Dramat w mieszkaniach komunalnych w Łodzi. „Tu nie da się żyć”

1 godzina temu

O dramatycznych scenach z Łodzi zrobiło się głośno w lutym tego roku, gdy cztery osoby zamarzły w miejskich mieszkaniach. Skrajnych sytuacji było więcej – niektórzy walczyli o przetrwanie siedząc w kilku kurtkach przy piecu, gdy termometr pokazywał 8 st. C wewnątrz lokalu. Pojechaliśmy na miejsce, aby sprawdzić, czy coś zmieniło się po tych wydarzeniach.

Spacerując ikoniczną Piotrkowską w Łodzi, podziwiamy zadbane kamienice i perełki, które kryją podwórka. Mijamy uśmiechniętych ludzi, głównie turystów. Nic nie zapowiada obrazów jak z filmu grozy, które czekają tuż za rogiem.

Wystarczy bowiem zboczyć w którąś z odnóg Piotrkowskiej, żeby przenieść się do innego świata. Prawdziwy koszmar lokatorów gminnych mieszkań zaczyna się tam, gdzie kończy się główny deptak.

  • Czytaj także: Łódź daje do pieca i bije rekordy. „3 miliony na wymianę kopciuchów, 6 na prezydencką gazetkę”

36 tys. mieszkań i 10 tys. pustostanów

Jak dowiadujemy się w Urzędzie Miasta zasób mieszkaniowy gminy to nieco ponad 36 tys. lokali. – W zasobie Gminy pozostaje 10,1 tys. niezasiedlonych lokali mieszkalnych, z czego 5,6 tys. jest przeznaczonych do rozbiórki, usytuowanych w budynkach przeznaczonych do rozbiórki – informowała nas w marcu Dorota Urbaniak z Sekretariatu wiceprezydenta Łodzi Adama Wieczorka, zaznaczając, iż jest to stan na początek lutego br. To właśnie Wieczorek nadzoruje gospodarowanie zasobem lokali mieszkaniowych.

Jedną z osób z którymi rozmawiamy jest pani Aleksandra (67 lat), która mieszka w lokalu komunalnym w zdewastowanej kamienicy przy ul. Rewolucji 1905, bocznej od ul. Piotrkowskiej. Kontrastu całej sytuacji dodaje fakt, iż naprzeciwko rozpadających się i straszących budynków znajduje się nowoczesny wydział Ekonomiczno-Socjologiczny Uniwersytetu Łódzkiego.

Podczas lutowych fal mrozów, które poskutkowały popękaniem rur, pani Aleksandra przez dwa tygodnie nie miała wody. – Ani się wymyć, ani nic wyprać – mówiła. Odwiedziliśmy ją, żeby sprawdzić, jak żyje się w lokalu na co dzień.

W klatce pani Aleksandry jest osiem mieszkań, z czego pięć to pustostany. Jak wchodzimy do niej w ciepły wiosenny dzień, przeraża nie tylko temperatura, ale też okolica. Trudno nie czuć dysonansu, gdy jeszcze kilka minut wcześniej zdawało się, iż jesteśmy w innym wymiarze – zadbanej, reprezentatywnej ulicy. Przy ul. Rewolucji wszystko wygląda jak upiorne, zapomniane miejsce spisane na straty. Wygląda na to, iż spisane na straty razem z mieszkańcami.

Pozaklasowe źródła ogrzewania w lokalu zamieszkiwanym przez panią Aleksandrę. Są używane z braku alternatyw. Fot. K. Urban

700 zł miesięcznie za ruinę

Wchodząc do mieszkania od razu rzuca się w oczy ogromny piec węglowy z poprzedniej epoki i bynajmniej nie jest to zabytek, a urządzanie eksploatowane codziennie z braku alternatyw. Tu zimą nikt nie myśli o smogu. Każdy chce przetrwać. W lokalu na drugim piętrze jest bardzo zimno. Jeszcze kilka tygodni temu pani Aleksandra miała tu temperaturę wynoszącą 8 st. C, a przy samym piecu na węgiel było nieco cieplej, bo „aż” 14 st. C.

Jak mówi ubierała wtedy na siebie kilka swetrów, kurtkę i tuliła swojego psa, z którym próbowała przetrwać siedząc obok pieca. Ten piec jest jej koszmarem z jeszcze jednego powodu – pani Aleksandra regularnie musi pokonywać trzy kondygnacje, żeby wnieść sobie węgiel. Mieszka sama, dzieci pomagają jej w miarę swoich możliwości.

Czynsz za lokal, którego stan nie wskazuje, aby należał do zasobu czwartego największego miasta w państwie będącym 20. gospodarką świata, wynosi ponad 700 zł. Do tego trzeba doliczyć rachunki i węgiel, w sumie około 3 tys. złotych w sezonie.

– Aż się boję, ile wyjdzie na koniec tego sezonu. Boję się tych rachunków. Pomagają mi dzieci, ale to nie o to chodzi. Tu się nie da żyć – żali nam się pani Aleksandra. – Sufit w kuchni sypie mi się na głowę, czekam aż coś się tylko zawali. Od trzech lat proszę miasto, żeby mi to naprawiło i nic.

Zalany, sypiący się sufit to efekt remontu w lokalu powyżej, który miasto przeprowadziło trzy lata wcześniej. Mimo licznych próśb i pism, do dnia naszej wizyty nic się nie zmieniło. Zimno, uciążliwe źródło ogrzewania i wysokie koszty eksploatacji są zmorą naszej rozmówczyni. Pani Aleksandra obawia się czy wystarczy jej sił na dalsze utrzymanie się w mieszkaniu.

– Oczekuję, żeby miasto wzięło się za to wszystko i zaczęło remontować. Ja już nie mam słów. Mam też nadzieję, iż rozbiorą to wszystko i podostajemy jakieś inne mieszkania.

Pan Janusz*, który mieszka w lokalu komunalnym w miejskiej kamienicy, pisze na Facebooku, iż ZLM to „zarząd lekceważenia mieszkańców”. Gdy udaje nam się z nim skontaktować, nie kryje złości.

– Ogrzewamy się z żoną takimi, jak ja to mówię, klimatyzatorami dla ubogich. Kupuję je przez Internet, montuję i wychodzi taniej, ale przez cały czas jest zimno. Nie idzie się o nic doprosić urzędników, zawsze człowieka zbywają – mówi. Także pan Janusz ma problemy zdrowotne i jest seniorem. Nie ma sił na walkę z urzędnikami.

Pani Aleksandra martwi się o swoją przyszłość w miejskim lokalu. Stan zdrowia utrudnia jej noszenie węgla przez trzy kondygnacje. Fot. K. Urban

Mieszkańców nie stać na takie rachunki

– Rewitalizacja kamienic i mieszkań komunalnych nas porusza. Naszym zdaniem nie wystarczy pobieżny remont. Tych mieszkań bardzo często nie podłącza się do centralnego ogrzewania, a źródło ogrzewania z pieca zamienia się na elektryczne, dużo droższe – mówi nam Justyna Wołkowska z łódzkiego ruchu miejskiego Łódź Cała Naprzód, zajmującego się m.in. komfortem życia i ochroną środowiska w mieście.

Mieszkańców lokali komunalnych nie stać na płacenie takich rachunków. – Jednocześnie w zasobie komunalnym jest bardzo dużo mieszkań opalanych już nielegalnymi źródłami ogrzewania. Palenie węglem szkodzi zarówno mieszkańcom Łodzi (ze względu na katastrofalną jakość powietrza zimą), jak i nie pozwala wystarczająco ogrzać tych mieszkań.

– Władze miasta przerzucają się odpowiedzialnością, a naszym zdaniem nie powinno to tak wyglądać – dodaje Wołkowska. – Miliony, które są przeznaczane na promocję miasta i turystykę, powinny być w większej części wydatkowane na poprawę jakości życia mieszkańców, również tych, którzy żyją w lokalach komunalnych.

Dodaje, iż pomalowanie elewacji nie jest wystarczające, a problemy sięgają dużo głębiej. W celu identyfikacji skali problemu zwróciliśmy się o dane do Miasta. Sekretariat Wiceprezydenta Wieczorka odpowiedział: – W zasiedlonych lokalach z mieszkaniowego zasobu Gminy, według stanu na luty 2026 r., wykorzystywane były następujące źródła ogrzewania:

  • 9 196 – miejska/lokalna sieć ciepłownicza;
  • 6 930 – ogrzewanie elektryczne;
  • 8 358 – kuchnia węglowa/kominek/koza/ogrzewacz/kocioł/piec (w tym kaflowy) na paliwo stałe;
  • 1 373 – kocioł gazowy;
  • 31 – kocioł olejowy;
  • 8 – pompa ciepła.

Ile źródeł ciepła wymieniono? – Zarząd Lokali Miejskich w Łodzi, w ramach posiadanego budżetu, prowadzi proces remontowy administrowanego zasobu. W mieszkaniach przeznaczonych do ponownego zasiedlenia zobowiązany jest do wymiany źródeł ich ogrzewania na ekologiczne. W przypadku braku możliwości podłączenia lokali do centralnego ogrzewania, doposaża je w ogrzewanie elektryczne – mówi Urbaniak.

Jak informuje miasto, w 2025 roku wymieniono: 484 pieców na kocioł węglowy spełniający wymagania ekoprojektu, 347 pieców na ogrzewanie elektryczne. Mieszkańcy i organizacje pozarządowe zwracają uwagę na koszty ogrzewania elektrycznego. Poważne wątpliwości budzi też wymienianie starych kotłów węglowych na nowe. O ile jest to zrozumiałe na słabo zagęszczonych obszarach, o tyle w gęsto zaludnionej tkance miejskiej, przy tak dużej liczbie urządzeń, pojawiają się konsekwencje dotyczące skutków zdrowotnych. W Krakowie, który jako pierwszy zakazał całkowicie palenia węglem na swoim terenie, żadne mieszkanie nie jest wyposażone w takie urządzenia.

„Zima odsłoniła wszystkie patologie”

Także Łódzkie Stowarzyszenie Lokatorów (ŁSL) od lat walczy o godne życie mieszkańców. Regularnie informuje o skali zaniedbań władz miasta i administracji. Na tej kanwie w marcu br. zorganizowano protest pod siedzibą Zarządu Lokali Miejskich.

– Mroźna zima odsłoniła wszystkie patologie łódzkiej polityki mieszkaniowej i po raz kolejny pokazała problemy ze stanem lokalowego zasobu miasta – mówią nam przedstawiciele organizacji. – Jako lokatorki i lokatorzy mówimy od lat, iż stan techniczny mieszkań gminnych zagraża naszemu życiu i zdrowiu.

Dodają, iż „przez skandaliczne warunki w budynkach należących do miasta z wychłodzenia zmarły cztery osoby”. Mowa o lutowych falach mrozów, podczas których doszło do tragedii.

– Włodarze próbowali narzucić narrację, iż to wina lokatorów, którzy mieli mieć “problemy społeczne”. Tak jakby jakikolwiek kryzys w naszym życiu mógł być usprawiedliwieniem śmierci z wychłodzenia – dodaje ŁSL.

Stowarzyszenie dodaje, iż w kryzysach tym bardziej należałoby liczyć na pomoc. – “Problemem społecznym” w tym przypadku raczej były mieszkania zarządzane przez gminę, których nie da się odpowiednio ogrzać, niezależnie od poniesionych nakładów finansowych.

Odniosło się do tego miasto. – Lokal przy ul. Kaliskiej 19 był przystosowany do ogrzewania elektrycznego. W mieszkaniach usytuowanych w nieruchomości przy ul. Malinowej 9 funkcjonuje ogrzewanie elektryczne i piecowe, natomiast lokale przy ul. Kaliskiej 19 ogrzewane są elektrycznie, dzięki pieca na paliwo stałe lub kotła gazowego. Wobec użytkowników lokali, w których doszło do tragicznych zdarzeń, prowadzono szeroką pomoc społeczną, obejmującą świadczenia finansowe i pozafinansowe.

Miasto się tłumaczy

– Nieruchomości przy ul. Malinowej 9 i Kaliskiej 19 stanowią własność Gminy. Budynki mieszkalne są przeznaczone do dalszego zasiedlenia i corocznie podlegają obowiązkowej kontroli stanu technicznego. ZLM wykonuje w tych budynkach bieżące prace konserwacyjne, mające na celu utrzymanie ich w stałej sprawności technicznej – dodała Urbaniak.

– Przez ponad pięć lat naszych działań prowadziliśmy regularne dyżury oraz akcje interwencyjne. W tym czasie spotkaliśmy się z setkami mieszkańców i zebraliśmy ogrom informacji, zdjęć oraz innych materiałów, które przedstawialiśmy osobom decydującym o kierunku polityki mieszkaniowej w naszym mieście. Protestujemy w poczuciu solidarności z osobami wypychanymi poza system – kontrują przedstawiciele Łódzkiego Stowarzyszenia Lokatorów.

Zgłaszający się do nich mieszkańcy Łodzi każdego dnia boją się o swój stan zdrowia właśnie przez warunki, w jakich żyją. – W wielu budynkach pozostających własnością gminy nie ma możliwości zapewnienia komfortu termicznego, przede wszystkim przez ich stan techniczny, za który zgodnie z prawem odpowiada sama gmina.

Zastrzeżenia do stanu technicznego mieszkań w zasobie miejskim dotyczą: zawilgocenia, nieszczelnych okien, braku ocieplenia, pękających stropów, dziurawych dachów. – W 2011 roku budynki o zużyciu technicznym 71-100 proc. (czyli w praktyce nadające się do wyburzenia) stanowiły 15 proc. całego zasobu. W 2024 budynki o jeszcze większym zużyciu, tzn. od 76-100 proc. stanowiły … również 15 proc. całego zasobu – punktuje ŁSL.

– Spora część z tych budynków dalej jest zasiedlona i tysiące osób mieszkają w ruinach, w których przebywanie grozi nie tylko zdrowiu, ale też życiu. Mimo działań miasta, rewitalizacji obszarowej etc. dalej jest to ogromny problem.

Piotrkowska w Łodzi jest zadbana i atrakcyjna turystycznie. Ciche dramaty rozgrywają się tuż za rogiem. Fot. K. Urban

Pustostany za sąsiada

Kłopoty ze stanem technicznym potęguje duża liczba pustostanów sąsiadujących z lokalami wciąż zajmowanymi. Puste lokale powodują duże ubytki ciepła, a więc większy koszt ogrzania po stronie sąsiednich lokatorów, jak i sprzyjają dalszej degradacji budynków przez łatwiej utrzymujące się zawilgocenie.

W tym sezonie grzewczym mróz pokazał jak horrendalne kwoty można płacić i przez cały czas mieć zimno w domu. – Nie było dnia byśmy nie widzieli lub słyszeli informacji o tym, iż mimo ciągłego ogrzewania mieszkania, ktoś miał temperaturę sięgającą 12-13 stopni w jednym pomieszczeniu – mówi ŁSL.

To ich zdaniem wynik stanu technicznego i braku izolacji oraz wcześniej wspomnianych pustostanów otaczających zamieszkałe lokale.

– Niestety to sprawia, iż ogrzewanie piecowe – choćby te niesławne kopciuchy – są dużo bardziej pożądane przez lokatorów, niż ogrzewanie elektryczne. Ma to dodatkowe znaczenie biorąc pod uwagę, iż Łódź jest miastem gwałtownie starzejącym się, o już dużym odsetku seniorów. Większość z nich jednak, gdy ma do wyboru te dwie opcje zwykle wybiera piec, mimo konieczności noszenia do mieszkania drewna czy węgla.

– Gmina przerzuca więc koszty na lokatorów, bo łatwiej zmusić mieszkańca do płacenia 1200 zł miesięcznie za prąd w okresie grzewczym, niż zainwestować w nieruchomość i jej przyłączenie do sieci – podsumowuje ŁSL.

Mieszkańcy czują się pozostawieni sami sobie i uwięzieni w zimnych, starych murach rozpadających się kamienic. Oczekują od gminy wzięcia odpowiedzialności za stan budynków i wymianę źródeł ogrzewania. Specjaliści postulują o przywrócenie programu typu Ciepłe Mieszkanie, który umożliwi samorządom faktyczną termomodernizację zasobu komunalnego. Pytanie, na ile rządzący wyceniają życie ludzkie.

  • Czytaj także: Miasta kontra kopciuchy. Rekordzista wymieni je dopiero za 256 lat [RAPORT]

Zdjęcie tytułowe: K. Urban

Idź do oryginalnego materiału