Kulisy samorządu. Przewodniczący Rady

2 godzin temu
Zdjęcie: zdjęcie ilustracyjne, pixabay


Ta funkcja w samorządzie wchodzi do powyborczego kontraktu koalicyjnego. W zasadzie ma charakter usługowy wobec rady gminy, miasta, czy powiatu, w rzeczywistości sposób, w jaki zarządza, ma wpływ na funkcjonowanie samorządu, a więc i cale życie lokalnej społeczności. Pod lupę przewodniczącego rady bierze w kolejnym odcinku autor bloga Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy, były urzędnik i samorządowiec.

TEGO NIE PRZECZYTASZ W „MEDIACH” SAMORZĄDOWYCH

zdjęcie ilustracyjne, pixabay

PRZEWODNICZĄCY RADY
Autorytet? Czy tylko funkcja „usługowa”?

Kiedy mówimy o przewodniczącym rady – gminy, miasta czy powiatu – zwykle skupiamy się na jego publicznym wizerunku: prowadzi sesje, udziela głosu, czasem pouczy radnego, czasem kogoś upomni. Jednak za tą fasadą kryje się funkcja znacznie bardziej subtelna, niż mogłoby się wydawać. I jednocześnie bardziej podatna na nadużycia.

Wbrew temu, co w wielu gminach funkcjonuje jako „obiegowa prawda”, przewodniczący rady nie jest żadnym organem władzy. Nie ma prerogatyw wójta czy burmistrza. Nie „zarządza gminą”. Nie wydaje poleceń urzędnikom. To jasno potwierdził Naczelny Sąd Administracyjny, który w wyroku z 14 lipca 2023 r. (III OSK 1743/22) wyraźnie stwierdził, iż zadaniem przewodniczącego jest wyłącznie organizowanie pracy rady oraz prowadzenie jej obrad. Wyłącznie. Ani mniej, ani więcej.

NSA podkreślił też, iż funkcja ta ma charakter usługowy – i to nie wobec mieszkańców, nie wobec organu wykonawczego, ale wobec samej rady. To rada jest tu punktem odniesienia. To jej pracę przewodniczący ma usprawniać: zawiadamiać o sesjach, dbać o dokumenty, odbierać skargi i wnioski, pilnować porządku obrad.

Czynności – jak to pięknie określono – głównie materialno-techniczne. Można by rzec: sekretarz zebrania z odrobiną większej odpowiedzialności.

I tu zaczyna się adekwatna opowieść. Bo „techniczne” czynności można wykonywać na dwa sposoby. Można w duchu neutralności, profesjonalizmu i odpowiedzialności. A można inaczej – wybiórczo, uznaniowo, z podtekstem.

Można wspierać komunikację w radzie, ale można też ją utrudniać. Można tonować emocje, ale można też je podkręcać. Można być przewodniczącym wszystkich radnych – i wszystkich mieszkańców – a można być przewodniczącym „swoich”. W idealnym świecie przewodniczący rady to ktoś, kto łączy wiedzę, doświadczenie i charakter. Ktoś, kto tak samo spokojny i wyważony jest na oficjalnym posiedzeniu komisji, jak i w kuluarowej rozmowie.

Kto mówi to samo publicznie i prywatnie. Kto budzi autorytet – nie stanowiskiem, ale zachowaniem. Kto cieszy się zaufaniem choćby przeciwników. Kto łagodzi konflikty, a nie je produkuje. Kto ma świadomość, iż przewodniczenie to służba, a nie tytuł.

Ale samorząd to nie film kostiumowy z ideałami w roli głównej. W realnych gminach, w realnych radach spotykamy również tych drugi​ch – osoby, które na funkcji przewodniczącego widzą przede wszystkim narzędzie wpływu. Władza, choć skromna i formalnie ograniczona, potrafi być silnym afrodyzjakiem. Dla niektórych na tyle silnym, iż traci się zdolność trzeźwej oceny własnych działań.

Zamiast jednoczyć – dzielą. Zamiast tonować – podsycają. Zamiast służyć radzie – służą swoim układom, emocjom, ambicjom. I nagle okazuje się, iż dwaj przewodniczący w dwóch sąsiednich gminach wykonują tę samą funkcję, ale jakby z dwóch różnych światów.

Tacy przewodniczący potrafią blokować informacje niewygodne dla „swojej strony”, a eksponować te korzystne. Potrafią w subtelny sposób wpływać na kalendarz sesji, kolejność punktów, długość wypowiedzi, interpretację regulaminu. Zawsze niby zgodnie z prawem, ale nie zawsze zgodnie z duchem równości i bezstronności.

Ich „organizowanie pracy rady” zamiast techniczną czynnością staje się narzędziem gry. Czasem drobnej, czasem bardzo poważnej. Dlatego warto to wyraźnie powiedzieć: nie każdy powinien być przewodniczącym rady.

To nie jest funkcja dla ludzi o rozbuchanym ego, którzy traktują publiczną przestrzeń jak planszę do własnych rozgrywek. Nie jest dla tych, którzy lubią „ugrać jak najwięcej”, nie zważając na wspólnotę. Nie jest dla tych, którzy lubią dzielić, bo wtedy lepiej rządzą. Nie jest dla tych, którzy uważają, iż autorytet bierze się z krzyku, gestów czy podniesionych brwi.

Przewodniczący rady powinien być – w czystej postaci – autorytetem moralnym i organizacyjnym. Kimś, kto patrzy szerzej, kto myśli o interesie publicznym, kto rozumie, iż jest tylko elementem procesu demokratycznego, a nie jego centrum.

I jeżeli kiedyś zastanawialiście się, dlaczego w jednej gminie sesje są spokojne i merytoryczne, a w innej przypominają ring – to często odpowiedź leży właśnie tu, na krześle przewodniczącego.

Bo władza w samorządzie nie zawsze zależy od zakresu kompetencji. Czasem zależy od człowieka, który te kompetencje wypełnia. I o tym warto rozmawiać.

Idź do oryginalnego materiału