Kiedy kończy się bezkarność. Ziobro w Budapeszcie, PiS w defensywie

8 godzin temu
Zdjęcie: Ziobro


Zbigniew Ziobro w Budapeszcie opowiada anegdoty. O „życzliwych bratankach Węgrach”, o sklepiku, o karcie bankomatowej, która „jeszcze działała”, o młodym Węgrze mówiącym „Polak friend” i przybijającym piątkę. Ta scenka, relacjonowana z wyraźnym zadowoleniem, ma budować obraz uchodźcy politycznego – prześladowanego, ale witającego się z sympatią zwykłych ludzi. Problem w tym, iż ta opowieść brzmi jak groteskowa próba przykrycia spraw znacznie poważniejszych: zarzutów, rozliczeń i politycznej odpowiedzialności.

Były minister sprawiedliwości uzyskał azyl polityczny na Węgrzech i – jak sam informuje – zawnioskował także o ochronę międzynarodową dla swojej żony. W emocjonalnym komunikacie ogłosił: „Wybieram walkę z politycznym bandytyzmem i bezprawiem. Stawiam opór postępującej dyktaturze”. To zdania, które w ustach człowieka przez lata kontrolującego prokuraturę i sądy brzmią co najmniej dwuznacznie. A w istocie – cynicznie.

Ziobro przedstawia się dziś jako ofiara systemu, który rzekomo przejęli jego przeciwnicy. Mówi o „kryminalnym przejęciu Prokuratury Krajowej”, o „zamiataniu pod dywan spraw korupcyjnych”, o „wielkim złodziejstwie ludzi Tuska”. Lista nazwisk, które przywołuje, ma stworzyć wrażenie wszechogarniającego spisku. To klasyczna metoda: im większe oskarżenia, tym łatwiej zagłuszyć pytania o własną odpowiedzialność.

A te pytania są zasadnicze. Ziobro i jego formacja przez lata budowali system, w którym prokuratura została podporządkowana polityce, a prawo stało się narzędziem partyjnej walki. To za rządów PiS niezależność instytucji była systematycznie podważana, a język władzy brutalizowany. Dziś ci sami politycy mówią o „dyktaturze”, gdy państwo próbuje wrócić do elementarnych reguł rozliczalności. Trudno o bardziej wyrazisty przykład odwracania pojęć.

Budapeszt nie jest w tej historii przypadkiem. Azyl u Viktora Orbána to nie tylko gest solidarności ideologicznej, ale także symbol. To właśnie Węgry stały się w Europie modelem państwa, w którym władza podporządkowała sobie sądy, media i prokuraturę, a hasło „suwerenności” służy usprawiedliwianiu demontażu liberalnej demokracji. jeżeli więc Ziobro mówi: „Wybrałem walkę z politycznym bandytyzmem i bezprawiem”, to trudno nie zapytać: dlaczego akurat tam?

Jeszcze bardziej uderzająca jest forma tej „walki”. Zamiast stawić się przed polskimi instytucjami i bronić swoich racji w kraju, były minister wybiera narrację uchodźcy. Opowieść o karcie bankomatowej i sklepiku w Budapeszcie ma odczarować fakt, iż jest to po prostu ucieczka. Ucieczka od odpowiedzi na pytania o to, jak działał Fundusz Sprawiedliwości, jak obsadzano stanowiska i jak wykorzystywano władzę.

PiS w tej historii zachowuje się zgodnie ze swoim politycznym DNA. Zamiast refleksji – mobilizacja plemienna. Zamiast przyznania, iż coś poszło nie tak – eskalacja oskarżeń. Partia, która przez lata mówiła o „wstawaniu z kolan”, dziś tłumaczy ucieczkę swojego czołowego polityka jako akt odwagi. To nie jest już choćby hipokryzja, to jawne lekceważenie inteligencji odbiorców.

Ziobro w Budapeszcie może opowiadać, iż „stawia opór dyktaturze”. W rzeczywistości jego historia jest symbolem końca pewnej epoki: epoki bezkarności. A anegdoty o „Polak friend” pozostaną jedynie przypisem do znacznie poważniejszej opowieści o nadużyciu władzy i desperackiej próbie uniknięcia konsekwencji.

Idź do oryginalnego materiału