
Wojciech Machulski przyznał mi się, iż to on wprowadził nazwisko Konecznego do nowej deklaracji ideowej Nowej Nadziei. A całą deklarację napisał razem z Krzysztofem Rzoncą. Ja, jako libertarianin, wyraziłem mu szacunek za to. Punkt pierwszy deklaracji jest świetny, bardzo istotny i Wojtek to bardzo ładnie sformułował. W pełni się z tym zgadzam. Oto moja dokładniejsza analiza.
Moi stali uważni czytelnicy doskonale wiedzą, iż od lat promuję syntezę austriackiej szkoły ekonomii z polskim tradycjonalizmem republikańskim, co sam nazywam sarmatolibertarianizmem. We wpisie o dryfie Nowej Nadziei ku centrum pokazałem, iż klasyczny libertarianizm rothbardowski został w nowej deklaracji ideowej Nowej Nadziei zastąpiony gładkim, centroprawicowym pragmatyzmem, z którego wyparowała między innymi absolutna własność czy postulat oparcia złotówki na złocie.
Jednak żeby oddać sprawiedliwość, musimy pochylić się nad pierwszym punktem tej nowej deklaracji. On brzmi tak, jakbym sam go napisał!
Punkt ten nosi tytuł: "Odbudowa cywilizacji łacińskiej". Partia wprost deklaruje oparcie się na greckim umiłowaniu prawdy, rzymskim prawie i etyce chrześcijańskiej. Co więcej, wjeżdża tam pełen zestaw pojęć od Feliksa Konecznego: personalizm, zasada subsydiarności (pomocniczości) oraz nadrzędność moralności nad prawem stanowionym.
Bo Koneczny to czysty paleolibertarianizm! Z tej perspektywy ten fragment to absolutny majstersztyk. Zawsze powtarzam, iż teorie Konecznego dotyczące cywilizacji łacińskiej są naturalnym fundamentem dla wolnościowców.
Zapis o tym, iż "normy prawne są kształtowane w oparciu o etykę chrześcijańską, a prawo ma nadrzędną rolę nad władzą polityczną", to przecież esencja tego, o czym pisali Murray Rothbard czy Hans-Hermann Hoppe. W cywilizacji łacińskiej państwo (czyli aparat ucisku z monopolem na przemoc na danym terytorium) nie jest twórcą prawa. Prawo naturalne (które w istocie jest prawem cywilizacyjnym!) stoi ponad premierem, ministrem, posłem i demokratyczną większością. jeżeli moralność mówi "nie kradnij”, to Sejm nie może przegłosować ustawy legalizującej kradzież, nazywając ją podchwytliwie podatkiem dochodowym.
Kolejna sprawa to personalizm. Deklaracja słusznie zauważa, iż to "jednostka jest podstawowym budulcem życia społecznego". W cywilizacji łacińskiej — co Koneczny mocno podkreślał — zrzeszenia publiczne są prawdziwe tylko wtedy, gdy są dobrowolne. Oznacza to ostateczne odrzucenie kolektywizmu. Nie ma czegoś takiego jak wyższe "dobro narodu" czy "interes społeczny", któremu jednostka musi złożyć ofiarę ze swojego majątku czy wolności.
Wreszcie zasada subsydiarności, czyli pomocniczości. Wypisz wymaluj sarmatolibertarianizm! Decyzje zapadają jak najniżej — jednostka, rodzina, dobrowolna gmina. My, Polacy, nie potrzebujemy scentralizowanego, biurokratycznego potwora. Dawniej radziliśmy sobie w wysoce zdecentralizowanej Pierwszej Rzeczpospolitej bez ministerstw edukacji, zdrowia czy gospodarki.
Więc punkt pierwszy jest świetny. Niemniej dalej są już zgrzyty. Feliks Koneczny robi tu za listek figowy dla centrowego dryfu.
Zgrzyt pierwszy: fetysz silnego państwa
Zaraz w preambule czytamy, iż celem partii jest zbudowanie "silnego, dumnego i bogatego państwa polskiego". Z punktu widzenia sarmatolibertarianizmu to błąd kategorialny! Naród (jako wspólnota kulturowa) z państwem (aparatem przymusu) nie ma wiele wspólnego. Sarmaci wręcz bali się silnego państwa i absolutyzmu. My potrzebujemy bogatego i silnego narodu, funkcjonującego w państwie minimalnym.
Zgrzyt drugi: koncesja na socjalizm w imię "sektorów strategicznych"
Największa dziura w tej łacińskiej łodzi Mentzena i Machulskiego to punkt VII. Z jednej strony Nowa Nadzieja głosi rzymskie zasady prawa i pochwałę wolnego rynku, a z drugiej wprost dopuszcza państwową działalność gospodarczą w szczególnych sektorach strategicznych. Z perspektywy prakseologii Misesa i etyki chrześcijańskiej to absurd. Państwo utrzymujące molochy (Spółki Skarbu Państwa) zawsze zniekształca rynek i okrada obywateli. Wpuszczenie państwa do gospodarki tylnymi drzwiami pod hasłem strategii to zaprzeczenie wszystkiego, o czym mówi punkt I. To zwykła furtka do przyszłych koalicji z mainstreamem i obsadzania państwowych spółek.
Zgrzyt trzeci: zagubiona wolność negatywna
Choć w punkcie IV partia zachowała volenti non fit iniuria, to obudowuje to masą zachowawczych zastrzeżeń o odpowiedzialności. Gdzieś uciekła ta rothbardowska bezkompromisowość. Łacińska zasada własności została w dokumencie wykastrowana ze słowa "absolutna".
Podsumowując: chylę czoła przed autorem punktu I nowej deklaracji, bo odrobił lekcję z Feliksa Konecznego i ubrał to w doskonałe ramy zbieżne z sarmatolibertarianizmem. Niestety, w politycznej praktyce ten piękny ideowy monolit służy dziś jedynie za tradycjonalistyczny parawan. Skrywa się za nim partia, która w drodze po władzę i poszerzenie elektoratu postanowiła pójść na kompromis z etatyzmem. W teorii mamy cywilizację łacińską, w praktyce — uchylone drzwi dla państwowych spółek i statolatrii.
Wolałbym, by deklaracja ideowa była bezkompromisowa, by wyznaczała kierunek ku pełnemu wolnemu rynkowi. A hasła umiarkowane, kompromisy z centrystami, można zawrzeć w konkretnym programie wyborczym, który z zasady jest tymczasowy. Deklaracja ideowa to program na pojutrze i to musi być pełna wolność w libertariańskim pojęciu. A osobno należy stworzyć programy na dziś i jutro. I tu można na chwilę wcisnąć etatyzm i statolatrię, by tym przekonać ciemny lud i koalicjantów.
Grzegorz GPS Świderski
]]>t.me/KanalBlogeraGPS]]>
]]>Twitter.com/gps65]]>










