Gorąco przed wyborami. „Podpis nie powinien być wyprawą na drugi koniec miasta” [FELIETON]

1 godzina temu

Kraków znów wybiera prezydenta. Tym razem wyjątkowo szybko, wyjątkowo nerwowo i wyjątkowo ciekawie. Po referendum, w którym mieszkańcy zdecydowali o odwołaniu Aleksandra Miszalskiego, miasto czekają przedterminowe wybory zaplanowane na 27 września. Na starcie pojawia się coraz więcej kandydatów, a wraz z nimi wraca pytanie, które powinno być zadawane przy każdych wyborach: czy naprawdę musimy tak utrudniać obywatelom wejście do polityki?

Bo żeby wystartować w wyborach, nie wystarczy mieć pomysł na miasto, program i przekonanie, iż można zrobić coś lepiej. Trzeba jeszcze zebrać odpowiednią liczbę podpisów poparcia. I oczywiście — sens takiego wymogu jest zrozumiały. Podpisy mają pokazać, iż kandydat nie jest wyłącznie politycznym marzeniem jednej osoby, ale ma jakiekolwiek poparcie społeczne.

Tyle iż żyjemy w czasach, w których państwo potrafi dzięki telefonu potwierdzić naszą tożsamość, pozwalać nam załatwiać sprawy urzędowe i przechowywać dokumenty w aplikacji mObywatel. A kiedy obywatel chce poprzeć kandydata w wyborach, nagle okazuje się, iż najpewniejszym wynalazkiem pozostaje kartka papieru i długopis.

Czy naprawdę tak musi być?

Kartka papieru kontra telefon

Nie chodzi o to, żeby podpisy poparcia rozdawać na prawo i lewo. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, żeby procedura była jednocześnie prosta i szczelna.

Wyobraźmy sobie rozwiązanie, w którym wyborca otwiera mObywatela, wybiera konkretnego kandydata, potwierdza swoją tożsamość i składa elektroniczne poparcie. System sprawdza, czy jest uprawniony do jego udzielenia i czy nie poparł już tego samego lub innego kandydata w sposób wykluczający kolejne poparcie.

To nie jest fantastyka naukowa. Rozwiązania umożliwiające elektroniczne udzielanie poparcia są już przedmiotem prac nad zmianami w prawie wyborczym.

I właśnie Kraków jest dobrym miejscem, żeby o takim rozwiązaniu poważnie porozmawiać.

Mamy przecież przedterminowe wybory, w których start chce rozważać lub już ogłosiło start wielu kandydatów. Im więcej kandydatów, tym więcej podpisów trzeba zebrać, tym więcej papierów trzeba wydrukować, przewieźć, sprawdzić i zweryfikować.

Skoro obywatele chcą się angażować, państwo powinno im to ułatwiać, a nie urządzać test cierpliwości.

Demokracja nie powinna być konkursem z geografii

Dzisiaj ktoś może powiedzieć: „Popieram tego kandydata”. Ale żeby jego poparcie rzeczywiście znalazło się na liście, trzeba jeszcze znaleźć miejsce i czas na złożenie podpisu.

Dla jednego mieszkańca Krakowa będzie to pięć minut przy okazji zakupów. Dla innego — organizowanie całej wyprawy, bo pracuje długo, opiekuje się dzieckiem albo po prostu nie ma ochoty szukać punktu, w którym akurat zbierane są podpisy.

A przecież podpis poparcia nie powinien zależeć od tego, kto ma więcej wolnego czasu.

Elektroniczne poparcie mogłoby też ograniczyć liczbę błędów formalnych. Papierowa lista jest bezlitosna: literówka, nieczytelny wpis czy błąd w danych może sprawić, iż poparcie okaże się nieważne. System elektroniczny może część takich problemów wychwycić od razu.

To byłaby demokracja bardziej dostępna, ale niekoniecznie mniej kontrolowana.

I tutaj dochodzimy do najważniejszego „ale”

Uproszczenie zbierania podpisów nie może oznaczać pobłażliwości wobec tych, którzy chcą oszukiwać.

Jeżeli ktoś podrabia podpisy, wpisuje na listę osoby, które nigdy nikogo nie popierały, wykorzystuje cudze dane albo próbuje sztucznie napompować poparcie dla swojego kandydata, nie popełnia niewinnego „wykroczenia kampanijnego”. Uderza w samą istotę wyborów.

Dlatego za fałszowanie podpisów powinny grozić realne i surowe konsekwencje. Nie dlatego, iż państwo powinno być mściwe. Dlatego, iż podpis wyborcy jest elementem demokratycznego procesu i jego fałszowanie jest oszustwem wobec wszystkich pozostałych obywateli.

Można więc jednocześnie powiedzieć dwie rzeczy: zbierajmy podpisy łatwiej i ścigajmy fałszerzy skuteczniej. To nie jest sprzeczność. To jest rozsądek.

Kraków może być dobrym testem

Przedterminowe wybory prezydenta Krakowa są dobrą okazją, żeby potraktować sprawę poważnie. Nie tylko jako kolejną kampanię, kolejną walkę polityczną i kolejne plakaty na słupach, ale jako pytanie o to, jak powinna wyglądać demokracja w XXI wieku.

Skoro możemy mieć dokument tożsamości w telefonie, dlaczego nie mielibyśmy móc bezpiecznie poprzeć kandydata również w telefonie?

Oczywiście system musi być przejrzysty, bezpieczny i możliwy do kontroli. Musi istnieć możliwość audytu, ochrony danych i skutecznego wykrywania prób manipulacji. Osoby, które nie chcą korzystać z technologii, przez cały czas powinny mieć możliwość złożenia podpisu tradycyjnie.

Ale obywatel, który chce poprzeć kandydata, nie powinien być zmuszany do biegania po mieście z kartką tylko dlatego, iż administracja publiczna boi się zrobić kolejny krok w cyfrową stronę.

Demokracja powinna być trudna tam, gdzie trzeba podejmować odpowiedzialne decyzje. Nie powinna być trudna tam, gdzie obywatel chce po prostu powiedzieć: „Popieram”.

A jeżeli ktoś próbuje taki głos sfałszować? Wtedy państwo powinno powiedzieć równie jasno: z demokracji nie wolno robić papierowego systemu do oszukiwania. I za fałszowanie podpisów powinny być surowe kary.

Idź do oryginalnego materiału