W nowej erze

2 dni temu

Nadzieje na to, iż to będzie wreszcie jakiś nudny i spokojny rok, bez wielkich historycznych wydarzeń, minęły szybciej niż zakwasy po sylwestrze. Potępiając oczywiście Trumpa za bezczelne złamanie prawa międzynarodowego muszę jednak przyznać, iż mnóstwo euforii sprawiło mi obserwowanie frustracji Rosjan.

Na Zachodzie (a mówiąc ściślej, w ojczyźnie słabej edukacji i kiepskich burgerów) zaroiło się od teorii spiskowych, iż to jakiś ukartowany plan, iż Putin oddaje Wenezuelę, a Trump Ukrainę. I tutaj zwykle ten ich stupidariat wyskakuje z „dowodem”, pistoletem w smokingu, iż ktoś kiedyś w 2019 rozważał taki deal.

I jakoś do jednego głupka z drugim nie dociera, iż ten deal nie miałby sensu. Rosja nie może (i nie mogła w 2019) zrobić nic, żeby pomóc Wenezueli. Nie mają kart. A Trump nie może (i nie mógł w 2019) zrobić nic, żeby zmusić Ukrainę do kapitulacji. Nie ma kart.

Ten mit, iż Wenezuela nie walczyła, jest obecny na Zachodzie, ale raczej nie wśród Rosjan. Rosja z wielką pompą dostarczyła Maduro rakiety przeciwlotnicze, samoloty i iluś tam wagnerowców. Wszystko na nic. To się może podobać czy nie, ale jak już Amerykanie biorą się za coś na serio, są w stanie wszystkie cele zniszczyć z powietrza, zanim „obrona przeciwlotnicza” w ogóle się dowie o ataku.

Julia Davies zmontowała dwie wypowiedzi tego samego ruskiego propagandysty. W grudniu się ekscytował operacją wzmacniania Wenezueli, po której „Trump zrozumiał, iż nie ma szans”, bo jakby co, rosyjskie rakiety zatopią mu wszystkie stateczki. A zaraz po ataku w wyraźnej panice nie wiedział co powiedzieć, mamrotał „ciekawe, ciekawe”, ponuro dowcipkował o potrzebie urządzenia w Rosji „wioski upadłych przywódców”, a potem wszedł w dygresję, iż to wszystko wina Janukowicza.

Jedno jest pewne: każdy trzecioświatowy dyktator, który postawił na sojusz z Rosją, zatrudnił wagnerowców jako osobistych ochroniarzy, rozstawił baterie przeciwlotnicze KRAP-300 wokół pałacu prezydenckiego, zakupił myśliwce Krapojan-Krapewicz – powinien się teraz bardzo obawiać. Optymistyczny scenariusz to dla niego dotarcie żywcem do tej rosyjskiej „wioski obalonych”.

O Chinach nic nie wiem, to dla mnie jak zwykle zagadka owinięta w tajemnicę, ale wygląda na to, iż dla nich to też zła wiadomość. Oni też wtopili w Wenezueli miliardy, a do tego Trump celowo ich upokorzył. Tak sugeruje CNN.

Oczywiście, taki typowy Amerykanin, który ze świata zwiedził tylko sąsiednie hrabstwo, może sobie wyobrażać, iż „to Chińczycy teraz to samo zrobią z Tajwanem”. Twittera zalały retoryczne pytania „gdzie różnica”.

Otóż różnica jest taka, iż za Maduro nikt nie tęskni. Znaczy, oczywiście ci co zwykle – Chomsky, Pedomsky i Ephebsky. Ale wygląda na to, iż nikt w samej Wenezueli (nawet jego fumfle z reżimu). Nie widać też jakichś masowych wieców poparcia w innych krajach regionu.

No i to jest ważna różnica, o respektowanie której upraszam także PT Komcionautów (zwłaszcza tych kilku fanów Che Guevary, na których teraz spoglądam ciężkim wzrokiem). Tajwańczycy chcą bronić Tajwanu, Ukraińcy Ukrainy, ale niektóre reżimy są tak wredne dla własnych obywateli, iż oni już raczej wołają „Truman, Truman, rzuć ta bania, bo jest nie do wytrzymania”. Ewidentnie tak jest w Wenezueli, być może w Iranie, być może w Panamie, być może na Kubie. Na Grenlandii z pewnością nie.

Co dalej, oczywiście nie wiem (ale chętnie wysłucham PT spekulacjonautów). Wygląda na to, iż reżim na Kubie upadnie jak kostka domina – i wtedy Trump będzie mógł mówić o prawdziwym sukcesie. Bycie prezydentem, który odzyskał Kubę, to nie byłoby kolejne fikcyjne „zakończenie ośmiu wojen między Kambobią i Abu Bedżanem”, to już byłoby coś. Niechętnie przyznałbym punkt dla Slytherinu.

Nie uczyniłoby mnie to oczywiście zwolennikiem Trumpa, ale uważam, iż lewicowy punkt widzenia to przyjęcie punktu widzenia przeciętnego mieszkańca danego kraju – Johna Smitha, Larsa Nielsena, Juana Hernandeza. Reagan ma ulicę w każdym polskim mieście, bo przyczynił się do tego, iż Jan Kowalski może sobie kupić nowego golfa – nieosiągalne marzenie dla Jana Kowalskiego z 1988.

„Brońmy Maduro, brońmy fidelowców” – to nie jest wzgórze na który warto umierać. Albo dostać bana na moim blogasku.

Idź do oryginalnego materiału