W niedzielę wieczorem Rynek Główny ma zamienić się w gigantyczny parkiet. Zapowiadane „największe wesele w Polsce” nie jest jednak wyłącznie kolejną wakacyjną atrakcją. To symbol miasta, które dawno utraciło kontrolę nad własnym centrum. Urzędnicy apelują, aby nie uczestniczyć w nielegalnej imprezie, ale takie wezwania brzmią dziś bardziej jak przyznanie się do bezradności niż zapowiedź skutecznego działania.
Na niedzielę, 19 lipca, na godz. 19.00 zapowiedziano na Rynku Głównym wydarzenie promowane jako „największe wesele w Polsce”. W programie reklamowanym przez organizatorów znalazły się muzyka disco polo, wspólna zabawa, pierwszy taniec, oczepiny oraz występ Kordiana. Wszystko w samym sercu historycznego Krakowa, pod pomnikiem Adama Mickiewicza.
Miasto odcina się od przedsięwzięcia. W oficjalnym komunikacie podkreśliło, iż nie jest to wydarzenie miejskie, a organizowanie tego rodzaju imprez jako zgromadzeń publicznych stanowi nadużycie przepisów. Magistrat określił wydarzenie jako nielegalne i zaapelował do mieszkańców oraz turystów, aby nie brali w nim udziału.
Ten apel jest jednak przede wszystkim symbolem bezradności.
Urząd apeluje, biznes organizuje, mieszkańcy ponoszą koszty
Władze ponad 800-tysięcznego miasta zwracają się do ludzi z prośbą, aby nie przyszli na imprezę, która ma odbyć się w najbardziej reprezentacyjnym miejscu Krakowa. Nie informują, iż wydarzenie zostało skutecznie zablokowane. Nie zapewniają, iż nagłośnienie nie zostanie uruchomione. Nie gwarantują mieszkańcom, iż wieczorem będą mogli spokojnie odpocząć.
Apelują.
Trudno o bardziej wymowny obraz utraty kontroli nad centrum miasta. o ile magistrat uznaje przedsięwzięcie za nielegalne, ale jednocześnie ogranicza się do proszenia turystów, aby w nim nie uczestniczyli, to mieszkańcy mają prawo zapytać: kto adekwatnie rządzi dziś Rynkiem Głównym?
Urzędnicy czy organizatorzy kolejnych atrakcji, którzy nauczyli się wykorzystywać przepisy o zgromadzeniach publicznych?
Problem nie pojawił się wczoraj. Miasto samo przyznaje, iż mieszkańcy Starego Miasta coraz częściej skarżą się na spotkania organizowane pod pomnikiem Adama Mickiewicza. Formalnie zgłaszane są jako zgromadzenia publiczne, ale w praktyce przybierają postać spontanicznych imprez z nagłośnieniem, zakłócających spokój osób zamieszkałych i przebywających na Rynku.
Dzisiejsze „wesele” nie jest więc oderwanym incydentem. To kulminacja procesu, który trwa od lat.
Kraków przegrał z turystyfikacją
Historyczne centrum Krakowa coraz mniej przypomina dzielnicę przeznaczoną do normalnego życia, a coraz bardziej całodobowy produkt turystyczny. Mieszkania stają się apartamentami na krótkoterminowy wynajem, lokale usługowe ustępują miejsca gastronomii i rozrywce, a przestrzeń publiczna podporządkowywana jest potrzebom przyjezdnych.
Rynek Główny nie funkcjonuje już przede wszystkim jako centralny plac miasta. Stał się sceną, dekoracją i towarem. Każdego dnia sprzedawane są jego widok, atmosfera, historia i rozpoznawalność. Korzystają na tym restauracje, hotele, kluby, operatorzy najmu krótkoterminowego, organizatorzy wycieczek i cały rozbudowany przemysł obsługujący turystów.
W takim modelu mieszkaniec nie jest najważniejszym użytkownikiem centrum. Staje się przeszkodą. Chce ciszy nocnej, porządku, zwykłych sklepów, dostępnych mieszkań i przestrzegania przepisów. Z punktu widzenia turystycznego jarmarku są to oczekiwania niewygodne, bo ograniczają możliwość zarabiania.
Dlatego żadne apele nie wystarczą. Za intensywną eksploatacją centrum stoją ogromne interesy ekonomiczne. W sytuacji, w której część przedsiębiorców zarabia na nieustannym zwiększaniu liczby odwiedzających i atrakcji, urzędowa prośba o pozostanie w domu musi przegrać z reklamą bezpłatnej, widowiskowej imprezy na jednym z najbardziej znanych placów Europy.
Miasto samo budowało ten model
Dzisiejsza sytuacja nie jest wyłącznie skutkiem niedoskonałych przepisów. Kraków przez lata aktywnie budował markę miasta, do którego należy przyjeżdżać możliwie często, licznie i niemal przez cały rok.
Turystyka była przedstawiana przede wszystkim jako sukces. Rosnąca liczba odwiedzających oznaczała dobre wyniki, promocję i wpływy dla lokalnego biznesu. Znacznie rzadziej zadawano pytania o koszty ponoszone przez mieszkańców: hałas, zatłoczenie, wzrost cen nieruchomości, wypieranie normalnych usług, najem krótkoterminowy czy utratę mieszkaniowego charakteru całych ulic.
Dziś urzędnicy próbują interweniować w sprawie hałaśliwych zgromadzeń, kierują pisma do instytucji państwowych i domagają się zmian w prawie. To działania potrzebne, ale spóźnione. Miasto reaguje dopiero wtedy, gdy mechanizm wymknął się spod kontroli, a organizatorzy znaleźli sposób na wykorzystywanie konstytucyjnie chronionej wolności zgromadzeń do urządzania regularnych imprez rozrywkowych.
Apel, aby nie brać udziału w „największym weselu”, jest więc niemal groteskowy. Władze najpierw przez lata wspierały model masowej konsumpcji centrum, a teraz proszą konsumentów, żeby nie przyszli po kolejny produkt.
Od Rynku aż po drugą obwodnicę
Jeżeli Kraków nie zmieni zdecydowanie polityki przestrzennej, mieszkaniowej i turystycznej, proces wypierania mieszkańców nie zatrzyma się na Plantach.
Presja będzie stopniowo przesuwać się dalej: na Kazimierz, Stradom, Kleparz, Wesołą, Grzegórzki, Podgórze i kolejne obszary położone wewnątrz drugiej obwodnicy. Centrum będzie coraz bardziej jednolitą przestrzenią hoteli, apartamentów, restauracji, klubów, ogródków gastronomicznych, sklepów z pamiątkami i sezonowych atrakcji.
Może powstać jeden wielki turystyczny jarmark – efektowny na zdjęciach, dochodowy dla części przedsiębiorców, ale coraz mniej przyjazny dla zwykłego życia.
Mieszkańcy będą przesuwani coraz dalej: najpierw na obrzeża Krakowa, później do Wieliczki, Zielonek, Zabierzowa, Skawiny, Michałowic i innych gmin ościennych. Nie dlatego, iż wszyscy dobrowolnie wybiorą życie poza centrum. Część z nich zostanie do tego zmuszona przez ceny mieszkań, uciążliwości, brak usług codziennych i poczucie, iż śródmieście nie jest już projektowane z myślą o nich.
Miasto straci wówczas nie tylko mieszkańców. Straci również autentyczność, którą tak chętnie sprzedaje turystom. Historyczne centrum bez stałej społeczności stanie się scenografią – efektowną, ale pozbawioną rzeczywistego miejskiego życia.
Potrzebny jest silny prezydent, a nie kolejny apel
Odwrócenie tego procesu będzie wymagało czegoś więcej niż patroli, komunikatów prasowych i apeli o nieuczestniczenie w imprezie.
Kraków potrzebuje prezydenta z silnym mandatem społecznym, gotowego wejść w konflikt z potężnymi interesami ekonomicznymi. Prezydenta, który jasno określi, iż centrum jest nie tylko produktem turystycznym, ale przede wszystkim miejscem życia mieszkańców.
Potrzebne są zdecydowane działania: skuteczne egzekwowanie zasad parku kulturowego, ograniczenie hałasu, uporządkowanie najmu krótkoterminowego, ochrona funkcji mieszkaniowej, kontrola komercyjnego wykorzystywania przestrzeni publicznej oraz wyznaczenie granicy, poza którą interes branży turystycznej nie może wypierać prawa mieszkańców do normalnego życia.
Taki program musi być realizowany konsekwentnie, choćby gdy wywoła sprzeciw części przedsiębiorców. Bez politycznego przywództwa administracja przez cały czas będzie jedynie dokumentować kolejne naruszenia, a następnie tłumaczyć, dlaczego obowiązujące przepisy nie pozwalają jej skutecznie działać.
Wesele na zakończenie przegranej walki
Dzisiejsze „największe wesele w Polsce” może przyciągnąć tłumy. W mediach społecznościowych pojawią się nagrania pełnego Rynku, wspólnego tańca i ludzi bawiących się pod Sukiennicami. Dla organizatorów będzie to prawdopodobnie promocyjny sukces.
Dla mieszkańców może być jednak czymś zupełnie innym: przypieczętowaniem kapitulacji miasta.
Magistrat uznaje wydarzenie za nielegalne, ale nie potrafi zapewnić, iż się ono nie odbędzie. Apeluje do turystów, ale nie ma żadnego realnego powodu, by wierzyć, iż turyści tego apelu posłuchają. Zapowiada interwencje służb, ale podobne imprezy odbywały się już wcześniej, a problem narasta.
Być może trzeba więc powiedzieć to wprost: na obecnym etapie Kraków przegrał walkę o zachowanie równowagi pomiędzy turystyką a prawami mieszkańców.
Pozostaje pytanie, czy nowy prezydent spróbuje tę równowagę odbudować, czy też mieszkańcy centrum będą musieli przywyknąć, iż każda kolejna noc może przynieść im pod oknami koncert, dyskotekę, oczepiny albo następną „spontaniczną” atrakcję.
Bo kiedy władze miasta wobec zapowiadanej nielegalnej imprezy potrafią już tylko prosić, aby ludzie na nią nie przychodzili, to nie jest dowód sprawnego zarządzania.
To komunikat o kapitulacji.
Grzegorz Górski

23 godzin temu













