W Świdnicy sekretarz miasta organizował w godzinach pracy kampanię wyborczą prezydenta. Prokuratura nie dopatrzyła się w tym nic złego, oberwali za to zdejmujący banery konkurencji konserwator z kierowcą. W Olsztynku sekretarz miasta pisze uchwały i stanowiska radnych. I też nie szkodzi. O tym, jak tworzą się patologie w lokalnym samorządzie, a wszyscy udają, iż nic się nie stało pisze autor bloga „Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy”, były samorządowiec i urzędnik.
TEGO NIE PRZECZYTASZ W „MEDIACH” SAMORZĄDOWYCH

Sekretarz, radca i burmistrz w jednym stali domu, czyli jak zabić nadzór rady gminy w trzech prostych krokach.
W polskim samorządzie widziałem już wiele, ale czasem trafi się perełka, która powinna zostać oprawiona w ramkę i powieszona w muzeum lokalnych absurdów. Oto przypadek, który opisali mieszkańcy Olsztynka — gminy, gdzie ustrojowość postanowiła się spakować i wyjechać.
Zacznijmy od klasyki: radca prawny obsługuje jednocześnie burmistrza i radę. Ktoś powie: „przecież to nie zakazane”. Jasne, nie jest zakazane. Tylko iż w praktyce wygląda to tak, iż radni składają zapytanie, radca analizuje, burmistrz czyta, radca poprawia, rada dostaje opinię i wszyscy udają, iż nie widzą, jak bardzo jest to jednostronne. Kontrola? Opozycja? Równowaga władz? Te słowa tu nie występują.
Ale prawdziwa perełka dopiero nadchodzi: Sekretarz gminy jest jednocześnie kierownikiem Biura Obsługi Rady.
Czyli podwładny burmistrza… obsługuje radę, która ma kontrolować burmistrza. To jak wyznaczyć lisicę na kierownika kurnika, a potem mówić, iż „wszystko odbywa się zgodnie z procedurą”.
Sekretarz przygotowuje projekty uchwał radnych, pisze stanowiska, uczestniczy w komisjach, kształtuje przebieg sesji. I co najważniejsze — przy rozpatrywaniu skarg na burmistrza… przedstawia radzie stanowisko w jego imieniu.
Można? Można. Czy ma to sens? Nie ma. Czy ktoś to powinien zatrzymać? Tak, ale wszyscy są zajęci udawaniem, iż tak wygląda normalność.
Dołóżmy do tego ulubiony numer wykonawczy: jedna uchwała na wszystkie zmiany budżetu. Radny nie ma prawa powiedzieć: „jestem za drogą, ale przeciwko zakupowi nowego samochodu”. Nie.
W zestawie jest wszystko. Weź lub rzuć. A kiedy radni proszą o oddzielne projekty? Słyszą, iż „mail został zauważony zbyt późno”. To już nie jest argument. To już jest mem.
W normalnym systemie rada ma być niezależnym organem stanowiącym i kontrolnym. W systemie z Olsztynka rada jest od tego, by przyjmować stanowiska przygotowane przez sekretarza, który podlega burmistrzowi, a opiniowane przez radcę, który podlega burmistrzowi. Trójkąt zależności, którego nie powstydziłby się podręcznik do centralizmu.
Czy to wszystko jest legalne?
W części tak. Czy to wszystko jest rozsądne, zgodne z zasadą równowagi władz i zdrowej demokracji lokalnej? W absolutnie żadnym stopniu.
Dlatego o tym piszę — bo takie przykłady pokazują, jak kilka potrzeba, żeby system, który w teorii jest demokratyczny, w praktyce zamienić w strukturę, gdzie jeden organ trzyma w kieszeni drugi. A potem wszyscy mówią, iż „samorząd to największy sukces transformacji”. Być może. Ale widocznie nie wszędzie.
Sekretarz gminy – menedżer, technokrata czy polityczny zderzak?
Ma pilnować procedur, organizować urząd, trzymać się z dala od polityki.
A tymczasem… bywa „do odwołania”, „po linii” albo „niezauważalny”.
W teorii: sekretarz to administracyjny trzon urzędu.
W praktyce: zmiana burmistrza? Zmienia się i sekretarz.
W teorii: osoba apolityczna.
W praktyce: czasem „funkcja zaufania”, choć przepisy mówią inaczej.
Dlaczego tak ważna funkcja jest w Polsce tak słabo chroniona? Czy naprawdę chcemy, żeby fachowcy byli zależni od wyników wyborów? Jaki powinien być nowoczesny sekretarz gminy? Czy znasz takich, którzy potrafili być niezależni mimo presji?
Sekretarz apolityczny. Czyli teoria kontra rzeczywistość
Zgodnie z ustawą, sekretarz gminy ma być postacią apolityczną.
Ma stać na straży procedur, dbać o bezstronność administracji, być takim samorządowym „sędzią technicznym”, który pilnuje, by wszystko działało jak należy, niezależnie od tego, kto właśnie dzierży władzę.
A teraz odłóżmy ustawę i popatrzmy na życie. W codziennej praktyce sekretarz to często ktoś więcej niż urzędnik. To prawa ręka wójta lub burmistrza, lojalny doradca, czasem polityczny żołnierz w garniturze.
I o ile teoretycznie powinien on być „ponad podziałami”, o tyle w praktyce bardzo często zna swoje miejsce w samorządowej hierarchii. A to miejsce bywa bardzo blisko decydenta – zwłaszcza w gminach, gdzie rządzi się „po swojemu”.
Sekretarz nierzadko bierze udział w naradach strategicznych, pomaga w decyzjach kadrowych, a czasem choćby pilnuje, żeby w urzędzie „nie pałętali się jacyś obcy”. Ktoś nowy? Z innego środowiska? Nie ten krąg znajomych? Lepiej nie. Przecież spokój w gminie najważniejszy.
Oczywiście są sekretarze z prawdziwego powołania – kompetentni, niezależni, profesjonalni.
Ale ich cichą obecność zagłuszają ci, którzy z apolityczności zrobili kabaret. A im bliżej wyborów, tym bardziej sekretarz przypomina sztabowca niż urzędnika.
Może pora przypomnieć, iż urząd to nie partia, a lojalność wobec prawa ważniejsza jest niż lojalność wobec szefa? I iż z założenia sekretarze i skarbnicy mieli być fachową i nienaruszalną siłą w urzędach.
/Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy/

2 godzin temu











