Od dekady walczą z państwowym trucicielem. Właśnie dostali za to pozew

33 minut temu

Drugie największe lotnisko w kraju pozwało grupę mieszkańców, która od dziesięciu lat nagłaśnia nieprawidłowości związane z jego funkcjonowaniem. Chodzi o kwestię spuszczania lotniskowej chemii prosto do okolicznej rzeki.

Port lotniczy Kraków-Balice to drugie największe lotnisko w Polsce. Balice od lat pękają w szwach, notując kolejne rekordy popularności. W ubiegłym roku podkrakowskie lotnisko odwiedziło grubo ponad 13 milionów pasażerów, co oznacza wzrost o ponad 20 procent względem roku poprzedniego. W 2026 roku ma to być już choćby 15 milionów osób. W kwietniu 2026 roku rada miasta nadała portowi lotniczemu najwyższe miejskie odznaczenie – prestiżowy medal Cracoviae Merenti.

Jak to uzasadniono? – Dorobek Międzynarodowego Portu Lotniczego im. Jana Pawła II Kraków–Balice sp. z o.o., jego znaczenie dla rozwoju Krakowa, regionu i kraju, a także trwały wkład w budowanie pozytywnego wizerunku Gminy Miejskiej Kraków w Polsce i na świecie, w pełni uzasadniają uhonorowanie spółki brązowym medalem – czytamy na oficjalnej stronie miasta.

Dokładnie dwa dni po tym, jak władze lotniska w świetle reflektorów odbierały najwyższe miejskie odznaczenie, w sali sądu okręgowego w Krakowie rozpoczął się proces. Zarząd portu lotniczego w Balicach postanowił pozwać mieszkańców, którzy od 2016 roku nagłaśniają zatruwanie środowiska.

10 lat trucia rzeki

O tym, iż lotnisko regularnie zatruwa środowisko naturalne w swoim bezpośrednim otoczeniu pisaliśmy na naszych łamach wielokrotnie. W szczególności cierpi lokalna rzeka – czterokilometrowy potok Olszanicki, do którego chemia od lat trafia bezpośrednio z płyty lotniska. Na port nakładane są kary, które jednak nie robią na nikim wrażenia. Być może dlatego, iż przez lata wynosiły maksymalnie 500 złotych i to pod warunkiem, iż kogoś złapano za rękę.

  • Czytaj także: Duże lotnisko zatruwa okolicę. Kara? 500 złotych

Sprawę od samego początku nagłaśnia niewielkie stowarzyszenie Nasza Olszanica. Na Facebooku śledzi je tysiąc osób. To tam regularnie opisywane są zrzuty chemii prosto do potoku.

– Nie jesteśmy przeciwko rozwojowi lotniska, jesteśmy przeciwko niekontrolowanemu rozrostowi – mówi nam Tomasz Fiszer, jeden z liderów „Naszej Olszanicy”, organizacji, która znalazła się na celowniku władz portu. – Sytuacja związana z zagospodarowaniem wód opadowych na terenie lotniska od 10 lat jest poza kontrolą. Nie ma adekwatnego systemu, który zabezpieczyłby przypadki, które narastają lawinowo. Z każdym rokiem jest coraz większy problem – podkreśla Fiszer.

To, iż coś złego dzieje się z lokalną rzeką mieszkańcy zauważyli już w 2016 roku.

Woda śmierdziała, pojawiała się piana, ale to były incydenty. Teraz widzimy, iż z każdym dodatkowym milionem pasażerów, dodatkowymi operacjami lotniczymi, problem narasta. Szczególnie kiedy temperatury spadają poniżej zera, czyli od października do kwietnia, występują negatywne zjawiska: smród, chemiczny fetor przypominający zapach zgniłej cebuli, piana i woda w kolorze atramentowym – wylicza nasz rozmówca dodając, iż mieszkańcy boją się o swoje zdrowie.

W obecnym sezonie odladzania było najwięcej zgłoszeń przekazanych do służb w historii działalności stowarzyszenia. – Mniej więcej dwa razy więcej niż w poprzednich latach – wylicza przedstawiciel “Naszej Olszanicy”.

Miejsce w którym lotniskowa chemia trafia prosto do potoku Olszanickiego. Fot. Nasza Olszanica

Boją się o swoje dzieci, na zimę wyprowadzają się do rodziny. Chemia płynie pod Wawel

– Ci którzy mieszkają w pobliżu potoku wyprowadzają się w okresie zimowym do rodziny np. do Nowej Huty. Po prostu nie dają rady wytrzymać, choćby w domu przy zamkniętych oknach. To jest wpływ tych substancji, które wydzielają się do powietrza i powodują np. bóle głowy u dzieci.

Ale problem dotyczy nie tylko bezpośrednich sąsiadów potoku. Ostatecznie lotniskowa chemia ląduje w rzece Rudawie, a dalej w Wiśle – pod samym Wawelem.

– W lutym tego roku spacerując w okolicy krakowskiego Salwatora i Woli Justowskiej zauważyłem, iż w Rudawie znajduje się duża ilość piany. Czuć było drażniący w oczy i nos odór unoszący się z rzeki, zacząłem gorzej oddychać – mówi nam Paweł Chodkiewicz, strażnik rzek WWF. – Był to podobny odór, jak w Potoku Olszanickim, który zatruwa lotnisko w Balicach. Ta chemia bezpośrednio wpływa na okolice rzeki Rudawy, popularnego miejsca spacerów, wzdłuż nowej ścieżki rowerowej i dalej płynie wzdłuż krakowskich Błoń, wpadając do Wisły niedaleko Wawelu – alarmuje Chodkiewicz.

Jego zdaniem „jest to zagrożenie dla zdrowia ludzkiego”. – A już na pewno zauważalna jest zmniejszona populacja ryb na tym odcinku rzeki. Kiedyś było tu dużo więcej życia, ryb, czy kiełży i jętek – takich bezkręgowców, które filtrują rzekę. Zatruwanie wody przez lotnisko doprowadza do degradacji nie tylko samego potoku, ale też rzek do których potok wpada. Mam nadzieję, iż na zrzucie do potoku zostanie zbudowana oczyszczalnia i problem zostanie rozwiązany – dodaje działacz.

Czy taka oczyszczalnia powstanie? Tego nie wiadomo. Władze lotniska oznajmiły, iż na razie, za gigantyczną kwotę 100 mln złotych, chcą rozwiązać problem… zmieniając bieg samego potoku. Eksperci zaangażowani w sprawę zwracają uwagę, iż nie ma pewności, czy taki zabieg przyniesie jakiekolwiek skutki, wskazując, iż pewniejszym rozwiązaniem byłaby budowa lotniskowej oczyszczalni o której wspomina Chodkiewicz.

  • Czytaj także: Polskie rzeki to ściek: „jak w kraju Trzeciego Świata”

Głośne reportaże w ogólnopolskich telewizjach i pozew przeciwko mieszkańcom

Pod koniec stycznia 2026 roku sprawa nabrała wymiaru ogólnopolskiego za sprawą reportażu „Uwagi” TVN-u. Podobny materiał interwencyjny przygotowała też Telewizja Polska. Niedługo po tym, jak sprawa trafiła do mainstreamowych mediów do działaczy „Naszej Olszanicy” zapukał listonosz z sądowym awizo, a w nim termin pierwszej rozprawy.

– Pozew dotyczy jednego konkretnego zgłoszenia zanieczyszczenia potoku z kwietnia 2025 roku. Wtedy na jego całej długości pojawiła się „piana gigant” i odór – tłumaczy Tomasz Fiszer. – Nigdy nie publikujemy informacji niesprawdzonych i tak było też tym razem. Akurat w tym czasie, nie wiem czy to było zamierzone, czy nie, czekaliśmy bardzo długo na wyniki badań. Po skonsultowaniu tych wyników okazało się, iż jest to chemia lotniskowa. Opisaliśmy to tak, jak opisujemy od 10 lat – iż jest to zanieczyszczenie potoku, iż zanieczyszczenie pochodzi z terenu lotniska i iż jak zawsze mamy oko na trucicieli.

Co nie spodobało się władzom portu? – Okazuje się, iż co prawda lotnisko przyznaje się, iż truje, ale akurat nie tego dnia. Domagają się przeprosin i zadośćuczynienia w postaci 15 tys. złotych – mówi nam przedstawiciel „Naszej Olszanicy”. – Uważamy, iż materiał był rzetelny i został opublikowany w ramach wolności słowa oraz naszych działań ważnych z punktu widzenia interesu społecznego, czyli ochrony środowiska.

O sprawę chcemy zapytać u źródła. Lotnisko w Balicach ma złożoną strukturę własnościową. Głównym udziałowcem są Polskie Porty Lotnicze S.A., państwowa spółka, która ma ponad 76 proc. udziałów. Drugim największym właścicielem jest Województwo Małopolskie (ponad 22 proc. udziałów), a następnie miasto Kraków (nieco ponad 1 proc.). Samym lotniskiem zarządza jeszcze inna spółka, dedykowana do tego zadania i wykonująca je na zlecenie właścicieli.

Lotnisko w podkrakowskich Balicach bije rekordy popularności. Według szacunków w tym roku może przyjąć najwięcej pasażerów w swojej historii – choćby 15 mln osób. Fot. shutterstock/Strikernia

Rzeczniczka lotniska: z troską traktujemy dbałość o środowisko

Pytania w tej sprawie zadaliśmy we wszystkich czterech podmiotach. Chcieliśmy dowiedzieć się, jaki jest powód stosowania pozwów zastraszających – tzw. SLAPP, przeciwko lokalnemu stowarzyszeniu i czy wszyscy udziałowcy popierają ten kierunek. Dodatkowo samą spółkę zarządzającą lotniskiem pytaliśmy o to, kto personalnie podejmował decyzję o pozwaniu mieszkańców i dlaczego w ogóle zdecydowano się na ten krok, skoro państwowy WIOŚ wielokrotnie udowadniał, iż to lotnisko zatruwa lokalne rzeki.

Polskie Porty Lotnicze odmówiły komentarza, odsyłając nas do zarządcy. Rzeczniczka prasowa województwa poprosiła o więcej czasu w przygotowanie odpowiedzi, a prezydent Krakowa nie odpowiedział na pytania do dnia publikacji tekstu. Jedyna odpowiedź wpłynęła od samego lotniska.

W imieniu portu lotniczego odpisała jego rzeczniczka – pani Monika Chylaszek. Wcześniej przez lata była rzeczniczką byłego już prezydenta Krakowa – Jacka Majchrowskiego. Szerszej publiczności dała się poznać po tym, jak po jednym z nieprzychylnych dla miasta artykułów, przesłała do redaktora naczelnego Onetu Bartosza Węglarczyka pismo z – jak pisze sam Onet: „jawną sugestią uciszenia lub choćby zwolnienia naszego krakowskiego reportera Dawida Serafina”. Wtedy również sprawa nabrała wymiaru ogólnopolskiego (miasto groziło zerwaniem współpracy z redakcją przy prowadzeniu corocznego konkursu).

Dziś Chylaszek zapewnia, iż „działania prawne nie stanowią tzw. SLAPP, gdyż ich celem nie jest wywieranie presji na przedstawicielach mediów, a sprzeciw wobec bezprawnego naruszania dóbr osobistych portu, w szczególności jego renomy”.

– MPL (Międzynarodowy Port Lotniczy – red.) z troską traktuje dbałość o środowisko czego wyrazem jest decyzja o realizacji inwestycji polegającej na przełożeniu potoku Olszanickiego oraz rozpoczęcie prac nad studium wykonalności dla oczyszczalni ścieków. Pozew to tylko reakcja na rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji – słyszymy w Balicach.

Dalej Chylaszek przekonuje, iż lotnisko nigdy nie zaprzeczało temu, iż zatruwa potok, ale według spółki badania pozyskane z tego dnia zaprzeczają, aby w wodzie znajdowały się substancje do odladzania samolotów. – Dlatego spółka żąda sprostowania nieprawdziwej informacji.

Gdy pytamy o koszty pozwu i obsługi prawnej, którą ponosi spółka należąca do publicznych podmiotów, rzeczniczka nabiera wody w usta i zasłania się tajemnicą przedsiębiorstwa. – Informacja dotyczące kosztów obsługi prawnej stanowią tajemnicę przedsiębiorstwa – czytamy. Na pytanie dotyczące tego, kto personalnie zdecydował się pozwać mieszkańców nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi.

Lokalne stowarzyszenie od lat dokumentuje i nagłaśnia szkodliwą działalność portu lotniczego. Fot. Nasza Olszanica

Watchdog Polska o pozwach zastraszających

O sprawę skierowaną przeciwko mieszkańcom pytamy w Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska, która zajmuje się takimi postępowaniami. Chcemy dowiedzieć się, czy zachowanie lotniska to wspomniana metoda SLAPP – z angielskiego “strategic lawsuit against public participation” co tłumaczone jest jako strategiczne pozwy przeciwko partycypacji publicznej. Według Wikipedii są one rodzajem pozwów sądowych wytaczanych przez wpływowe podmioty (korporacje, polityków) w celu zastraszenia i uciszenia krytyków (dziennikarzy, aktywistów). Ich celem jest wywołanie „efektu mrożącego” i zniechęcenie do udziału w debacie publicznej, a nie dochodzenie sprawiedliwości.

Co na to eksperci?

– Polska w tej chwili wdraża unijną dyrektywę anty-SLAPP, mamy też rekomendację Rady Europy z kwietnia 2024 roku – mówi nam Marzena Błaszczyk, członkini zarządu Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska. – Tam jest dłuższy fragment dotyczący tego, jak identyfikować SLAPPy i są podane konkretne wskaźniki. Jest ich w sumie 10, a pozew tego typu może obejmować wszystkie, ale wystarczy też jeden.

Jakie to wskaźniki? – Pierwszym z takich elementów jest to, iż występuje nierównowaga sił między podmiotami. Może to być przewaga finansowa, wpływy polityczne lub społeczne. W tym przypadku mamy raczej małe stowarzyszenie i dużą firmę państwową – komentuje ekspertka.

Drugim elementem, który jest wymieniony wśród wspomnianych zaleceń jest to, iż argumenty przedstawiane w takich pozwach są częściowo lub całkowicie bezzasadne. – O tym oczywiście będzie rozstrzygał sąd, ale nietrudno przypuszczać, iż gdyby nie ten pozew, to z całym szacunkiem dla niewielkiego stowarzyszenia, ale mało kto dowiedziałby się o trzech postach z zeszłego roku – dodaje Błaszczyk.

– Wśród wskaźników mamy też sytuację, w której środki, których domaga się pozywający są nieproporcjonalne, nadmierne lub nieracjonalne. I tutaj mamy sytuację, w której sąd nie zgodził się z lotniskiem jeżeli chodzi o zabezpieczenie tej sprawy. Lotnisko chciało, aby sąd w ramach takiego zabezpieczenia nakazał np. ukrycie czy usunięcie danej publikacji, a mówiąc inaczej ocenzurował ją do momentu zakończenia postępowania. Na szczęście sąd nie przystał na to, choć takie sytuacje się zdarzają. Są jednak niezgodne z konstytucją, która zabrania takiej prewencyjnej cenzury – tłumaczy przedstawicielka „Watchdoga”.

– Mamy nadzieję, iż prace rozpoczynające się w Sejmie ws. dyrektywy anty-SLAPP, wprowadzi jasną definicję tego, czym są pozwy typu SLAPP i pomoże to w sprawach dotyczących wolności słowa czy zabierania głosu w sprawach ważnych publicznie – podsumowuje Marzena Błaszczyk.

“Napisaliśmy po prostu prawdę”

Tomasz Fiszer zauważa, iż w ostatnim czasie także instytucje państwowe coraz częściej występują z pozwami typu SLAPP, przeciwko mieszkańcom i stowarzyszeniom działającym na rzecz ochrony środowiska.

– Więc po drugiej strony mamy instytucje z wielomilionowymi budżetami i armią prawników. Ważnym jest, żeby walczyć o wsparcie, nagłaśniać sprawy w mediach lokalnych, czasem jeżeli się uda to w tych ogólnopolskich. o ile jest się przygotowanym i działa się rzetelnie, to ułatwia sprawę. My staramy się zbierać szerokie wsparcie też od innych organizacji z Krakowa i spoza miasta, od różnego rodzaju instytucji, naukowców. Po prostu nie można się poddawać. Druga strona, która pozywa stronę społeczną po prostu liczy, iż ta się podda. Pojawia się sprawa w sądzie, prawnicy, aplikanci radcowscy, to generuje oczywiście stres – podkreśla nasz rozmówca.

Fiszer zapewnia, iż pozew “na pewno nie spowoduje zmiany naszej postawy i naszego przekazu”. – Dzięki tym działaniom udaje się sprawę nagłaśniać, a przez to przymusić do działania zarówno instytucje jak i podmiot, który powoduje problem.

Czy niewielkie stowarzyszenie planuje zastosować się do wezwań państwowego giganta?

– Uważamy, iż te zarzuty są bezpodstawne, mamy nadzieję, iż obronimy się w sądzie i dlatego też nie uważamy, iż mamy kogoś przepraszać. Napisaliśmy po prostu prawdę.

  • Czytaj także: Cuchnący chemikaliami potok zatruwa im życie. Winny jest znany, prokuratura nie widzi problemu

Zdjęcie tytułowe: shutterstock/Robson90

Idź do oryginalnego materiału