Mimo przepisów, które zatrudnianie w urzędach gmin, miast, powiatów czy marszałkowskich opierają przede wszystkim na otwartych konkursach na stanowisko, do pracy trafiają nie zawsze ci najlepsi, najbardziej fachowi, najlepiej przygotowani, którzy swoją wiedzą i umiejętnościami będą gwarantować sprawne funkcjonowanie samorządu, realizowanie podstawowych potrzeb mieszkańców czy wreszcie adekwatne i dobrze przeprowadzane inwestycje.
Zdjęcie ilustracyjne, pixabay.comPomijając choćby niepewność, czy konkursy rzeczywiście są tak przeprowadzanie, jak widzi to ustawodawca, to jeszcze jest mnóstwo furtek, bocznych wejść, jak choćby przeniesienia między urzędami czy stanowiska pomocy administracyjnych (o czym niedługo napiszemy w kontekście Świdnicy).
Stanowiska w urzędach to bardzo ważna karta przetargowa dla tych, którzy wygrywają wybory. O ciemnej stronie polityki kadrowej pisze autor bloga „Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy”, były samorządowiec i urzędnik.
SKĄD ONI BIORĄ TAKICH LUDZI?
Skąd tak zwani włodarze biorą ludzi, którzy potem zupełnie przypadkiem, oczywiście wygrywają organizowane przez nich konkursy? Bo czasami jest to 100-procentowa żenada. Są oczywiście ludzie związani z samorządem. Kompetentni. Doświadczeni. Dobrzy urzędnicy.
Ale bardzo często nie o takich chodzi.
Jeden przychodzi, bo poprzedni włodarz właśnie chciał się go pozbyć. Dostał „kartonik”, godzinę na spakowanie i już po chwili opowiada w nowym miejscu, iż został bardzo proszony, żeby przyjść i udoskonalić urząd.
Inny ucieka przed nowym tzw. „włodarzem” bo wie, iż to tylko kwestia czasu, kiedy będzie musiał odejść.
Jeszcze inny jest samorządowym wędrowcem. Z jednostki do jednostki. Z urzędu do urzędu. Z parafii do parafii. Bo gdzieś poniewierał ludzi. Gdzieś było mobbingowanie. Ale kara? Jaka kara? Nie zwolnienie. Nie odpowiedzialność. Przeniesienie.
Żeby przyschło. Żeby ludzie zapomnieli. Żeby w nowym miejscu można było zacząć od czystej kartki. A potem? Potem na nowej „parafii samorządowej” robi dokładnie to samo.
Są też ludzie z gastronomii.
Z handlu. Z politycznego otoczenia. Bo przecież w wydziale promocji może pracować każdy.
Zwłaszcza jeżeli nie chodzi o promocję miasta. Tylko o promocję tzw. „włodarza”. I taki człowiek przychodzi. Zaczyna rządzić. Zaczyna „układać”. Zaczyna wymieniać. I bardzo gwałtownie okazuje się, iż można zepsuć jednocześnie ludzi, urząd i jakość jego pracy.
Tylko po co komu jakość?
Jeżeli najważniejsze jest, żeby przez pięć lat. A najlepiej przez dziesięć. NACHAPAĆ SIĘ. I po drodze nie wpaść. Nie zainteresować RIO. Nie zainteresować NIK. Nie zainteresować prokuratury. Nie zainteresować policji. I najlepiej nie zainteresować mieszkańców.
Bo mieszkańcy są najbardziej kłopotliwi.
Czasami jednak ktoś się zainteresuje. Czasami ktoś sprawdzi. Czasami ktoś zapyta.
Czasami ktoś nie odpuści.
I wtedy nagle okazuje się, iż ten cały misterny system ma jedną wadę. „Włodarz” może sobie wybrać człowieka. Może sobie choćby wybrać konkurs. Ale nie może sobie wybrać rzeczywistości. A rzeczywistość prędzej czy później przychodzi.
Z kontrolą. Z dokumentami.
Z pytaniami. Albo po prostu z mieszkańcami. I wtedy wychodzi, iż o ile byle jaki szef dobiera byle jakich ludzi, to trudno oczekiwać, żeby powstał z tego dobry urząd.
Byle jaki szef.
Byle jakie kadry.
Byle jaka jakość.
A na końcu rachunek wystawia nie włodarz. Wystawia go samorząd. I płacą mieszkańcy.
/Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy/

1 godzina temu






![Piknik „Bezpieczny wypoczynek” w centrum Tarnowa [zdjęcia]](https://tarnow.ikc.pl/wp-content/uploads/2026/09/piknik-BB2026-fot.-artur-gawle0021.jpg)


