„Kiedy hołota uwierzy, iż jest elitą, warto przypomnieć Leca: , ,Najwyższa stajenna ranga nie zrobi z osła mustanga”.
Mocne? Owszem.
Niepoprawne? Być może.
Ale przecież felieton nie jest instrukcją obsługi pralki. Ma czasem uwierać, czasem prowokować, a najlepiej jeszcze sprawić, żeby człowiek po przeczytaniu kilku zdań pomyślał: „Kurczę, coś w tym jest”.
Bo żyjemy w czasach, w których awans społeczny potrafi nastąpić szybciej niż aktualizacja aplikacji w telefonie.
Wczoraj ktoś stał w kolejce razem z nami. Dzisiaj dostał stanowisko, tytuł, gabinet, służbowy samochód albo kilka tysięcy obserwujących i nagle okazuje się, iż kolejki już go nie dotyczą.
Zmienia się sposób chodzenia. Ton głosu. choćby „dzień dobry” zaczyna brzmieć tak, jakby było udzielane w drodze wyjątkowej łaski.
Nie mam nic przeciwko elitom.
Wręcz przeciwnie. Każde społeczeństwo ich potrzebuje. Potrzebujemy wybitnych lekarzy, naukowców, przedsiębiorców, sportowców, artystów, samorządowców czy polityków. Ludzi, którzy wiedzą więcej, potrafią więcej i dzięki swojej pracy osiągnęli coś wyjątkowego.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy ktoś myli stanowisko z klasą.
Bo można mieć stanowisko i nie mieć klasy.
Można mieć pieniądze i nie mieć kultury.
Można mieć doktorat i nie mieć mądrości.
Można mieć tysiące obserwujących i nie mieć nic interesującego do powiedzenia.
Można wreszcie siedzieć przy najważniejszym stole, a mimo to przez cały czas zachowywać się tak, jakby największym życiowym osiągnięciem było właśnie to, iż pozwolono nam przy nim usiąść.
I chyba właśnie tutaj zaczyna się problem.
Prawdziwa elita nie musi nikomu przypominać, iż jest elitą.
Człowiek naprawdę istotny zwykle nie musi mówić, iż jest ważny. Człowiek inteligentny nie rozpoczyna każdego zdania od informacji o swoich tytułach. Człowiek mający klasę potrafi tak samo rozmawiać z ministrem, profesorem, kelnerem, sprzątaczką czy człowiekiem spotkanym przypadkiem na ulicy.
Bo klasę najlepiej widać właśnie wtedy, kiedy nie trzeba jej pokazywać.
Najbardziej fascynują mnie jednak ludzie, którzy po otrzymaniu odrobiny władzy błyskawicznie zapominają, kim byli jeszcze kilka lat temu.
Nagle telefonów nie odbierają.
Znajomych nie poznają.
Na wiadomości nie odpowiadają.
A jeżeli już odpowiedzą, człowiek ma ochotę oprawić wiadomość w ramkę, bo najwyraźniej właśnie otrzymał audiencję.
I wtedy przypomina mi się ten nieszczęsny mustang.
Możemy bowiem człowieka posadzić na najwygodniejszym fotelu. Możemy dać mu gabinet, wizytówki, samochód, sekretariat i tabliczkę na drzwiach.
Możemy choćby zwracać się do niego „panie prezesie”, „panie dyrektorze”, „panie pośle” albo „panie profesorze”.
Ale żadna tabliczka na drzwiach nie zmieni charakteru człowieka.
Stanowisko nie daje klasy.
Pieniądze nie dają wychowania.
Popularność nie daje mądrości.
A władza?
Władza chyba przede wszystkim pokazuje, kim człowiek był od początku. Tyle iż wcześniej nie miał możliwości, żeby nam to zaprezentować.
Dlatego paradoksalnie bardziej od ludzi, którzy wspięli się wysoko, cenię tych, którzy po wejściu na szczyt przez cały czas pamiętają ludzi spotkanych po drodze.
Tych, którzy przez cały czas mówią „dzień dobry”.
Oddzwaniają.
Potrafią powiedzieć „przepraszam”.
Nie obrażają się na krytykę.
I nie potrzebują orszaku, żeby czuć swoją wartość.
Bo prawdziwa wielkość ma jedną niezwykłą cechę.
Nie musi krzyczeć.
A jeżeli ktoś każdego dnia musi wszystkim dookoła udowadniać, jak bardzo jest ważny, być może najbardziej próbuje przekonać o tym samego siebie.
I może właśnie dlatego warto od czasu do czasu spojrzeć w lustro i zadać sobie bardzo proste pytanie:
Czy wraz ze stanowiskiem naprawdę stałem się lepszym człowiekiem?
Czy tylko dostałem większy fotel?
Bo można awansować bardzo wysoko.
Tylko że, jak przypomina nam przypisywana Lecowi złośliwa myśl, choćby najwyższa stajenna ranga nie wystarczy, żeby z osła zrobić mustanga.
I chyba nie trzeba być akademikiem, żeby to zrozumieć.










