Do chóru oburzonych dołączyła teraz opolska Nowa Nadzieja Sławomira Mentzena. Działacze Konfederacji mówią już o „aferach i kontrowersjach związanych z wydawaniem pieniędzy przeznaczonych na pomoc po powodzi” i domagają się ujawnienia, gdzie trafiały publiczne pieniądze. I bardzo dobrze. Ujawniajmy. Rozliczajmy. Pytajmy o każdą złotówkę. Tylko najpierw dobrze byłoby ustalić, o którą złotówkę pytamy.
Bo w przypadku nagród w Opolskim Urzędzie Wojewódzkim właśnie na tym polega cały problem. Pieniądze na nagrody dla pracowników nie pochodziły ze środków przeznaczonych dla powodzian. Nie zabrano ich z zasiłków, pieniędzy na odbudowę domów, dróg czy mostów. Pochodziły z Funduszu Nagród funkcjonującego w administracji publicznej niezależnie od powodzi. Konfederacja tymczasem pisze o „pieniądzach przeznaczonych na pomoc po powodzi”, a chwilę później przechodzi do opolskich nagród. Jedno zdanie, drugie zdanie i przeciętnemu odbiorcy może się już wszystko pięknie skleić.
Powodzianie czekają na pieniądze, a urzędnicy je dostają. Tyle iż to nie są te same pieniądze.
Jeszcze efektowniej zrobił to Radosław Majgier, w przeszłości kandydat Kukiz’15 dzisiaj z Ruchu Narodowego ( cokolwiek to znaczy). Przywołuje miliardowe straty w Głuchołazach i Stroniu Śląskim, setki milionów strat w Nysie i Kłodzku, zestawia je z nagrodami urzędników i pyta, jaką dodatkową pracę wykonali pracownicy urzędu, skoro otrzymali ponad pół miliona złotych. Tylko jaki adekwatnie związek ma 1,26 miliarda złotych strat w majątku Głuchołaz z ustawowym Funduszem Nagród Opolskiego Urzędu Wojewódzkiego? Mniej więcej taki jak wartość spalonej fabryki z nagrodą dla strażaka.
Majgier przeciwstawia też urzędników wolontariuszom i mieszkańcom, którzy nosili worki z piaskiem i usuwali muł. Owszem. Tysiące ludzi wykonały wtedy gigantyczną pracę społecznie. Należy im się za to szacunek.
Ale państwo po powodzi nie kończy działalności w chwili, kiedy ostatni worek z piaskiem zostanie zdjęty z wału. Ktoś musi później przyjąć tysiące dokumentów, zweryfikować straty, prowadzić księgowość, sprawdzić wnioski, przygotować decyzje, rozliczyć przekazywane miliony, kontrolować ich wykorzystanie i odpowiadać przed instytucjami kontrolnymi. Można uważać, iż za tę pracę nie należy się ani złotówka nagrody. Ale wtedy powiedzmy to wprost: pracownik administracji ma wykonywać każde dodatkowe zadanie w ramach pensji i nigdy nie powinien być dodatkowo wynagradzany. I zastosujmy tę zasadę w Opolu, Katowicach, Wrocławiu i Warszawie.
Bo tutaj pojawia się wyjątkowo niewygodny szczegół.
W Śląskim Urzędzie Wojewódzkim, który według efektownej tabelki wypłacił zaledwie 18,5 tys. zł nagród „powodziowych”, wszystkich nagród w 2024 roku było około 15,8 miliona złotych. Dlatego pytanie nie brzmi już tylko: dlaczego Opole wypłaciło 513 tys. zł?
Trzeba zapytać również: dlaczego Opole zakwalifikowało jako związane z dodatkowymi zadaniami powodziowymi pół miliona, a Katowice tylko 18,5 tys.? Czy urzędy liczyły dokładnie to samo? Bez odpowiedzi na to pytanie tabelka 513 000 – 157 000 – 18 500 jest efektowna, ale kilka wyjaśnia.
A przecież nie twierdzimy, iż w Opolu wszystko było w porządku.
Jeżeli ktoś dostał nagrodę bez podstaw – nazwisko, stanowisko, kwota, uzasadnienie. o ile ktoś nie wykonał dodatkowej pracy – pokażmy to. o ile dyrektor nagrodził swojego człowieka za coś, co należało do jego zwykłych obowiązków opiszmy.
Wtedy będzie afera.
Na razie mamy przede wszystkim polityków, którzy odkryli, iż zestawienie słów „powódź”, „urzędnicy” i „pół miliona złotych” znakomicie wygląda na Facebooku. Nie jest to szczególnie zaskakujące. W Polsce kampania wyborcza zaczyna się mniej więcej nazajutrz po wyborach. Na Opolszczyźnie najwyraźniej choćby nie robimy tej jednodniowej przerwy.
I wszystko byłoby w porządku. Politycy są od tego, żeby atakować władzę, patrzeć jej na ręce i zadawać niewygodne pytania.
My jesteśmy od tego, żeby sprawdzać, czy odpowiedzi pasują do wcześniej przygotowanej afery.









