realnie zmienia wysokość świadczenia w obecnym systemie, bo to działa niezależnie od politycznych dyskusji. Emerytura liczona jest jako iloraz zgromadzonego kapitału i średniego dalszego trwania życia, więc każdy rok przepracowany po osiągnięciu wieku emerytalnego podnosi ją podwójnie: przez dodatkowe składki i przez krótszy okres wypłaty.

Kobieta, która pracuje do 65. roku życia zamiast do 60., otrzymuje z tego tytułu świadczenie wyższe o kilkadziesiąt procent. To decyzja dobrowolna i dostępna dla każdej ubezpieczonej już dziś, bez żadnej zmiany przepisów. Warto ją rozważyć osobno, jako element własnej kalkulacji, a nie jako reakcję na doniesienia o planowanych reformach.

Kto chce sprawdzić własną sytuację, znajdzie prognozę wysokości świadczenia po zalogowaniu na Platformie Usług Elektronicznych ZUS, wraz z symulacją dla różnych momentów przejścia na emeryturę. To narzędzie bezpłatne i dostępne w każdej chwili, a przy podejmowaniu decyzji o zakończeniu pracy warto zajrzeć do niego wcześniej niż na rok przed sześćdziesiątką.

Idź do oryginalnego materiału