JA CHCIAŁEM TYLKO TROCHĘ POMAGAĆ …

3 dni temu

Kapituła odznaczenia Wrocławska Wolność postanowiła wyróżnić nim także moją skromną osobę. Uroczystość miała miejsce w Auli Muzycznej Uniwersytetu Wrocławskiego w czwartek 25 czerwca 2026.

Odznaczenia, w postaci medalów, dyplomów i odznak, przyznawane było po raz piąty. Przeznaczone dla mnie wręczone miało mi być już rok temu, ale w terminie wówczas dla mnie niemożliwym, stąd moje uczestnictwo w uroczystości tegorocznej. Wyznam, iż było ono dla mnie przeżyciem ogromnym i aż sam jestem zaskoczony, iż aż tak wielkim. W dużej mierze prawdopodobnie z tego faktu, iż przyznane ono zostało przez czcigodne gremium Uniwersytetu Wrocławskiego, zawiązane właśnie w celu honorowania tych pracowników i studentów tej uczelni, którzy w latach dominacji sowieckiej zmagali się z komunistyczną tyranią. Wprawdzie w murach wrocławskiej alma mater działo się i przez cały czas dzieje wiele tego, czego nie sposób zaakceptować, ale przynajmniej w czasie tej uroczystości w pamięci miałem wyłącznie to, co dobre. Sprzyjał temu kaliber osób wręczających te naprawdę wyjątkowe odznaczenie. Byli nimi rektor prof. Robert Olkiewicz oraz prof. Jan Sobczyk. W moim przekonaniu profesor Olkiewicz jest najznakomitszym rektorem naszego Uniwersytetu od czasów profesora Alfreda Jahna. Z kolei profesor Sobczyk to dla mnie nie tylko wybitny naukowiec, ale też wielka postać opozycji jeszcze przedsierpniowej, zasłużona bardzo odważną działalnością w Studenckim Komitecie Solidarności. Dla ludzi, którzy wtedy zdecydowali się na antykomunistyczną aktywność mam szacunku i podziwu wyjątkowo wiele. Ja działać zacząłem dopiero w stanie wojennym. I trudno, by było inaczej, gdyż w dniu jego wybuchu miałem dopiero siedemnaście lat. Przed wojną polsko – jaruzelską przez szesnaście miesięcy w naszym kraju żyła jednak potężna, wielomilionowa Solidarność. A to dawało coś w rodzaju poczucia „nie jesteś sam”. Że przynajmniej teoretycznie – jakieś siły (mniejsze czy większe, rzeczywiste czy nieco iluzoryczne) jednak tobie sprzyjają, iż być może biernie, ale – są po twojej stronie. A jak z tym było w latach siedemdziesiątych, kiedy rzeczywistych opozycjonistów była garstka? Widząc przed sobą ludzi takich, jak profesor Jan Sobczyk czasem zadaję sobie pytanie, czy jeżeli byłbym o te dziesięć lat starzy i studiował w ich czasach to czy zdobyłbym się na coś takiego, na co zdobył się np. on?

W Auli Muzycznej Uniwersytetu Wrocławskiego odznaczono 34 osoby. W części – już pośmiertnie. Należeli do nich dobrze mi znani, wręcz niezapomniani, jak Franciszek Nieckóla, Adam Galos, Roman Kołakowski, ale też działacze niepodległościowi z czasów stalinowskich. Wstrząsnęło mną to, iż nie żyje Jarosław Rybski, chyba mój rówieśnik, którego nie widziałem od dziesięcioleci. A z żyjących – wyróżnione zostało całe mnóstwo znajomych. Takich, z którymi ciągle mam kontakt, jak Mateusz Morawiecki, Tomek Przedpełski, Olek Srebrakowski, Małgosia Olewińska – Syta (z kuzynem jej męża chodziłem do tej samej klasy i choćby trochę wspólnie działaliśmy), Adam Samuel (kiedyś znany mi pod pseudonimem „Samson”), Sławek Sobieszek (pseudonim „Szeryf”, kilka lat temu razem włóczyliśmy się po Gruzji). Wrocławską Wolność dostał też Edward Czapiewski, którego poznałem na konspiracyjnych wykładach „latającego uniwersytetu”. Wtedy był asystentem, potem adiunktem, dziś jest – emerytowanym profesorem. Pierwszy raz od lat osiemdziesiątych zobaczyłem się z Piotrkiem Golemą, z którym też najdłużej po uroczystości gadałem (a po wymianie numerów telefonów był to chyba choćby nie początek wspólnego wspominania). Wyróżnieni zostali też Grzegorz Strauhold, Janusz Laska i kilkunastu innych a do tego byli i liczni towarzyszący odznaczanym znajomi tacy, jak Paweł Kocięba, Marek Krukowski czy Damian Leszczyński. Zebrało się więc spore grono ludzi, z których większość kiedyś znało się dobrze a choćby bardzo dobrze. Kolejny raz było to też przyczynkiem do refleksji, iż jeżeli większość „stawiających się” wtedy reżimowi raczej się zna, to iż raczej aż tak wielu ich wtedy nie było. A do tego grono te spotkało się w murach, w których spędziło się wielką część chyba najpiękniejszych lat życia… Musiało to więc wywołać istną eksplozję wspomnień.

Dla mnie najbardziej w tym wszystkim niesamowite jest to, iż za niegdysiejsze „knucie przeciw komunie” w ogóle spotyka człowieka jakiekolwiek uhonorowanie. Pamiętam takie momenty sprzed tych czterdziestu czy więcej lat, kiedy kolejne osoby decydujące się na zakończenie swojej działalności „na do widzenia” mówiły mi: „Kończę z tym, odchodzę, to do niczego nie prowadzi, nie mamy żadnych szans, to nie ma jakiegokolwiek sensu”. Z tą częścią wypowiedzi może i ja, głęboko w duchu, mogłem się jakoś zgodzić. Bo i małe miałem wtedy nadzieje doczekania czy wywalczenia wolnej Polski. Druga część wypowiedzi porzucających konspirację jednak mnie zaskakiwała a choćby była dla mnie zabawna. Kilka z tych osób w takich sytuacjach skierowało wtedy pod moim adresem słowa: „Nikt ci nigdy za to medalu nie da!” Te słowa naprawdę wzbudzały we mnie wtedy wesołość. Jakiekolwiek medale były przecież czymś wówczas i niewyobrażalnym i całkowicie nieoczekiwanym. Nikt chyba o czymkolwiek takim wtedy nie myślał a tym bardziej – na nic podobnego nie liczył. Natomiast liczył się z więzieniem, złamaniem życiowych szans, ciężkim pobiciem lub jeszcze czymś gorszym. W ostatnich latach pisałem już nie raz, iż nie ma we mnie żadnej dumy z niegdysiejszej podziemnej aktywności. jeżeli jest jakaś duma czy satysfakcja – to z bycia po adekwatnej stronie, z przyjaźni czy spotkania z najwspanialszymi ludźmi, których właśnie w podziemiu się poznawało. Dumy z dokonań – jest we mnie zero. Raczej wielka gorycz z tego straszliwie ułomnego ładu, jaki wypoczwarzył się w Polsce na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Wspomnienie słów „nikt ci za to medalu nie da” zawsze mnie jednak bawi. Trudno też, żeby było inaczej, jeżeli Wrocławska Wolność to w moim przypadku chyba dziesiąte odznaczenie, jakie otrzymałem za działalność niepodległościową. Wcześniej przyznano mi z tego tytułu cztery państwowe i kilka od Solidarności, Solidarności Walczącej czy Skonfederowanych Formacji Niepodległościowych.

Cenię sobie te odznaczenia, choć zawsze, gdy je otrzymywałem stawały przede mną te czasy, w których coś tam przeciw reżimowi robiłem, nigdy jednak nie zamierzając być żadnym „wielkim działaczem”. Od samego początku zakładałem, iż „robił będę tylko trochę, tak na miarę moich możliwości”. Tym bardziej, iż „działalność na wielką skalę” gwałtownie skończyłaby się więzieniem. A ja spodziewałem się, iż pokonania komunizmu doczekam w najlepszym razie będąc sędziwym emerytem. Stąd wynikał mój ówczesny wniosek, iż „w tryby komunizmu sypać trzeba swoje małe ziarna”, ale – konsekwentnie, przez dziesięciolecia, przez całe swoje życie. Na początku, czyli po tym , jak komuniści zdławili czołgami strajki z grudnia 1981, tymi moimi „ziarenkami sypanymi w tryby” były plakaty i ulotki odbijane na „exlibrisowych matrycach” mojego własnego autorstwa. Miały niezłą jakość, bo wtedy wyróżniałem się nieco zdolnościami plastycznymi (potem całkowicie zaprzepaszczonymi) i było ich sporo. Parę miesięcy później nie byłem już w swojej działalności sam. A jeszcze parę kolejnych potem – byłem już w organizacji. Której – przez cały czas chciałem „tylko trochę pomagać”. No ale w 1983 organizacja ta skierowała mnie na szkolenie drukarskie, oznaczające pierwszy kontakt z ludźmi Solidarności Walczącej. przez cały czas „chciałem tylko trochę pomagać”, ale jak część współpracowników wyłapało SB to przecież nie było wyjścia – trzeba było zorganizować nową redakcję naszej podziemnej gazetki. A iż nie było z kim – to co było robić? Trzeba było samemu „zostać redakcją”. choćby nie pamiętam tych wszystkich pseudonimów, które wymyślałem wtedy ad hoc i którymi podpisywałem kolejne artykuły dążąc do wywołania wrażenia, iż „jest nas tu cała armia podziemnych dziennikarzy”. No a iż nie było też już komu drukować – no to i drukowałem. przez cały czas chciałem „tylko trochę pomagać” i wprawdzie owe „trochę” wyglądało już na „raczej całkiem sporo”, ale zakładałem, iż to tylko chwilowo. Bo niedługo przecież większość tej roboty ktoś ode mnie weźmie i znów ja – „będę tylko trochę pomagał”. Jak już jednak wyżej wspomniałem – zamiast „wzięcia ode mnie większości roboty” spadało jej na mnie coraz więcej. Bo zamiast dopływu nowych konspiratorów następował ich – odpływ. Kolejni mówili: „Zastanów się, to bez sensu, nikt ci za to medalu nie da”. No a jak było nas coraz mniej – to te moje „trochę pomagać” automatycznie zamieniało się w „więcej pomagać”. Którymś razem usłyszałem: „Możesz zawieźć plecak bibuły do Gdyni?” Pomyślałem, iż „OK, trochę pomogę”. Skończyło się tym, iż jeździłem z bibułą nad te nasze morze przez parę lat, nie rzadziej, niż co dwa tygodnie, zwykle częściej. A oprócz bibuły do przewożenia były powielacze i ciężkie jak jasna cho…era torby z Bóg wie czym. Kiedy w 1985 pojawiła się w moim życiu szansa zamieszkania w domku po moich dziadkach w Obornikach Śląskich to nim z niej zdążyłem skorzystać (a chciałem bardzo, bo ciasnota we wrocławskim mieszkanku moich rodziców była już nie do zniesienia) usłyszałem: „Super, to może tam podrukujesz?” Pomyślałem: „OK, trochę pomogę”. Krótko potem okazało się, iż muszę tam ukryć i wielki powielacz, który z zagrożonego rewizją miejsca trzeba zabrać natychmiast. „OK, trochę pomogę” – pomyślałem w momencie, w którym myślało mi się wyjątkowo słabo, bo byłem po dwóch nieprzespanych nocach (nocami pracowałem myjąc tramwaje w zajezdni). Ta „trochę pomoc” polegała wówczas na pchaniu tego powielacza na wózku, w środku zimy, na trzaskającym mrozie. Ten moment mojej historii „ja chcę tylko trochę pomagać”, czyli lodową wędrówkę zaczętą przed światem a skończoną po zmierzchu (z wrocławskiego Biskupina do Obornik jest jakieś 30 kilometrów) dziś uważam za jeden z większych wyczynów mojego życia. Podobnych sytuacji, w których całą moją motywacją było „tylko trochę pomogę” było jeszcze z kilkanaście. Pod takim hasłem dociągnąłem w podziemiu do początku lat dziewięćdziesiątych. Wtedy już w roli naczelnego „Solidarności Dolnośląskiej” i członka rady regionalnego oddziału Solidarności Walczącej. Wszystko w wyniku kierowanych do mnie pytań o możliwość pomocy z mojej strony. I moich odpowiedzi: „OK, postaram się trochę pomóc”.

Tak, cała moja podziemna historia odbywała się pod hasłem „ja chcę tylko trochę pomagać”. Czy zasługuję na te wszystkie odznaczenia, którymi mnie w ostatnich dziesięcioleciach uhonorowano? Nie wiem. Ale wiem, iż w tamtych latach zawsze „chciałem trochę pomóc”. No i chyba – trochę pomagałem…?

Artur Adamski

Idź do oryginalnego materiału