Jarosław Kaczyński znów to zrobił. Przekroczył granicę, za którą zaczyna się polityczna nieprzyzwoitość, a kończy elementarna odpowiedzialność za słowo. Komentując sprawę azylu Zbigniew Ziobro, prezes PiS nie tylko podważył sens istnienia polskiego wymiaru sprawiedliwości, ale posłużył się retoryką, która w normalnym życiu publicznym powinna wywołać powszechne oburzenie. Zamiast refleksji – oskarżenia. Zamiast faktów – insynuacje. Zamiast umiaru – emocjonalny odlot.
Zapytany, czy azyl Ziobry „nie przeszkadza PiS”, Jarosław Kaczyński odpowiedział, iż „zupełnie nie przeszkadza”. Już w tym zdaniu pobrzmiewa lekceważenie dla opinii publicznej: partia, która przez lata budowała narrację o sile państwa i suwerenności, dziś macha ręką na fakt, iż jej czołowy polityk ucieka za granicę, by uniknąć odpowiedzialności karnej. Ale prawdziwy problem zaczął się chwilę później.
„Chyba iż ktoś po prostu nie chce w pewne rzeczy wierzyć, wierzy propagandzie, której poziom jest nie gorszy, jeżeli chodzi o kłamstwo, niż w okresie stalinowskim” – stwierdził Kaczyński. Porównanie współczesnych mediów i debaty publicznej do stalinizmu jest nie tylko absurdalne, ale i obraźliwe wobec ofiar tamtego systemu. To klasyczny chwyt prezesa: gdy rzeczywistość nie pasuje do tezy, należy ją zdeprecjonować, najlepiej sięgając po najcięższe historyczne działa. Problem w tym, iż takie słowa banalizują realne zbrodnie przeszłości.
Jeszcze dalej Kaczyński posunął się, mówiąc o ewentualnym aresztowaniu Ziobry. „Jest oczywiste, iż jego aresztowanie prowadziłoby po prostu do jego przedwczesnej śmierci” – oznajmił, by po chwili dodać, iż mogłoby to zostać „zakwalifikowane jako zabójstwo i to zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem”. Trudno o bardziej drastyczne nadużycie języka. W jednym zdaniu prezes największej partii opozycyjnej oskarża hipotetyczne działania organów państwa o morderstwo. Bez wyroku, bez decyzji, bez faktów.
Takie słowa są po prostu nieprzywoite. Wypowiedziane przez polityka tej rangi, byłego wicepremiera i wieloletniego lidera obozu władzy, stają się czymś więcej niż retoryczną przesadą. To świadome podsycanie emocji, granie na strachu i chorobie konkretnego człowieka po to, by zdyskredytować państwo jako całość. Choroba Ziobry – jakkolwiek poważna – nie może być tarczą chroniącą przed odpowiedzialnością ani argumentem do oskarżania instytucji o „zabójstwo”.
Kaczyński poszedł dalej, ogłaszając, iż „w Polsce pan Ziobro nie może liczyć na sprawiedliwy proces” i iż „sądownictwo już nie jest sądownictwem we adekwatnym tego słowa znaczeniu”. To zdanie brzmi jak gorzka ironia w ustach człowieka, który przez lata systematycznie demontował niezależność sądów, podporządkowywał prokuraturę polityce i kwestionował wyroki niepasujące do linii partii. Teraz ten sam polityk ogłasza, iż państwo prawa nie istnieje – bo nie służy już jego obozowi.
W istocie mamy do czynienia z retoryką oblężonej twierdzy, doprowadzoną do skrajności. Każde śledztwo to represja, każda decyzja sądu – zemsta, a każde działanie państwa – potencjalna zbrodnia. To nie jest poważna krytyka władzy, ale polityczna fantazja, w której lider PiS sam obsadza się w roli jedynego obrońcy moralności, a wszystkich przeciwników ustawia po stronie zbrodniarzy.
Jarosław Kaczyński znów „odleciał” – nie pierwszy raz, ale tym razem wyjątkowo daleko. Używając słów o „zabójstwie ze szczególnym okrucieństwem”, przekroczył granicę debaty publicznej. W normalnym państwie takie wypowiedzi spotkałyby się z natychmiastową, jednoznaczną reakcją. W Polsce są kolejnym dowodem na to, jak bardzo język polityki został zatruty – i jak świadomie robi to jej najważniejszy truciciel.

4 godzin temu











