Płonie Puszcza Solska. Czy bobry mogły ją uratować?

2 godzin temu
Zdjęcie: Puszcza Solska


Płonie Puszcza Solska. W akcji gaśniczej uczestniczą setki strażaków, śmigłowce i samoloty, a podczas działań zginął pilot jednej z maszyn gaśniczych. To wystarczająco poważna tragedia, by nie robić z niej łatwej metafory publicystycznej. Warto jednak zadać głośno pytanie, które wraca coraz częściej: Polska wysycha, czy więc stać nas na bezrefleksyjne likwidowanie wszystkiego, co zatrzymuje wodę? Bobry nie są cudownym remedium na suszę. Nie zastąpią rozsądnej polityki wodnej, zmiany praktyk rolnych ani odejścia od paradygmatu szybkiego odprowadzania wody z krajobrazu. Ale są jednym z tych elementów, które pokazują, jak bardzo pogubiliśmy się w myśleniu o wodzie.

Pożar, susza i bardzo niewygodne pytanie

Pożar w Puszczy Solskiej wybuchł 5 maja 2026 roku, po południu, w rejonie miejscowości Kozaki w powiecie biłgorajskim. Początkowo informowano, iż ogień objął ok. 300 ha. W najnowszym komunikacie Lasy Państwowe podały, iż powierzchnia pożaru jest szacowana na ok. 750 ha gruntów pozostających w ich zarządzie oraz ok. 200 ha lasów prywatnych. W akcji uczestniczą strażacy, leśnicy, samoloty Dromader i śmigłowce gaśnicze. Gaszenie rozpoczęło się w bardzo wymagających warunkach: wiatr, trudno dostępny teren i wysuszona ściółka. Podczas działań doszło do tragedii – rozbił się samolot gaśniczy, a pilot zginął.

W takiej sytuacji trudno pisać o pożarze inaczej niż z ostrożnością. Nie jako o pretekście do efektownej tezy, ale jako o zdarzeniu, które odsłania coś więcej niż tylko dramat jednego miejsca. Bo niemal równolegle z informacjami o ogniu wrócił temat bobrów. Kilka tygodni wcześniej Nadleśnictwo Józefów wystąpiło do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Lublinie o zgodę na odstrzał 35 bobrów i rozbiórkę 7 tam bobrowych w leśnictwach Dębowce i Kalina. Ostatecznie do zabijania nie doszło, wniosek został wycofany, a postępowanie umorzone.

I właśnie dochodzimy do sedna. Nie do pytania, czy bobry mogły zatrzymać pożar. Nie do prostej, wygodnej opowieści, w której wystarczy zostawić kilka tam, by uratować płonącą puszczę. Taka narracja byłaby zbyt łatwa, a przez to nieuczciwa. Chodzi o coś innego, o pytanie, dlaczego w kraju coraz mocniej dotkniętym suszą wciąż tak często traktujemy wodę zatrzymaną w krajobrazie jako problem do usunięcia.

Jeśli ściółka w lesie ma wilgotność kartki papieru, jeżeli kolejne komunikaty hydrologiczne donoszą o niskich stanach wód, jeżeli rolnicy liczą straty, a miasta przygotowują się na deficyty, to każda decyzja o rozbiórce tam bobrowych przestaje być wyłącznie lokalną sprawą administracyjną. Staje się częścią większej układanki. Tej samej, w której przez lata prostowaliśmy cieki, pogłębialiśmy rowy, osuszaliśmy teren i uczyliśmy przyrodę, iż woda ma jak najszybciej odpłynąć.

Dziś ten system odpowiada nam suszą.

Susza nie bierze się tylko z braku deszczu

Wiosna 2026 roku w Polsce zaczęła się z wyraźnym deficytem. Jak pisałam w Wodnych Sprawach, początek roku hydrologicznego przyniósł niedobór opadów, pokrywa śnieżna nie przełożyła się na trwałe zwiększenie przepływów, a w połowie kwietnia na ok. 64 proc. stacji wodowskazowych notowano stany niskie. Odnotowano też 23 stacje z przepływem poniżej SNQ, czyli średniego niskiego przepływu z wielolecia.

IMGW-PIB w raporcie z początku maja prognozował dalszą stabilizację i coraz wyraźniejszą tendencję spadkową stanów wody w rzekach. Wskazywał też, iż zagrożenie niżówką hydrologiczną będzie wzrastać, a prognozowane opady nie poprawią znacząco sytuacji w kraju.

Susza, we wszystkich swoich odsłonach, jest skutkiem braku opadów, ale nie tylko. Jest także konsekwencją tego, jak urządziliśmy przestrzeń. Prostowaliśmy rzeki, odwadnialiśmy mokradła, przyspieszaliśmy spływ z pól i lasów, traktując to jako porządek, postęp i racjonalną gospodarkę. Dziś coraz wyraźniej widać cenę tego podejścia: niżówki, przesuszone gleby, zanikające małe cieki i lasy, które w okresach bezdeszczowych stają się coraz bardziej podatne na ogień.

Najtrudniejsza zmiana dotyczy rolnictwa

Łatwo jest dziś powiedzieć – chrońmy bobry. To prawda, w wielu miejscach należy je chronić znacznie mądrzej niż dotychczas. Ale bobry nie udźwigną za nas całej adaptacji do suszy. Nie zastąpią retencji glebowej, mokradeł, pasów buforowych, zadrzewień śródpolnych, odtwarzania naturalnych obniżeń terenu ani zmiany sposobu funkcjonowania rowów melioracyjnych.

Największa, a zarazem najmniej popularna zmiana powinna dotyczyć terenów rolnych. jeżeli przez cały czas będziemy finansować przede wszystkim skutki suszy, a zbyt słabo wspierać działania ograniczające jej skalę, będziemy co roku wracać do tego samego punktu. Potrzebne jest stopniowe przesuwanie akcentu – z wypłat za straty suszowe na zachęty do zatrzymywania wody.

Nie chodzi o karanie rolników. Rolnik nie może zostać sam z kosztami zmiany, zwłaszcza iż przez dekady system premiował odwodnienie i maksymalne wykorzystanie produkcyjne gruntu. Chodzi o to, by pieniądze publiczne zaczęły wspierać konkretne praktyki: utrzymywanie stref buforowych wzdłuż cieków, odtwarzanie zadrzewień, zatrzymywanie odpływu z rowów, poprawę retencji glebowej, ochronę oczek wodnych i mokradeł śródpolnych oraz ograniczanie spływu powierzchniowego.

Woda zatrzymana na polu, w rowie, w obniżeniu terenu czy w mokradle nie jest stratą. Jest zabezpieczeniem na coraz dłuższe okresy bezopadowe.

Nie każda tama bobrowa musi zostać. Ale każda ma swoją funkcję

W polskiej praktyce zbyt często pada pytanie: czy tama przeszkadza w odpływie? Powinno brzmieć inaczej: co stracimy, jeżeli ją usuniemy? Czy obniżymy lokalny poziom wody? Czy przyspieszymy odpływ? Czy zlikwidujemy rozlewisko, które zasilało płytkie wody gruntowe? Czy narazimy siedlisko na przesuszenie? Czy usunięcie tamy jest konieczne, czy tylko wygodne?

Nie chodzi o zakazanie jakiejkolwiek ingerencji. Są miejsca, w których trzeba zabezpieczyć infrastrukturę, budynki, drogi, wały, przepusty czy rzeczywiście użytkowane grunty. Są też rozwiązania pośrednie: stabilizacja poziomu piętrzenia, zabezpieczanie drzew, odsunięcie miejsca konfliktowego od infrastruktury zamiast likwidowania całego siedliska. Ale w kraju z narastającą suszą rozbiórka tam bobrowych nie może być bezrefleksyjna.

Wpisy ekspertów i społeczników, w tym przywoływane w ostatnich dniach przykłady znad rzeki Olszanicy, pokazują jeszcze jeden problem: głęboką nieufność wobec praktyki administracyjnej. jeżeli decyzje o rozbiórce tam są wydawane szeroko, a kontrola ich wykonania pozostaje słaba, powstaje wrażenie, iż państwo jedną ręką pisze strategie retencji, a drugą usuwa wodę z terenu, wrażenie niszczące dla wiarygodności polityki wodnej w Polsce.

Czy więcej tam bobrowych mogło uratować Puszczę Solską?

Nie wiemy. I prawdopodobnie nigdy nie usłyszymy odpowiedzi na to pytanie wprost. Wiemy natomiast coś ważniejszego: teren bardziej wilgotny, zróżnicowany, z mokradłami, rozlewiskami, spowolnionym odpływem i wyższym poziomem płytkich wód gruntowych jest mniej podatny na skutki suszy niż przestrzeń odwodniona, uproszczona i przesuszona. Wiemy też, iż bobry potrafią tworzyć lokalne warunki retencyjne szybciej i taniej niż ludzie, którzy latami czekają na dokumentację, decyzje i finansowanie.

Puszcza Solska płonie w kraju, który od lat mówi o retencji, ale wciąż zbyt często działa według starego protokołu: oczyścić, udrożnić, odprowadzić. Ten system trzeba zmienić. Nie dlatego, iż bobry są sympatyczne. Dlatego, iż hydrologia jest bezlitosna.

Jeżeli nie zaczniemy zatrzymywać wody na terenach rolnych, w lasach, rowach, na mokradłach i w małych zlewniach, będziemy coraz częściej prowadzić podobne dyskusje przy kolejnych pożarach, niżówkach i komunikatach o stratach. Bobry mogą pomóc wielu małym ekosystemom. Mogą wspierać retencję tam, gdzie człowiek przez lata ją osłabiał. Ale ich działania nie zastąpią efektów decyzji, której w Polsce wciąż unikamy: iż woda ma zostać tam, gdzie spada, a nie jak najszybciej zniknąć z terenu.

Potrzebujemy dziś nie tylko więcej retencji, ale także więcej rozwagi w rozmowie o niej. Media ogólnopolskie, społecznicy, administracja i eksperci mają prawo stawiać trudne pytania, ale nie powinni zastępować analizy prostym oskarżeniem. Sprawa bobrów z Nadleśnictwa Józefów zasługuje na uwagę nie tylko w kontekście pożaru Puszczy Solskiej, ale dlatego, iż odsłania znacznie szerszy problem: brak spójnego myślenia o wodzie, suszy, rolnictwie, lasach i lokalnych konfliktach. jeżeli chcemy działać skutecznie, musimy widzieć cały system, a nie tylko ten jego fragment, który najłatwiej zmieścić w nagłówku.

zdj. główne: mł. asp. Krzysztof Pisz/Państwowa Straż Pożarna

Idź do oryginalnego materiału