Azyl zamiast odpowiedzialności. Ucieczka Zbigniewa Ziobry

10 godzin temu
Zdjęcie: Ziobro


Sprawa azylu politycznego Zbigniewa Ziobry na Węgrzech ma wszystkie cechy spektaklu, który miał przykryć sedno problemu: odpowiedzialność. Były minister sprawiedliwości, przez lata twarz twardej ręki państwa i bezkompromisowej retoryki, nagle ogłasza, iż musi chronić siebie i rodzinę przed „politycznym bandytyzmem”. Brzmi to jak próba napisania nowej legendy o własnej biografii — legendy, która z faktami ma kilka wspólnego.
Monika Olejnik nazwała Ziobrę „tchórzem” i to słowo, jakkolwiek ostre, trafia w punkt. Nie dlatego, iż jest obelgą, ale dlatego, iż opisuje postawę: ucieczkę w momencie, gdy należałoby stanąć twarzą w twarz z konsekwencjami własnych decyzji. „Wstyd panie Ziobro! Może stworzy pan rząd na uchodźstwie z siedzibą w Budapeszcie?” — napisała dziennikarka, celnie punktując groteskowość całej sytuacji. Ironia jest tu narzędziem obrony zdrowego rozsądku.
Ziobro przedstawia swoją decyzję jako akt odwagi. „Wybieram walkę z politycznym bandytyzmem i bezprawiem. Stawiam opór postępującej dyktaturze” — ogłosił, kreśląc obraz Polski jako państwa opresyjnego. To retoryka dobrze znana: wielkie słowa, zero konkretów, odwrócenie ról. Człowiek, który przez lata nadzorował prokuraturę i sądy, dziś mówi o „kryminalnym przejęciu Prokuratury Krajowej”. Trudno oprzeć się wrażeniu, iż to projekcja — przerzucanie na innych tego, co samemu robiło się wczoraj.
W tej opowieści Węgry stają się sceną symboliczną. Budapeszt, rządzony przez Viktora Orbána, to nie tyle bezpieczna przystań, co ideologiczny azyl. Ziobro nie ucieka do państwa neutralnego; wybiera kraj, w którym władza i prokuratura są splecione tak ściśle, jak tylko można sobie wyobrazić. Anegdota o „Polak friend” w sklepiku i „piątce do przybicia” brzmi jak starannie dobrana scenka mająca ocieplić wizerunek uchodźcy. Tyle iż to nie reportaż z wakacji, ale poważna sprawa publiczna.
Krytycy Ziobry, w tym dziennikarze „Gazety Wyborczej” i TOK FM, mówią wprost o tchórzostwie. I mają ku temu powody. jeżeli ktoś twierdzi, iż jest ofiarą bezprawia, powinien walczyć o swoje racje w kraju, korzystając z dostępnych środków prawnych. Ucieczka za granicę — zwłaszcza do politycznego sojusznika — podkopuje wiarygodność takich deklaracji. To nie jest „walka”, to jest unikanie.
Monika Olejnik, krytykowana przez prawicę za ostrość sądów, w tej sprawie spełnia klasyczną rolę publicystki: nazywa rzeczy po imieniu. Jej komentarz nie jest wyrazem partyjnej sympatii, ale sprzeciwu wobec cynizmu. Gdy Ziobro mówi o „osobistej zemście Donalda Tuska”, Olejnik i inni przypominają, iż państwo prawa polega na rozliczalności — także byłych ministrów.
Ta historia ma wymiar szerszy niż los jednego polityka. To test na dojrzałość debaty publicznej. Czy damy się porwać narracji o „dyktaturze”, czy zapytamy spokojnie: przed czym adekwatnie ucieka Zbigniew Ziobro? I dlaczego robi to teraz? Odpowiedzi na te pytania są ważniejsze niż jakakolwiek anegdota z budapeszteńskiego sklepiku.


Idź do oryginalnego materiału