.png)
Wirus malkontenctwa: dlaczego fakty przegrywają z poczuciem krzywdy?
Polacy mają niezwykły talent: potrafią żyć coraz lepiej i jednocześnie z rosnącym przekonaniem opowiadać, iż żyje im się coraz gorzej.
Możesz pokazać liczby. Dochody. Siłę nabywczą. PKB. Długość życia. Samochody. Mieszkania. Wakacje. Pełne sklepy.
Nie ma znaczenia.
Bo przeciwko całemu Eurostatowi wystarczy jeden szwagier przy grillu, który po trzecim piwie oznajmi:
„Panie, kiedyś to się żyło!”
I dyskusja zakończona.
A już prawdziwy dramat zaczyna się wtedy, gdy sąsiad kupi lepszy samochód, wyremontuje dom albo pojedzie na wakacje dalej niż my.
Bo dla wielu ludzi dobrobyt nie polega na tym, iż mnie jest lepiej.
Dobrobyt polega na tym, żeby sąsiadowi przypadkiem nie było lepiej ode mnie.
Benzyna drożeje? Wiadomo: „wina Tuska”
Najprostszy przykład: paliwo
.
Benzyna 95 drożeje w kilka miesięcy o 28%.
Polak choćby nie musi sprawdzać, co się wydarzyło na światowych rynkach.
On już wie.
„Wina Tuska”.
Nie OPEC.
Nie wojna.
Nie ropa.
Nie dolar.
Nie światowy popyt.
Nie geopolityka.
Tusk.
Najwyraźniej premier Polski wstaje rano, pije kawę, po czym dzwoni do Nowego Jorku i mówi:
— Panowie, podnieście dziś WTI, bo Kowalski z Radomia za tanio tankuje.
Fakt, iż w tym samym czasie światowa cena ropy WTI wzrosła o 32%, jest już informacją zdecydowanie zbyt skomplikowaną. Wymagałaby bowiem rzeczy wyjątkowo niepopularnej:
chwili zastanowienia.
A przecież znacznie prościej napisać na Facebooku:
„Tusk obiecał paliwo po 5,19!”
I człowiek od razu czuje się ekspertem od światowego rynku surowców.
Oczywiście państwo mogłoby obniżyć cenę paliwa. Dopłacić.
Tylko jest jeden drobiazg, którego populiści wyjątkowo nie lubią:
państwo nie ma żadnych własnych pieniędzy.
Ma nasze.
Więc komu zabieramy?
Szkołom?
Szpitalom?
Wojsku?
Emerytom?
A może podnosimy podatki wszystkim, żeby kierowcy było milej przy dystrybutorze?
Tutaj zwykle kończy się ekonomia Facebooka.
Bo „niech rząd obniży” brzmi znakomicie.
Pytanie „z czego?” jest już bezczelnością.
Polska w Unii: katastrofa, która podejrzanie przypomina sukces
Jeszcze piękniejszym przykładem malkontenctwa narodowego jest Unia Europejska.
Polska weszła do UE w 2004 roku.
Od tego czasu realny dochód - uwzględniający inflację - gospodarstw domowych na mieszkańca wzrósł o około 91%.
PKB na mieszkańca według siły nabywczej wzrósł z około 51% średniej unijnej do około 85%.
Czyli przez dwie dekady wykonaliśmy gigantyczny skok gospodarczy i cywilizacyjny.
Ale spróbuj powiedzieć o tym komuś, kto właśnie przeczytał mema:
„Bruksela nas okrada”.
Nie masz szans.
Możesz przynieść Eurostat.
Możesz przynieść GUS.
Możesz przynieść kalkulator.
Możesz nawet przynieść profesora ekonomii.
Mem wygra.
Bo mem jest prosty, a rzeczywistość ma tę paskudną wadę, iż bywa skomplikowana.
Mamy lepsze drogi, lepsze samochody, większe mieszkania, wyższe dochody, możliwość pracy i podróżowania po Europie oraz poziom życia, o którym pokolenie naszych rodziców mogło tylko marzyć.
Ale benzyna podrożała i nagle cały awans cywilizacyjny Polski zostaje unieważniony.
„Kiedyś było lepiej”.
A po chwili:
„Za komuny było lepiej”.
Tak. Szczególnie cudownie było stać kilka godzin w kolejce po papier toaletowy.
Ale był tani.
Jak był.
Bieda porównawcza, czyli tragedia polskiego SUV-a
Najciekawsze jest jednak coś innego.
Populizm wcale nie potrzebuje prawdziwej biedy.
Wystarczy poczucie biedy.
A jeszcze lepiej — poczucie, iż ktoś ma więcej.
Wczoraj człowiek marzył o maluchu.
Dzisiaj ma dwa samochody i jest nieszczęśliwy, bo sąsiad kupił SUV-a.
Wczoraj wakacje oznaczały namiot nad jeziorem.
Dzisiaj leci do Grecji i wraca rozczarowany, bo znajomi byli na Malediwach.
Wczoraj mięso było raz na tydzień.
Dzisiaj człowiek stoi przed trzydziestometrową ladą w supermarkecie i narzeka, iż polędwica wołowa kosztuje za dużo.
To nie jest bieda.
To jest bieda porównawcza.
Nie boli mnie, że mam mało.
Boli mnie, iż sąsiad ma więcej.
A z takiego bólu można już zbudować całkiem pokaźny wynik wyborczy.
Populista potrzebuje tylko palca
Populista ma więc zadanie banalnie proste.
Nie musi tłumaczyć gospodarki.
Nie musi znać ekonomii.
Nie musi pokazywać wykresów.
Nie musi rozumieć kursów walut, cen surowców, demografii, produktywności ani kosztów energii.
Musi mieć tylko sprawny palec wskazujący.
I pokazać nim winnego.
Bruksela.
Niemiec.
Ukrainiec.
Imigrant.
Tusk.
Bankier.
Elity.
„Oni”.
A potem powiedzieć:
„To przez nich masz za mało”.
"To przez wroga"
I już.
Program gospodarczy gotowy.
Bo najskuteczniejszy populista nie mówi człowiekowi:
„Świat jest skomplikowany, spróbujmy go zrozumieć”.
Mówi:
„Jesteś ofiarą. Zostałeś okradziony. Wiem przez kogo”
To jest polityczny narkotyk.
Daje natychmiastową ulgę.
Nie trzeba się zastanawiać nad własnymi wyborami, gospodarką, demografią, wojną, globalizacją czy cenami surowców.
Ktoś jest winny.
I najlepiej, żeby był obcy.
Dlatego populizm ma przed sobą świetlaną przyszłość
Mogę się założyć, że partie populistyczne i nacjonalistyczne bez większego problemu przekonają sporą część Polaków, iż Unia Europejska jest źródłem naszego nieszczęścia — nawet jeśli właśnie podczas członkostwa w niej Polska dokonała jednego z największych skoków gospodarczych w swojej historii.
Bo dane mają jedną zasadniczą wadę:
nie można się na nie obrazić.
A wróg jest znacznie wygodniejszy.
Wróg wszystko tłumaczy.
Wróg nie wymaga wiedzy.
Wróg zwalnia z myślenia.
Wróg pozwala człowiekowi powiedzieć:
„To nie ja. To oni”.
Największym przeciwnikiem populisty jest człowiek, który zanim się oburzy, sprawdzi liczby.
Niestety taki wyborca jest dla populisty wyjątkowo niebezpieczny.
Myśli.
















