Prezydent Koszalina Tomasz Sobieraj 21 sierpnia zapowiedział list do mera Iwano-Frankiwska Rusłana Marcinkiwa po działaniach związanych z upamiętnianiem Stepana Bandery, OUN i UPA. Chodzi o miasto partnerskie Koszalina oraz pamięć rodzin kresowych. Stawką jest prosta rzecz: partnerstwo nie może oznaczać milczenia wobec ideologii antypolskiej.
Reakcja po apelu Nowej Nadziei
Sprawę nagłośnił Jan Kazimierz Adamczyk, szef Nowej Nadziei w regionie koszalińskim. Według relacji Do Rzeczy działacze zwrócili uwagę na działania władz Iwano-Frankiwska związane z upamiętnianiem Bandery, OUN i UPA. W tle są konkursy dla dzieci, symbole banderowskie i pomysły nadawania nazw ulicom.
Iwano-Frankiwsk jest miastem partnerskim Koszalina. To nadaje sprawie ciężar większy niż zwykły spór internetowy. jeżeli polskie miasto podpisuje partnerstwo, ma prawo oczekiwać szacunku dla polskiej pamięci. Zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o kult Stepana Bandery i formacji odpowiedzialnych za zbrodnie na Polakach.
Sobieraj zapowiada list do mera
Tomasz Sobieraj odpowiedział działaczom, iż przyjmuje apel i podziela oburzenie. Zapowiedział skierowanie stanowiska do władz Iwano-Frankiwska oraz wezwanie do zaniechania działań, które mogą być odbierane jako gloryfikowanie OUN, UPA i osób odpowiedzialnych za zbrodnie na ludności polskiej.
To istotny zwrot. Jeszcze w styczniu, gdy lokalna Konfederacja alarmowała w sprawie konkursu rysunkowego poświęconego Banderze, prezydent Koszalina mówił ostrożniej, iż nie zna zasad ani kontekstu konkursu i nie widzi powodu do zrywania relacji. Polskie Radio Koszalin relacjonowało wtedy, iż działacze domagali się raczej oficjalnego upomnienia i edukacji historycznej niż natychmiastowego zerwania partnerstwa.
Teraz sprawa wróciła ostrzej. I dobrze, bo dyplomacja samorządowa nie jest zabawą w puste gesty. Partnerstwo miast ma sens wtedy, gdy stoi na wzajemnym szacunku. Bez prawdy o historii zostaje tylko wymiana logotypów i okolicznościowych uśmiechów.
Koszalin pamięta Kresy
W liście do mera Iwano-Frankiwska Sobieraj zwrócił uwagę na szczególne znaczenie tej sprawy dla mieszkańców Koszalina. Po II wojnie światowej do miasta trafili Polacy wysiedleni z dawnych Kresów Rzeczypospolitej, w tym z Wołynia i Galicji Wschodniej. Dla wielu rodzin to nie jest abstrakcyjny spór historyków. To pamięć o utraconych domach, zamordowanych bliskich i przerwanym życiu.
Dlatego polska reakcja nie jest żadną przesadą. Rzeź wołyńska pozostaje raną narodową, a pamięć ofiar nie może być składana na ołtarzu doraźnej poprawności politycznej. Polska ma obowiązek pomagać Ukrainie w obronie przed Rosją, ale nie ma obowiązku udawać, iż banderyzm jest tylko lokalnym folklorem.
To rozróżnienie jest kluczowe. Ukraina walczy z rosyjską agresją. Polska ma interes w tym, by Rosja nie posuwała się dalej na Zachód. Ale sojusz i pomoc nie oznaczają zgody na relatywizowanie OUN i UPA. Twardy realizm narodowy wymaga jednego i drugiego: bezpieczeństwa tu i teraz oraz obrony prawdy o polskich ofiarach.
Radni mogą wrócić do partnerstwa
Według Do Rzeczy apel o rozważenie zakończenia partnerstwa z Iwano-Frankiwskiem ma trafić do radnych Koszalina. Rada Miejska może zająć się sprawą na jednej z najbliższych sesji. To adekwatne miejsce na spokojną, ale stanowczą decyzję.
Zerwanie współpracy nie powinno być pierwszym odruchem. Najpierw musi paść jasne żądanie: koniec upamiętniania ideologii, która w polskiej pamięci oznacza mordy, wypędzenia i antypolską nienawiść. jeżeli partner nie rozumie tak podstawowej sprawy, trzeba postawić pytanie o sens dalszej współpracy.
Dla Polski stawka jest większa niż jeden list prezydenta miasta. Chodzi o standard. Żadne polskie miasto, żaden urząd i żadna instytucja nie powinny milczeć, gdy pod szyldem partnerstwa normalizuje się kult sprawców. Przyjaźń buduje się na prawdzie. Na przemilczeniu buduje się tylko kolejne upokorzenie.
Źródło: Do Rzeczy, Polskie Radio Koszalin
Źródło: Banderyzm / Ukraina (monitor PL)












