Dzisiejszy bój o przyszłość zachodniej cywilizacji nie skupia się już (tylko) na tym, które informacje stanowią prawdę, a które ją celowo lub bezwiednie zaburzają. Toczy się o samo rozumienie, czym jest prawda. Czy przez cały czas może realistycznie być tym, co kreślili Kant, Mill i Habermas? Czy ostatecznie ugrzęzła w proroctwach i przestrogach Machiavellego, Nietzschego i Foucaulta? Wahadło mocy wyraźnie przechyla się na stronę tych drugich.
U Sokratesa prawda jest fundamentem wszystkiego. Cnota człowieka opiera się na jej osiągnięciu, a moralność na dążeniu do niej. Jest obiektywna, a bez niej wszystko traci jakikolwiek sens. Arystoteles myślał podobnie, ale był już większym realistą. Podkreślał, iż życie etyczne opiera się na umiejętności rozpoznawania prawdy, a społeczeństwo sprawiedliwe na szacunku do niej. Ten wording był jednak znakiem pogodzenia się z nieuchronnym współwystępowaniem fałszu obok prawdy w życiu społecznym. Michel de Montaigne wskazał na konsekwencje tego stanu rzeczy w postaci nie tylko nieosiągalności pełni prawdy w życiu realnym, ale także ostatecznie jej subiektywnego charakteru. Prawdy mają swoją liczbę mnogą i mogą się ze sobą zderzać. Niepewność, rozterki i wątpliwości są immanentne kondycji ludzkiej. Machiavelli poszedł oczywiście na całość i podporządkował prawdę pragmatyzmowi politycznemu, celom i interesom skutecznej władzy. Był więc nieporównywalnie lepszym prorokiem XXI w. aniżeli Sokrates.
Kant powiązał prawdę z rozumem, jakoby pozostawanie w zgodzie z nią było jedynym zachowaniem racjonalnym, co wydaje się bardzo kategoryczne, ale rzuca światło na irracjonalizm jako – drugie, obok złej woli – ogniwo popadania w fałsz. Mill z poszukiwania prawdy uczynił jeden z kamieni węgielnych jego liberalnej konstrukcji wolności słowa, debaty publicznej, poszukiwań naukowych i – w efekcie – mediów. Wskazał na to, iż społeczności zwalczające czy ukrywające prawdę hamują swój własny rozwój, co do dziś pozostaje nutą optymizmu, której kurczowo się trzyma nasza nadzieja. Nietzsche nieco odwrócił logikę Machiavellego, który usprawiedliwiał kłamstwa ludzi władzy, podważając istnienie prawdy w sokratejskim rozumieniu tego słowa i uznając, iż tzw. prawda jest sztucznym wytworem konwenansów kultury i narzędziem manipulacji ludźmi przez władzę oraz różnorakie wpływowe interesy. To począwszy od niego inną nazwą prawdy staje się słowo „narracja”, które w końcu utworzy most płynnego przechodzenia od prawdy do fałszu.
Ostatecznie, bardziej współcześnie, Habermas – idąc częściowo za Millem – uznaje prawdę za wynik (produkt?) wolnej i otwartej dyskusji oraz fundament sprawiedliwości w sprawowaniu władzy i ogniwo racjonalnego konsensusu w społeczeństwie (jakże utopijnym celem staje się taki konsensus!). Natomiast Foucault – pobrzmiewając Nietzschem – uznaje prawdę za produkt relacji władzy i instytucji społecznych, gdzie to władza kształtuje i relatywizuje zręby prawdy, po czym wykorzystuje ją jako narzędzie kontroli jednostek. Habermas wyraża więc raczej marzenia, a Foucault sprowadza nas na grunt twardych realiów.
***
Dzisiejszy bój o przyszłość zachodniej cywilizacji nie skupia się już (tylko) na tym, które informacje stanowią prawdę, a które ją celowo lub bezwiednie zaburzają. Toczy się o samo rozumienie, czym jest prawda. Czy przez cały czas może realistycznie być tym, co kreślili Kant, Mill i Habermas? Czy ostatecznie ugrzęzła w proroctwach i przestrogach Machiavellego, Nietzschego i Foucaulta? Wahadło mocy wyraźnie przechyla się na stronę tych drugich. Niezależnie jednak od rezultatu pojedynku, w sam środek tarczy w konkurencji „przedstawienie współczesnej funkcji prawdy w życiu społeczno-politycznym gubiącego się Zachodu” trafia niewątpliwie Montaigne. Nie potrafimy/ nie chcemy już budować konsensusu wobec obiektywności prawdy. A jeżeli może ona być subiektywna, to znaczy, iż jest jej legion. Ja mam swoją prawdę, a ty masz swoją. Moja jest dla mnie nie mniej prawdziwa aniżeli twoja dla ciebie. I co mi zrobisz? Co ja ci zrobię? Raczej nic.
Gdyby wszystko mogło być matematyką, w świecie byłoby mniej nienawiści (to, iż byłoby mniej wielu innych zjawisk, w tym pozytywnych, które budują koloryt człowieczeństwa, jest… <ehem> prawdą i tematem na inną okazję). Gdy liberałowie w sojuszu z paroma innymi, demokratycznymi w swych rdzeniach nurtami oglądu spraw społecznych i politycznych wystąpili przeciwko dyktaturom, zamordyzmom, totalitaryzmom, cenzurom i propagandom, to uczynili to, między innymi właśnie po to, aby zaistniał pluralizm ideologiczny, pluralizm ocen, pluralizm wartości, pluralizm poglądów, projektów, postulatów, celów, marzeń i sposobów na życie. Mieliśmy mieć prawo różnie patrzeć na te same obiekty rzeczywistości. Projekt ten niosło przeświadczenie, iż idee, oceny, wartości, poglądy i postulaty oddziela od faktów pewna jakościowa i w gruncie rzeczy nieprzekraczalna bariera. Pluralizm tych pierwszych miał być zbudowany w realiach jedności tych drugich. Prawda faktów wydawała się na tyle solidna, iż nienarażona na erozję pomimo braku odgórnego przymusu składania jej hołdu. Racjonalizm człowieka miał być tutaj krytycznie kluczowym ogniwem. To ono zawiodło i to zawiodło akurat w czasach, gdy mroki niewiedzy, ignorancji czy braku dostępu do zdobyczy nauki zostały – wydawać się mogło – całkowicie i nieodwracalnie rozproszone.
Żyjemy więc oto w świecie, w którym nastał pluralizm prawd. Co gorsza, każda strona tego coraz bardziej gorszącego sporu jest naznaczona piętnem przystawiania stempla prawdy fałszom. To w żadnym razie nie jest zderzenie prawicowych i konserwatywnych fantastów z trzeźwo myślącymi i ultraracjonalnymi progresywistami. Obie strony za swój katechizm przyjęły miksy prawd, półprawd, przeinaczeń, mitów, kłamstw i nonsensów. Być może nie są to miksy będące dla siebie lustrzanym odbiciem, ale zanieczyszczenie fałszem newralgicznie dotyka obie strony.
Jednak pewna dysproporcja istnieje. Chociaż hipokryzja stała się nieuniknionym zjawiskiem sporu toczonego w takich warunkach ramowych, jej teatralizacja mimo wszystko odróżnia zwaśnionych kontrahentów. Do szermowania fałszem przyznać się oczywiście nikt dobrowolnie nie chce, ale nie jest tak, iż obie strony w równym stopniu wynoszą rzekomą prawdę na piedestał wartości. Podczas gdy liberałowie, lewica, centrum i umiarkowany nurt liberalnej demokracji (zwany często mainstreamem, choć chyba już niedługo nim pozostanie…), złapani na głoszeniu bzdur, przyznają się do błędów, wskazują na niedoskonałość narzędzi badawczych, na proces naukowy oparty o zasadę weryfikacji i niekiedy falsyfikacji tez czy pojęć i generalnie puszczają do swoich „oczko”, gdy mowa o prawdzie dotyka wielkich kwantyfikatorów, tak prawica skrajna i populistyczna zupełnie serio domaga się uznania swoich pretensji do pozycji apostołów prawdy absolutnej. Ich kryterium dla „ustalania” zrębów prawdy obiektywnej jest proste: prawdą jest to, co ona – prawica – głosi. Wykazanie fałszu tej czy innej z jej tez nic tu nie zmienia, gdyż wtedy ona zwyczajnie modyfikuje kształt absolutnej prawdy i stosując narzędzia różnorakich „narracji” włącza ów fałsz w swoje rozumienie prawdy, przez cały czas upierając się przy jego obiektywnym charakterze.
***
Gdy więc liberałowie postulują wolność jednostki ludzkiej, prawica protestuje, twierdząc, iż wolność nie jest zgodna z prawdą o naturze człowieka, z „prawem naturalnym”, któremu człowiek podlega. Prawo naturalne to naczelny filar prawicowej prawdy i bodaj najważniejszy argument za jej pretensjami do obiektywności. W warunkach polskiej debaty publicznej nikogo już więc nie zdziwi, iż prawica w najwyższym moralnym uniesieniu sprzeciwia się prawu kobiet do wyboru lub prawu osób LGBT do zawierania związków, argumentując, iż pierwsze nakazem prawdy jest zbrodnią dzieciobójstwa, zaś drugie jest niezgodne z prawdą o ludziach jako istotach powołanych do heteroseksualności. Tymczasem, choćby w tym samym momencie, prawica odrzuca przykładowo fakty historyczne zaburzające wizerunek i tożsamość narodu polskiego, jako nieustannie w dziejach przyjmującego wyłącznie postawy bohatera lub ofiary, nigdy zaś sprawcy zbrodni. Racjonalizm wymagałby konsekwencji w podejściu do prawdy. Skoro prawda jest ważna tutaj, to i tam. Ale realia polityczne żadnych takich wymagań już nie stawiają. Prawda jest raz potrzebna i przywoływana, a raz kłopotliwa i nazywana fałszem.
Polityka historyczna jest w Polsce cierniem między żebrami prawicowego pragnienia, aby zespolić się z prawdą i skazać wrogów na miano agentów fałszu. Oczywiście w praktycznych realiach polityki międzynarodowej stosowanie polityki historycznej, jako uproszczonej, wygładzonej, często wybiórczej i emocjonalnej narracji, która tu i ówdzie bierze z prawdą rozbrat, jest zjawiskiem znanym od dawien dawna, stosowanym niemal powszechnie i przynoszącym czasami konkretne, namacalne rezultaty w kontekście realizowania celów i obrony żywotnych interesów państw. Machiavelli potwierdziłby, iż tylko głupiec by od niej stronił, gdy wokoło wszyscy po nią sięgają. Tym bardziej trudno to zanegować we współczesnym świecie, gdy coraz bardziej absurdalne w swoim fałszu tezy o przeszłości, głoszone przez autorytarne ośrodki państwowe, zaczynają się umacniać jako uprawnione stanowiska w dyskusji o jak najbardziej współczesnych i przyszłościowych problemach. Śladem dyktatora Rosji, prezydent USA nie ma już żadnych oporów, aby używać oczywistych kłamstw jako broni w relacjach międzynarodowych, a wykazywanie niezgodności z prawdą ludziom o takiej pozycji jawi się jako czynność zupełnie pozbawiona jakiegokolwiek sensu.
Fałsz staje się zatem podstawą budowy nowego porządku geopolitycznego. Mało kto jeszcze realnie się więc spodziewa, iż polityka historyczna państw będzie dążyć do prawdy, jak chciałby Sokrates. Realia brudnej walki są takie, iż każdego ochlapie błoto. Jednak zupełnie inną kwestią jest pytanie, czy zasadnym jest kształtowanie zakłamanej, jednostronnej i tendencyjnej narracji historycznej także na potrzeby wewnętrzne. Sprzedawanie światu bullshitu celem walki o podstawowe interesy to jedno. Sprzedawanie go własnemu społeczeństwu to już inny układ okoliczności co do oceny moralnej.
Czy cele takie, jak wyprowadzenie narodu z traum gwałtownej i tragicznej przeszłości, budowa dumy narodowej (a być może po prostu nacjonalizmu), kształtowanie tożsamości bohaterskiej, podkreślenie własnych krzywd przy chowaniu krzywd cudzych, motywowanie do działania, aktywności i pracy, słowem: przekształcenie opowieści o narodowej historii w swoiste feel-good experience uzasadnia i usprawiedliwia (samo)okłamywanie się co do jej meandrów? Czy uwypuklanie i zamiatanie pod dywan jest w tym ujęciu mniejszym złem? Wydaje się, iż prowadzenie skutecznej międzynarodowej polityki historycznej przy równoczesnym zachowaniu uczciwości w jej badaniu i poznawaniu przez kolejne pokolenia własnego społeczeństwa jest możliwe. Zwłaszcza w przypadku Polski, która i bez pudrowania ma mocne argumenty. Ogłupianie własnego narodu nie musi być ceną skuteczności w polityce zagranicznej. Zwłaszcza iż ludzie tak ogłupieni, zachęceni do zbyt pompatycznego formułowania i uzewnętrzniania swoich opartych na częściowym fałszu tożsamościach, tracą czujność, wymyka się im ostrożność, popadają w ryzyko powtarzania błędów z własnej historii – często właśnie tych błędów, o których narracja polityki historycznej zdecydowała się milczeć.
***
Przykładów nie brakuje. Spójrzmy na tzw. Targowicę. Z obawy o uczucia i prawdopodobnie reakcję prawicy, na poziomie czy to edukacji szkolnej, czy na poziomie poruszania tematu w publicznych mediach stale brakuje jasnego powiedzenia, iż zdrajcami I Rzeczpospolitej byli ludzie o światopoglądzie zdominowanym przez takie wartości jak przywiązanie do tradycji czy głęboka wiara katolicka. Pomijając oczywiście epokę komunistyczną (gdy Moskwie kłaniali się władcy PRL – jednak nie czynili tego przez wzgląd na sympatie wobec kultury rosyjskiej, a wspólne inklinacje ideologiczne, nawiązujące do nurtu myśli politycznej, który „stary świat” z tradycjami i dawnymi kulturami narodowymi chciał przecież pierwotnie niszczyć), „partia rosyjska” ciągle znowu odradza się nad Wisłą na skrajnej prawicy, w otoczeniu tych samych idei i wartości tradycjonalizmu, antyokcydentalizmu, skrajnego konserwatyzmu, religijnego fanatyzmu i rzekomego, acz jakże opacznie przeżywanego patriotyzmu. W latach 2026-27 będziemy zmuszeni stawić czoła jej nowej inkarnacji. Jej i wielce prawdopodobnym perspektywom przejęcia przez nią części lub całej władzy w Warszawie, akurat w momencie pełnego renesansu rosyjskiego imperializmu.
Spójrzmy na eksplozję nastrojów antyukraińskich. Być może gdyby dominująca narracja historyczna w Polsce nie umniejszała skali niechlubnych zachowań naszych rodaków wobec krzywdzonego w naszej części świata narodu żydowskiego w latach 1939-45 (a także skali antysemityzmu w II RP), gdyby otwarciej mówiono o poglądach Romana Dmowskiego w sprawie żydowskich współobywateli (zamiast uporczywie wynosić go na piedestał), gdyby choć w połowie tak często jak o zbrodni wołyńskiej mówiono o traktowaniu ukraińskich mieszkańców ziem Rzeczpospolitej przez kilkaset lat koegzystencji z nami w jednym państwie, to może wówczas zwyczajna przyzwoitość nie pozwalałaby odwracać się od nich plecami i napiętnowywać ich akurat wtedy, gdy ich kraj jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie?
Spójrzmy na proces replikowania traum z okresu II wojny światowej na kolejne pokolenia, który powoduje, iż choćby pokolenie prawnuków faktycznych ofiar niemieckiego bestialstwa epoki nazistowskiej chce w zachodnim sąsiedzie widzieć wroga i oprawcę, a nie potencjalnego partnera w obronie Europy Środkowej przez współczesnym bestialstwem wschodnim. U granic Polski trwa agresja Moskwy na Ukrainę, ale z każdym kolejnym jej miesiącem, wraz ze zbliżającym się sukcesem Rosji w tym starciu, spada świadomość zagrożenia ze wschodu, a rozrasta się fatamorgana rzekomego zagrożenia z zachodu. „Partia rosyjska” odwraca z łatwością wektory i pozbawia nas instynktów przetrwania, bo narracja historyczna nas ogłupiła?
W końcu, spójrzmy na wszechpolskie reakcje na gdańską wystawę o młodych Pomorzanach wcielonych do Wehrmachtu przed 1945 r., zwykle przymusowo, w pojedynczych wypadkach – nie. Żadnej lekcji nie wyciągnęliśmy z pokłosia wczesnego PRL, z czasów piętnowania Kaszubów czy Mazurów. Głosy z różnych Łodzi, Łomż, Lublinów czy Rzeszowów komunikują oburzenie, iż w Gdańsku badacze historii chcą badać dzieje swoje lokalne, inne od tamtejszych. Może takiej histerii by nie było, gdyby nasza narracja historyczna w ogóle dopuszczała perspektywy historii regionalnej i lokalnej, zamiast wtłaczać do głów uczniów w całej Polsce wyłącznie historię pisaną z perspektywy Warszawy i Krakowa? W świecie pluralizmu prawd to zderzenie było nieuniknione, a będzie ich w Polsce jeszcze dużo więcej.
***
Polska tkwi w pułapce podwójnej. Nie tylko jesteśmy rozdarci niezgodą co do obiektywności faktów, która toczy cały Zachód. Dodatkowo u nas ta niezgoda obejmuje czytanie własnej historii, a ta zajmuje, prawdopodobnie nienaturalnie, bardzo poczesne miejsce w katalogu naszych filtrów do spoglądania na świat i nas samych. Zamiast na przyszłość, orientujemy się na przeszłość, na historię. Traktowanie w 2026 r. Niemców jako sprawców zbrodni, okupantów, krzywdzicieli i potworów, zamiast jako współtwórców przyszłego ładu europejskiego i sprzymierzeńców w hybrydowej wojnie z rosyjską wizją świata jako poletka wpływów mocarstw jest najbardziej spektakularnym nieporozumieniem, które z tego wynika. Ale jest tego więcej. Przykładowo polskie poszukiwania swoistego mitu założycielskiego dla III Rzeczpospolitej ostatecznie nie skupiły się na oczywistym, czyli na wydarzeniach lat 1980-81 oraz następnie 1989-90. Zamiast tego w społeczeństwie, jako oś prowadząca do odzyskania suwerenności, rezonuje Powstanie Warszawskie i figura „żołnierzy wyklętych”. Ci niewątpliwi (a w przypadku tych drugich, w niektórych sytuacjach także wątpliwi) bohaterowie jawią się dzisiaj wielu Polakom jako faktyczni akuszerzy powstania niepodległej Polski w 1989 r. Oni, nie Wałęsa, Borusewicz, Kuroń, Mazowiecki, Bujak czy Frasyniuk…
Najbliższe lata, albo i choćby miesiące, pokażą, czy polskie „trwanie w historii” postawi nam także intelektualną pułapkę w kontekście nadchodzących, głębokich przetasowań geopolitycznych, związanych ze zmianami w polityce USA. Nasza narracja historyczna każe nam uważać się za naczelnego sojusznika USA w regionie, za kraj na stałe związany z Waszyngtonem mocnymi więzami. Oby to przywiązanie nie okazało się na tyle ślepe, iż przeoczymy moment zawiązania się amerykańsko-rosyjskiego sojuszu przeciwko Europie, w tym przeciwko nam. Gdyby to przeoczenie nastąpiło, to narracja historyczna ogłupiłaby polskie elity władzy na tyle dosadnie, iż można by mówić w pewnym sensie o „polskim Nord Streamie”.
W końcu, zeszłoroczne wybory prezydenckie. Polacy wybrali Karola Nawrockiego na głowę państwa. Człowieka, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej był nieznany szerzej opinii publicznej poza Gdańskiem. Oczywiście, tego sukcesu nie byłoby bez poparcia PiS, czyli jednej z dwóch najpotężniejszych partii politycznych. Jednak nasuwa się także sugestia, iż sukcesu tego mogłoby także nie być bez tak silnego powiązania kariery zawodowej i dorobku publicystyczno-naukowego kandydata z tematyką polskiej historii, bez jego zaangażowania we współpracę z ruchami patriotycznego upamiętniania historii, fascynatami rekonstrukcji historycznych i oczywiście pracy w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku oraz w IPN, gdzie siłą rzeczy angażował się w przeżywanie i popularyzowanie zarówno polskiej martyrologii, jak i polskiego bohaterstwa. Kandydat tak intensywnie i pod każdym względem związany z budowaniem tożsamości narodowej opartej o konkretny kształt narracji historycznej, tropiący przypadki „antypolonizmu” na całym świecie, okazał się kandydatem idealnym na prezydenta RP. To także mówi samo za siebie.
***
Tkwienie w historii, spoglądanie stale wstecz bardziej niż wprzód oraz budowanie historycznych mitów o niepełnych polach styczności z historyczną prawdą niesie więc realne, współczesne ryzyka dla przyszłości polskiej demokracji, bezpieczeństwa narodowego, tożsamości społecznej oraz miejsca w geopolitycznych układankach XXI w. Niesie także jeszcze niebezpieczeństwo mentalne. Jak zauważył Timothy Snyder, uparte tkwienie w historii, przekonanie o jej wieczności, o jej cyklicznej powtarzalności, o niezmienności logik i sekwencji zdarzeń, o raz na zawsze rozdanych rolach przyjaciół i wrogów, jest esencją rosyjskiego spojrzenia na świat. Zachód traktuje historię zupełnie inaczej, w sposób linearny, jako ciąg zdarzeń następujących po sobie przypadkowo lub powiązanych w sensie przyczynowo-skutkowym. Taka mentalność niesie ze sobą potencjał reformy, wzrostu, dobrobytu, poprawy losu, uzależnia przyszłość od pracy i wysiłków konkretnych ludzi. Kto tak rozumuje, uczy się z historii, ale skupia na przyszłości i na jej rzecz pracuje. W rosyjskim rozumieniu dziejów jako ruchu po kole dominuje beznadzieja, brak sprawczości, determinizm, nieuniknioność ponownych katastrof, brak możliwości wybaczenia i pojednania.
Czy polska obsesja historii jest znakiem, iż nasza narodowa dusza tylko częściowo jest z Zachodu? Czy epoka pluralizmu prawd pchnie nas tam, gdzie iść przecież nie chcemy?

22 godzin temu








