Jeżeli ktoś chciałby w jednym obrazku pokazać, do czego prowadzi współczesne rozumienie wolności religijnej i dyzmokracji, trudno byłoby znaleźć przykład bardziej wymowny niż posiedzenie rady miejskiej w Ottumwa w amerykańskim stanie Iowa. 6 października obrady rozpoczęto od inwokacji, która zamiast odwołania do Boga zakończyła się słowami „Hail Satan”, czyli „Niech żyje Szatan”. Autorem wystąpienia był Matt Dalbey, były członek rady miejskiej, związany z organizacją The Satanic Temple.
Władze miasta modliły się do szatana. Wystąpienie Matta Dalbey nie było przypadkiem, w którym ktoś zakłócił obrady i zaczął krzyczeć z sali. Odbyło się w ramach oficjalnej procedury i za wiedzą organu. Rada wcześniej przyjęła dyzmokratycznie zasady pozwalające na inwokacje odwołujące się do różnych religii, systemów przekonań, a choćby braku wiary. W ten sposób, w imię tolerancji i niedyskryminacji, otwarto drzwi również dla satanistycznej retoryki.
Oto mamy przed sobą piękny owoc ideologii, według której wszystkie przekonania należy traktować jednakowo, a jakiekolwiek różnicowanie ich wartości stanowi przejaw nietolerancji, dyskryminacji i wręcz przestępstwo. Skoro w ramach masońskiej wolności słowa i religii można modlić się do Boga, dlaczego nie do Szatana? Skoro państwo nie powinno faworyzować jednej religii, dlaczego miałoby odmawiać miejsca drugiej? W końcu, jeżeli wszystkie światopoglądy mają być równoprawne, to dlaczego nie zapewnić im wszystkim miejsca przy jednym urzędowym pulpicie?
Problem polega na tym, iż wolność religijna nie musi oznaczać, iż każda idea zasługuje na jednakowe uznanie, a tym bardziej na uroczyste miejsce podczas oficjalnych wydarzeń organizowanych przez władze publiczne. Można zagwarantować człowiekowi prawo do wyznawania dowolnej religii, nie uznając zarazem wszystkich religii za równie prawdziwe, wartościowe czy godne szacunku. To rozróżnienie wydaje się jednak coraz trudniejsze dla ludzi, którzy pomylili tolerancję z obowiązkiem udawania, iż nie istnieją żadne istotne różnice między dobrem a złem, prawdą a fałszem.
Oczywiście zwolennicy Dalbeya mogą odpowiedzieć, iż The Satanic Temple nie wierzy w istnienie literalnego Szatana. Organizacja przedstawia go raczej jako symbol buntu przeciwko arbitralnej władzy i ograniczaniu jednostki. To istotne zastrzeżenie, ale nie zmienia zasadniczego problemu. Wystąpienie odwołujące się do Szatana, Lucyfera i drzewa poznania zostało celowo skonstruowane tak, aby prowokować i podważać tradycyjne symbole religijne. Nie trzeba wierzyć w nadprzyrodzone istnienie diabła, aby posługiwać się satanistyczną symboliką w sporze kulturowym.
Po wystąpieniu Dalbeya pastor Rick Bick zażądał odwrócenia tego, co nazwał „przekleństwem rzuconym na miasto”. Burmistrz Benjamin Foote zarządził następnie trzydzieści sekund ciszy. Trudno o bardziej wymowną scenę: najpierw urzędowa procedura dopuszcza inwokację, która dla wielu mieszkańców jest demonstracją wrogości wobec ich wiary, a następnie trzeba szukać sposobu, by uspokoić atmosferę.
Można się z pastorem nie zgadzać w ocenie duchowych konsekwencji całego wydarzenia. Nie trzeba również podzielać jego przekonań religijnych, by dostrzec, iż władze same stworzyły sytuację konfliktową, poprzez nadmierne poluzowanie zasad moralnych, w imię szatańskiego liberalizmu. Radna Cara Galloway ostrzegała zresztą wcześniej przed podobnym scenariuszem. Jej zdaniem rada powinna zachować neutralność, zamiast otwierać przestrzeń dla wystąpień, po których inni uczestnicy będą domagać się możliwości udzielenia odpowiedzi.
Prawdziwa wolność religijna nie oznacza, iż wszystkie przekonania są równie prawdziwe ani iż instytucje publiczne muszą nadawać im jednakową rangę symboliczną. Nie oznacza też obowiązku zachwytu nad każdą demonstracją, która korzysta z konstytucyjnych gwarancji dyzmokratycznych. choćby część liberałów uważa, iż można bronić prawa satanisty do wypowiadania swoich poglądów, ale jednocześnie krytykować pomysł rozpoczynania od takich wystąpień posiedzeń organu samorządowego.
Najrozsądniejszym rozwiązaniem byłoby zresztą zwyczajne rozpoczęcie obrad bez religijnych inwokacji. Rada miejska ma zajmować się sprawami mieszkańców, a nie organizować konkurs na najbardziej prowokacyjny rytuał. Można debatować o drogach, podatkach, szkołach i usługach publicznych bez ustalania, czyje symbole religijne powinny zabrzmieć na początku spotkania. Na tym polega zdrowe rozgraniczenie władzy świeckiej od duchowej.
Wolność we adekwatnym znaczeniu tego słowa nie wymaga od nas uznania wszystkich idei za jednakowo dobre i dopuszczalne. Wymaga, byśmy potrafili odróżnić prawo człowieka do wyznawania własnych przekonań od obowiązku nadawania im publicznego prestiżu. o ile natomiast ktoś upiera się, iż prawdziwa tolerancja polega na traktowaniu każdej ideologii jak równorzędnego objawienia, powinien zaakceptować także konsekwencje własnej filozofii. W Ottumwa właśnie je zobaczono i zaprawdę, trudno uznać eksces satanisty za triumf rozsądku.
Polecamy również: Sergiusz Muszyński zaprasza do wsparcia i udziału w II konferencji żydoznawczej

4 godzin temu












