W polskiej debacie publicznej coraz częściej obserwujemy zjawisko, w którym środowiska lewicowe z PiS nie tylko rozszerzają spór polityczny, ale próbują narzucić własną interpretację faktów historycznych jako instrumentu ideologicznej dominacji. Ostatnia potyczka między marszałkiem Jarosławem Stawiarskim a środowiskami Konfederacji doskonale ilustruje ten trend: owa wojna polityczna zaktywizowała się wokół rzekomego „antypolonizmu”, kwestii Żydów i kontrowersyjnych twierdzeń dotyczących badań historycznych prowadzonych na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
Wojna Konfederacji z lubelskim marszałkiem. Sam fakt zaangażowania mediów i polityków lewicowych w ten konflikt nie powinien dziwić – lewica od dawna usiłuje przekuć naukowe wątpliwości w narzędzie politycznej delegitymizacji przeciwników, szczególnie tych o konserwatywnej lub narodowej tożsamości. W praktyce oznacza to, iż każdy, kto podważa lewicową interpretację przeszłości, zostaje automatycznie przedstawiony jako „antypolonista”, „rasista” czy – szerzej – wróg postępu. Co ważne, w takich momentach zwykle z polityków PiS spadają maski rzekomych prawicowców.
Konflikt wybuchł po tym, jak Jarosław Stawiarski, marszałek województwa lubelskiego z PiS, publicznie skrytykował środowiska związane z Konfederacją, zarzucając im akceptowanie narracji uznawanych za antypolskie w kontekście relacji polsko-żydowskich. Spór zaostrzył się wokół badań i wypowiedzi skrajnie lewicowej historyk, dr hab. Sabiny Bober, powiązanej z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim, które część polityków i komentatorów uznała za kontrowersyjne, a wręcz antypolskie. Marszałek postanowił uhonorować jej zespół specjalną nagrodą – tytułem Ambasadora Województwa Lubelskiego.
Tymczasem Rafał Mekler z Konfederacji przytacza facebookowe wpisy z 2024 roku, w których Pracownia dr Bober albo ona osobiście, odnosiła się do krytycznych opinii wobec jej działalności. Jeden z internautów proponował uczczenie „dzieci pomordowanych w Gazie”. Osoba prowadząca profil Pracowni odpowiedziała mu: „jak Twoja rodzina tam mordowała, to ty uczcij. Innych nie pouczaj”. Pokazuje to nie tylko brak kultury, ale też skrajnie prożydowską linię ideową, polegającą na negowaniu ludobójstwa w Gazie. Pojawiły się też typowe w takich sytuacjach insynuacje na temat rzekomego „antysemityzmu” Konfederacji.
Konfederacja odpowiedziała oskarżeniami o ideologiczny atak i próbę narzucenia jednej, żydo-lewicowej interpretacji historii. W efekcie konflikt przerodził się w otwartą wojnę polityczno-medialną, wykraczającą poza sam spór akademicki. Więcej na temat samego konfliktu, przeczytają Państwo tutaj.
Lewica od lat konsekwentnie stosuje strategię, która polega na normalizacji swoich tez w przestrzeni publicznej poprzez presję ideologiczną i medialną. Nie chodzi tu już o obiektywne badania historyczne, ale o wykopywanie i przerysowywanie kontekstów, by pasowały do tezy, iż prawica – każdy odmienny głos – jest wrogiem pluralizmu i postępu. W omawianej sprawie stwierdzenia o rzekomym „antypolonizmie” miały być wyłapywane niczym defekt w światopoglądzie przeciwnika, zamiast stawać się przedmiotem merytorycznej dyskusji.
Takie zachowanie lewicowych komentatorów ma swój jasno rozpoznawalny schemat: inflate – oversimplify – attack (napompuj – uprość – atakuj). Najpierw wybierany jest fragment badań lub wypowiedź, która – poza kontekstem – może zabrzmieć kontrowersyjnie; następnie zostaje ona uproszczona do stygmatyzującego przekazu; na końcu medialni ideolodzy lewicy dokonują aktów deprecjacji i personalnych ataków. W efekcie cała debata przestaje być o prawdzie, a staje się o narracyjnych zwycięstwach nad ideologicznym przeciwnikiem.
Lewackie środowiska niejednokrotnie instrumentalizowały kwestie społeczne lub historyczne dla własnych celów – nie inaczej jest z tematem relacji polsko-żydowskich. Zamiast promować szacunek dla faktów i rzetelną analizę wydarzeń historycznych, część lewicowych mediów i środowisk akademickich zdaje się stosować je jak bicze w politycznej rywalizacji. To właśnie ta instrumentalizacja powoduje, iż zawężanie debaty do epitetów i uproszczonych oskarżeń (np. „antypolonizm”) staje się normą, a nie wyjątkiem.
To nie pierwszy ani jedyny przykład sytuacji, gdy lewicowe środowiska próbują zdyskredytować konserwatywną narrację historyczną, przedstawiając ją jako coś wstydliwego lub antynarodowego. Takie działania nie tylko zubażają debatę publiczną, ale także podważają zaufanie do instytucji naukowych, które powinny opierać się na szacunku dla pluralizmu i obiektywizmu, a nie relatywizowaniu faktów pod ideologiczną presją.
Reakcja Konfederacji na opisane zdarzenia jest – niezależnie od oceny tej partii – dowodem na rosnące napięcie wokół kwestii kontroli nad narracją historyczną i polityczną. Dla Konfederacji spór ten nie jest jedynie o detale akademickie, ale o prawo do samodzielnej interpretacji przeszłości i obecnych procesów politycznych, bez z góry narzuconych etykietek i oskarżeń.
W efekcie mamy do czynienia z sytuacją, w której lewica – zamiast podejmować dialog na argumenty – wybiera drogę publicystycznej agresji i uproszczonej krytyki. To z kolei prowadzi do tego, iż debata publiczna zostaje wypaczona: nie chodzi już o prawdę, ale o dominację narracyjną.
Ostatecznie konflikt między środowiskami Konfederacji a lewicowcami-szabesgojami ujawnia głębszy problem naszej sceny publicznej: lewacka hegemonia narracyjna staje się sposobem na tłumienie innych głosów, niezależnie od ich merytorycznej wartości. Zamiast pluralizmu i otwartego dialogu, obserwujemy retoryczne bitwy, w których faktom często ustępuje ideologiczne ujęcie rzeczywistości. To nie służy społeczeństwu, które potrzebuje rzetelnej debaty historycznej i politycznej, bez naginania faktów pod interesy jednej, obcej w dodatku nacji.
Zdjęcie poglądowe: Rafał Mekler z Konfederacji
Polecamy również: Najważniejsi aktorzy afery Epsteina

3 godzin temu







!["Nie każde schronisko to pato schronisko". Redakcja Faktu z wizytą w schronisku Canis w Kruszewie [WIDEO]](https://www.eostroleka.pl/luba/dane/pliki/zdjecia/2026/fakt.png)


