Weto jako alibi. Nieudolne tłumaczenia Nawrockiego

3 godzin temu

Wywiad Karola Nawrockiego dla „Gościa Niedzielnego” jest kolejną odsłoną dobrze znanego spektaklu: prezydent tłumaczy się z nadużywania weta, jednocześnie przerzucając odpowiedzialność na rząd i parlament. Robi to językiem, który ma sprawiać wrażenie troski o państwo, ale w istocie służy legitymizowaniu politycznego blokowania zmian. W efekcie dostajemy opowieść efektowną retorycznie, ale ubogą w fakty i spójną logikę.

„Weta dotyczyły aktów prawnych, które stanowiły zagrożenie dla obywateli lub zostały wadliwie przygotowane pod względem prawnym” – wyjaśnia prezydent. To zdanie brzmi jak uniwersalny wytrych. Nie dowiadujemy się, na czym konkretnie miało polegać owo „zagrożenie”, ani dlaczego rzekome wady prawne nie mogły zostać poprawione w toku prac legislacyjnych. Weto staje się narzędziem ostatecznym, używanym z częstotliwością, która zaprzecza jego wyjątkowemu charakterowi.

Nawrocki narzeka, iż jego projekty są blokowane, a zawetowane ustawy wracają do niego bez zmian. Odpowiedzialność przypisuje rządzącym, którzy – jak twierdzi – „żyją bardziej w logice bieżącej pragmatyki politycznej, a czasem wręcz twitterowej, niż w rzeczywistości realnych, systemowych rozwiązań”. To odwrócenie ról godne uwagi. Prezydent, który regularnie sięga po weto jako instrument politycznej presji, zarzuca innym krótkowzroczność i partyjność. Tymczasem konstytucyjna rola głowy państwa polega na mediowaniu i stabilizowaniu procesu legislacyjnego, a nie na jego seryjnym zatrzymywaniu.

Dobrym przykładem tej logiki jest wypowiedź o Centralnym Porcie Komunikacyjnym, który – jak mówi Nawrocki – ma zostać „przemianowany na Port Polska”. „Zamiast realnych działań otrzymujemy rebranding” – krytykuje prezydent, sugerując, iż zmiany są podyktowane wyłącznie „efektami sondażowymi”. To zarzut efektowny, ale powierzchowny. Zmiana koncepcji projektu, korekta harmonogramów czy nazewnictwa nie są automatycznie dowodem braku realnych działań. Są raczej próbą uporządkowania inwestycji, która przez lata była obciążona megalomanią i politycznym marketingiem. Prezydent zdaje się tę różnicę ignorować.

Wątek „hamulcowego rozwoju” powraca, gdy Nawrocki sięga po statystykę. „Podpisałem 132 ustawy, a zawetowałem 20” – mówi, jakby sama proporcja miała rozstrzygać spór. Liczby jednak nie mówią wszystkiego. Wystarczy kilka wet wobec kluczowych reform, by skutecznie spowolnić proces zmian. Weto używane konsekwentnie wobec inicjatyw jednego obozu politycznego przestaje być strażnikiem jakości prawa, a staje się narzędziem opozycyjnej strategii.

Szczególnie znamienne jest pouczanie nowego marszałka Sejmu. „Marszałek nie ma konstytucyjnego prawa weta, więc może tylko ‘mrozić’ projekty. Problem w tym, iż ta sejmowa zamrażarka jest dziś wyraźnie przepełniona” – mówi prezydent. To retoryczny zabieg, który ma przesunąć uwagę z Pałacu Prezydenckiego na parlament. Tymczasem realny problem polega na czymś innym: na braku gotowości głowy państwa do współpracy w ramach konstytucyjnego podziału władzy.

Wywiad w „Gościu Niedzielnym” nie przynosi nowej refleksji nad rolą prezydenta w systemie. Przynosi za to kolejną porcję usprawiedliwień i oskarżeń pod adresem innych. Nawrocki mówi o państwowości, ale działa partyjnie; deklaruje troskę o obywateli, ale nie tłumaczy konkretnie, przed czym ich chroni; krytykuje „twitterową politykę”, samemu posługując się uproszczonymi hasłami.

Publicystyka w stylu „ja tylko bronię jakości prawa” może robić wrażenie przez chwilę. Na dłuższą metę jednak coraz trudniej ukryć fakt, iż prezydenckie weta stały się elementem politycznej gry, a nie konstytucyjnej rozwagi. I to jest problem, którego żadne statystyki nie przykryją.

Idź do oryginalnego materiału