Ucieczka Zbigniewa Ziobry na Węgry miała być – w jego własnej narracji – heroicznym gestem sprzeciwu wobec „politycznego bandytyzmu” i „postępującej dyktatury”. Miała uruchomić dobrze znany mechanizm: patos, oskarżenia, wielkie słowa i próba zamiany podejrzanego w ofiarę. Tym razem jednak scenariusz nie zadziałał w pełni. Bo obok emocji pojawiło się coś, czego Ziobro najwyraźniej nie przewidział: chłodna, proceduralna reakcja państwa. A jej twarzą stał się Włodzimierz Czarzasty.
Wicemarszałek Sejmu nie kpił, nie szydził i nie dolewał oliwy do ognia. „Nie będę z tego kpił, nie będę się z tego śmiał. Rozumiem, iż o ile ktoś uważa, iż za to, co zrobił, może go spotkać kara, to ucieka i się przed tym broni” – powiedział dziennikarzom w Sejmie. W tym jednym zdaniu zawiera się więcej realizmu i politycznej dojrzałości niż w całych tyradach Ziobry o dyktaturze. Czarzasty nie moralizuje, nie wydaje wyroków. Stwierdza fakt: ktoś, kto obawia się odpowiedzialności, decyduje się na ucieczkę.
Ale zaraz potem pada druga część tej wypowiedzi, kluczowa: „Czy mi się to podoba? Nie. Czy go dopadnie sprawiedliwość? Tak”. To zdanie jest esencją podejścia, którego w polskiej polityce brakowało przez lata rządów PiS. Bez emocji, bez triumfalizmu, bez krzyku – za to z wiarą w instytucje i procedury. Sprawiedliwość nie jako zemsta, ale jako proces.
I właśnie proces uruchomił Czarzasty niemal natychmiast. „Chciałem poinformować, iż wdrożyłem przed chwilą procedurę w sprawie ustalenia kwestii wynagrodzenia pana Ziobry. Pan Ziobro nie pełni obowiązków posła w tej chwili” – ogłosił. To moment, w którym polityczna opowieść Ziobry zaczyna się sypać. Bo można wyjechać do Budapesztu, można opowiadać o prześladowaniach, ale nie da się jednocześnie uchodzić za uchodźcę i… pobierać pełne uposażenie poselskie.
Ten ruch pokazuje, iż państwo działa nie tylko na poziomie wielkich słów, ale także – a może przede wszystkim – w codziennych, konkretnych decyzjach. Czarzasty zapowiedział, iż po powrocie z oficjalnej wizyty w Berlinie, „w oparciu o te ekspertyzy podejmę wszystkie stosowne decyzje związane z ograniczeniem uposażenia pana Ziobry”. I dodał znamienne: „raczej pójdzie to w tę stronę prawną, niż w inną”. Bez zapowiedzi linczu, bez medialnej egzekucji – za to z jasnym sygnałem, iż mandatu posła nie da się traktować jak polisy ubezpieczeniowej.
Tego Ziobro najwyraźniej nie przewidział. Jego strategia od lat opiera się na przekonaniu, iż wystarczy podnieść ton, oskarżyć przeciwników o zdradę i dyktaturę, by sparaliżować instytucje. Tym razem jednak zamiast strachu pojawiła się procedura. Zamiast chaosu – regulamin. Zamiast emocjonalnej reakcji – administracyjna decyzja.
Kontrast między Ziobrą a Czarzastym jest uderzający. Jeden ucieka, krzyczy i oskarża. Drugi zostaje, mówi spokojnie i uruchamia mechanizmy państwa. W tym sensie reakcja wicemarszałka Sejmu jest czymś więcej niż tylko komentarzem do bieżących wydarzeń. To sygnał, iż polska polityka może – i powinna – wracać na tory normalności, gdzie nikt nie stoi ponad zasadami, a odpowiedzialność nie kończy się na granicy państwa.
Ziobro wybrał Budapeszt. Czarzasty wybrał procedurę. I to ten wybór może okazać się trwalszy.

7 godzin temu













