Tysiąc osób zrzuciło się na las. „Bez wycinek i bez polowań”

3 miesięcy temu

Po prawie pięciu latach starań w Polsce powstaje całkowicie Wolny Las. Wolny, czyli bez wycinek, polowań, turystyki i innej ingerencji człowieka. Inicjatorami akcji są Karolina i Mieszko Stanisławscy z Fundacji Bycie w Lesie. Zrzutkę na ten cel wsparły setki ludzi, w tym czytelnicy SmogLabu. Duża ulga – mówi nam dziś Mieszko Stanisławski, jeden z inicjatorów wykupu lasu.

Las znajduje się w Gorcach na terenie gminy Ochotnica Dolna, w odludnym rejonie przy paśmie Lubania. Kiedy Stanisławscy oglądali go pierwszy raz, prowadziły ich świeże tropy watahy wilków wraz z młodymi. Las schodzi w dół od szczytu pięknego, skalistego grzbietu. Postanowili więc nadać rezerwatowi nazwę „Wilczy Grzbiet”.

– Las‌ ‌przez‌ ‌tysiące‌ ‌lat‌ ‌potrafił‌ ‌zadbać‌ ‌o‌ ‌siebie.‌ ‌Chcemy‌ ‌znowu‌ ‌mu‌ ‌na‌ ‌to‌ ‌pozwolić – mówiła nam Karolina pod koniec 2019 roku, kiedy rozpoczęła się internetowa zbiórka. Zainteresowanie i zaangażowanie wokół niej przerosło wyobrażenia inicjatorów i udowodniło, iż idea wolnego lasu nie jest wyłącznie porywem serca dwójki osób, ale wyraża marzenie wielu Polaków wrażliwych na przyrodę.

Jak to? Las dla lasu, po nic?

Społeczny zryw dał motywację i nadzieję, ale choćby po zebraniu ponad 150 tysięcy złotych, zostały one wystawione na niejedną próbę. Teren, wybrany początkowo w Beskidzie Niskim, został wykupiony przez Lasy Państwowe, które skorzystały z przysługującego im prawa pierwokupu. Stanisławscy dowiedzieli się o tym z kancelarii notarialnej w Jaśle, gdzie podpisywali wstępną umowę kupna ziemi.

W kolejnych próbach zbywcy zmieniali zdanie lub wycofywali się z umowy. Czasem za namową rodziny, innym razem ze względu na bogatszego kupca. Cały proces naświetlał, jakie podejście do lasów dominuje w naszym kraju.

– W jednym z wybranych przez nas terenów spotkałem pana, który skupuje drewno na pniu i robi wycinkę sąsiednich lasów. NIestety, podczas rozmowy zdradziłem mu cenę. Gdy ją usłyszał, stwierdził, iż sprzedający są głupi i lepiej byłoby, gdyby najpierw wycięli drzewa, sprzedali całe drewno, a potem dopiero ziemię, dzięki czemu zarobiliby więcej – wspomina Mieszko.

Z kolei podczas wizyty w urzędzie gminy w celu określenia stawek podatku za las w Ochotnicy, okazało się, sytuacja jest na tyle nowa i niespotykana, iż konieczna jest konsultacja z radcą prawnym. – Jak to? Las dla lasu? Po nic? Bez planowanej wycinki lub działalności na jego terenie? Takie podejście nie mieści się w systemowych szufladkach. Konfrontacja z systemem pokazała mi, iż obecne przepisy prawne z założenia nie wspierają natury jako takiej. A takie akcje jak nasza przecierają nowe szlaki – mówi Stanisławski.

To była przeprawa

Znalezienie terenu spełniającego kryteria projektu wcale nie było łatwe. Kilka potencjalnych ogłoszeń odpadło, bo las okazywał się lasem typowo gospodarczym, znajdował się tuż przy wsi lub asfalcie albo został rozjechany przez quady. Wizja czekała więc na zrealizowanie ponad cztery lata. Przez ten czas fundacja otrzymywała pytania w sprawie powstania wolnego lasu, a nie wszystkie z nich były życzliwe; zdarzały się także oskarżenia o deprawację pieniędzy, co dodawało emocjonalnego bagażu całej przeprawie.

– Pierwsze uczucie? Duża ulga – mówi nam dziś Mieszko. – Na początku akcji byliśmy w nią emocjonalnie bardzo zaangażowani, ale kiedy kolejne nadzieje na pozytywny finał były rozwiewane, nauczyliśmy się, żeby w zaangażowaniu i działaniu zachować zdrowy dystans. Każda taka klapa bolała i podcinała skrzydła.

– Ostatnim rzutem na taśmę pojawił się las godny uwagi i zdecydowaliśmy nie szukać już dalej, choć ten teren jest mniejszy niż pierwotnie zakładaliśmy. Na szczęście, istnieje opcja rozszerzenia go w przyszłości. Dziś dopełniamy swojego zobowiązania wobec ludzi i przyrody – dodaje.

Pod koniec kwietnia Stanisławscy podpisali u notariusza ostateczną umowę przeniesienia własności lasu na ich fundację. Następnie, zgodnie ze statutem fundacji, mocą uchwały zarządu zakupiony teren został otoczony ochroną bierną, czyli bez ingerencji człowieka w naturalne procesy. Ustanowiony został również obywatelski rezerwat przyrody.

Rzadko spotykana polityka dla zieleni

Teren liczy niecałe dwa hektary i kosztował 75 tysięcy, czyli połowę kwoty zebranych na zrzutce, stąd plany rozszerzenia wolnej strefy. Naokoło nie ma Lasów Państwowych, więc jest szansa kontaktu z właścicielami ziem. Las pozostaje otwarty do przebywania w nim wszystkich istot, w szczególności osób szukających spokoju i inspiracji płynących z wolnej, dzikiej przyrody. Na miejscu mają być umieszczone skromne tablice informacyjne, ale nie będą prowadzone żadne działania fundacyjne.

Wolny Las na mapie

Czy las rzeczywiście będzie wolny skoro jest dostępny dla człowieka? – Według mnie decydującą jest tu intencja odwiedzającego. Przebywając na terenie lasu z szacunkiem do jego mieszkańców i z intencją czerpania z niego inspiracji i spokoju, nie sądzę, żebyśmy naruszali jego wolność. Tylko w ten sposób możemy nawiązać bezpośrednią i zdrową relację z naturą. Poza tym my nie planujemy wytyczać tam żadnego szlaku, aby ułatwić dotarcie do niego. Teren jest odległy od drogi i trudno dostępny, więc dotrą tam tylko osoby, którym naprawde zależy. Przewidujemy, iż ostatecznie odwiedzi go może kilkanaście osób w roku.

W pracach nad wyłączeniami zieleni z funkcji gospodarczej, zwykle stawia się po drugiej stronie jej funkcję społeczną, czyli szeroko pojętą rekreację, a zatem korzystanie przez człowieka. W tym przypadku zieleń jest w pełni oddana przyrodzie, by żyła i robiła co chce. To rzadko spotykana polityka, bo choćby polskie rezerwaty przyrody zwykle są objęte ochroną czynną, nie bierną.

Powrót do dzikości i wolności

Fundacja Bycie w Lesie prowadzi w polskich górach leśne odosobnienia i wyprawy po wizje (tzw. vision questy), dzięki którym ludzie mogą ponownie połączyć się z dziką naturą i samymi sobą. W tym sezonie mają jeszcze pojedyncze wolne miejsca na te wydarzenia. O ich misji opowiadał jeden z odcinków naszego cyklu “Można Inaczej”, kiedy ich córeczka Rosa była jeszcze niemowlakiem i mieszkała z rodzicami w tipi.

Wyprawa po Wolny Las była szczególna – zaangażowała setki ludzi, trwała kilka lat i sprawdziła wytrwałość jej inicjatorów z wielu stron. To droga w kierunku samoregulującego się życia, pod prąd głównego nurtu, myślącego w kategoriach zysku z inwestycji oraz systemu prawnego zbudowanego na tym fundamencie. Podobnie jak coraz więcej inicjatyw na świecie (w Polsce m.in. akcja nadania osobowości prawnej rzece Odrze), unaocznia kluczową różnicę w pojmowaniu przyrody jako podmiotu zamiast przedmiotu oraz zwraca uwagę na to, czym adekwatnie jest wolność.

Mieszko w naszej rozmowie podsumowuje: – sposób, w jaki traktuję przyrodę, na głębokim poziomie odzwierciedla stosunek, jaki mam do samego siebie. Zwracając jej wolność, czuję ulgę uwolnienia. Dając jej spokój, czuję jak mnie to uspokaja. Kiedy trzymałem w ręce akt notarialny, nie skakałem pod sufit z ekscytacji. Raczej poczułem ulgę, jakby uwolnienie lasu dało mi samemu poczucie wolności. Nie ma już nad nim wyroku, nie ma zaplanowanego końca, przyszłość jest puszczona. Wierzę, iż to daje ulgę, która jest współdzielona, a która sama jest wyrazem wolności.

  • Czytaj także: Zebrali 152 tys. zł na Wolny Las. Teren kupiły Lasy Państwowe
Idź do oryginalnego materiału