
Popularność Donalda Trumpa w ciągu roku prezydentury znacząco spadła, jednak udana operacja w Wenezueli na pewno podniosła jego notowania [tekst powstał w styczniu 2026 roku – przyp. red.]. Czas pokaże, czy republikanie pod jego wodzą utrzymają poparcie do wyborów śródokresowych – midtermów. Tym, co jednak nie przestaje zadziwiać, jest fakt, iż ktoś opisywany powszechnie (mniej lub bardziej zasadnie) jako zaprzysiężony populista został prezydentem kojarzonym z rozwojem high-techu. Niedawno oskarżono go wręcz publicznie, iż spłaca swój dług wobec gigantów AI.
W grudniu 2025 roku Donald Trump podpisał kontrowersyjny executive order dotyczący sztucznej inteligencji, który w praktyce ograniczył możliwość wprowadzania przez stany federalne własnych regulacji w obszarze AI. Jak relacjonował „Wall Street Journal”, był to „jeden z pierwszych wielkich politycznych testów dla AI” – i Big Tech go wygrał.
Tech-right: Cyfrowe Leningrady kapitalizmu
„Tech-right” to termin, który odnosi się do środowisk skupionych wokół nowoczesnych technologii, reprezentowanych przez postacie takie jak Elon Musk, Marc Andreessen, Jeff Bezos czy Peter Thiel. To polityczno-gospodarcza hybryda, w której elity technologiczne z Doliny Krzemowej łączą siły z prawicowymi ideologami. Jednoczy ich sceptycyzm wobec egalitaryzmu i wiara, iż technologia niesie zbawienie. W wizji tech-rightu innowacje cyfrowe mają się stać narzędziem do przebudowy społeczeństwa, często jego przemiany w coś na kształt korporacji. Elementem tego obozu jest również flirtująca z neoreakcjonizmem ideologia, która marzy o korporacyjnych monarchiach z CEO w roli króla.
Artykuł pochodzi z 35. numeru „Polityki Narodowej”.

Z jednej strony tech-right prezentuje więc optymistyczną wizję przyszłości opartej na naukowych odkryciach, ale z drugiej często pojawiają się zarzuty o brak spójnego fundamentu moralnego, gdyż rozwiązania technologiczne bywają wyrywkowe, a dążenie do postępu może oznaczać gotowość do uchylania „zakazów moralnych” – faustowski impuls na rzecz skuteczności i rezultatu. Skrajną wersją tech-rightu jest dziś Dark Enlightenment (mroczne oświecenie) Curtisa Yarvina. Odrzuca on demokrację i opowiada się za państwem-korporacją z systemem sprawowania rządów inspirowanym historycznym modelem pruskiego kameralizmu, w którym władza jest scentralizowana i efektywna jak w korporacji. Bardziej umiarkowaną wersję tej koncepcji prezentuje w swojej książce The Technological Republic (Technokratyczna republika) Alexander C. Karp, współzałożyciel i CEO specjalizującej się w analizie big data i narzędziach nadzoru firmy Palantir Technologies. Karp przedstawia model łączący demokrację z technokracją, tworzący republikański, zachodni system zdolny stawić czoła Chinom. W istocie wzywa do sojuszu rządu i technokratów, by wzmocnić bezpieczeństwo narodowe i innowacje, krytykując jednocześnie oderwanie Doliny Krzemowej od realnych wyzwań geopolitycznych.
Przedstawicielami tech-rightu są giganci biznesu i polityki. Twarzą ruchu stał się założyciel SpaceX i Tesli Elon Musk. Status międzynarodowej ikony zapewniły mu zaś między innymi: publiczne spory z administracją Bidena, ataki na tzw. woke i pomysły kolonizacji Marsa. Kolejnym luminarzem tech-rightu jest inwestor i twórca systemu Marc Andreessen, który dostrzegł w Donaldzie Trumpie obrońcę przed ograniczeniami rozwoju sztucznej inteligencji (AI). Jego technooptymizm uznaje regulacje państwowe za kajdany, a wolny rynek za jedynego sprawiedliwego arbitra.
Peter Thiel, libertarianin i współzałożyciel PayPal, snuje z kolei fantazje o społeczeństwie rządzonym przez elity technologiczne, tocząc – jak pisze „Le Monde” – zainspirowaną ultralibertariańską filozofią Ayn Rand krucjatę przeciwko biurokracji. Przyjacielem i byłym współpracownikiem Thiela jest natomiast wiceprezydent J.D. Vance, który łączy elementy tech-rightu z ludowym populizmem.
To nieprzypadkowa lista, ale sieć wpływów: Thiel finansuje start-upy, Musk kontroluje media społecznościowe, a Andreessen inwestuje w AI. Ludzie ci tworzą cały gospodarko-ekonomiczno-polityczny ekosystem, który silnie oddziałuje na republikańską politykę w USA.
Arystopopulizm: w poszukiwaniu lokalnej cnoty
W opozycji do tech-rightu stoi oczywiście populizm ‒ w swojej bardziej rozbudowanej teoretycznie, współczesnej wersji określany również mianem arystopopulizmu. Koncepcja ta, będąca odpowiedzią na kryzysy porządku liberalnego, została sformułowana przez Patricka Deneena (bliskiego przyjaciela i mentora J.D. Vance’a), który poszukuje sposobów na dokonanie „przewrotu” – regime change, czyli fundamentalnej zmiany rekonfigurującej porządek polityczny. Postrzega on współczesny liberalizm jako system, który przyczynił się do rozwarstwienia społeczeństwa, osłabienia lokalnych wspólnot i wyparcia tradycyjnych, moralnych fundamentów.
Współczesne społeczeństwo potrzebuje przewodnictwa moralnych elit, które – mimo iż posiadają wyjątkowe cechy, cnoty – mają reprezentować interes ogółu i opierać politykę na wartościach konserwatywnych (kontrast ze współczesnymi elitami, które często kojarzone są z kosmopolitycznym liberalizmem).
Elity muszą być zakorzenione w lokalnej specyfice. najważniejsze jest budowanie „dumy” klasy pracującej (połączone z reindustrializacją ‒ choćby za cenę izolacjonizmu). Koncepcję Deneena charakteryzuje dodatkowo silny komponent katolicki przy niewielkim udziale elementu nacjonalistycznego, co można tłumaczyć specyficznym historycznym doświadczeniem amerykańskich katolików, którzy jeszcze w XX wieku czuli się przytłoczeni wizją protestanckiego narodu amerykańskiego.
Newsletter
Dołącz do grona zawsze poinformowanych! Zapisz się na newsletter i otrzymuj cotygodniowe podsumowania naszej działalności oraz informacje o nadchodzących wydarzeniach.
Dziękujemy za zapis do naszego newslettera!
Sam Deneen mówi też o arystopopulizmie jako przykładzie „konserwatyzmu dobra wspólnego” – inspirowanego Burke’em i Disraelim – w którym lud postrzegany jest jako depozytariusz wartości konserwatywnych, postawa wobec elit w ogóle jest ostrożna (muszą one służyć dobru wspólnemu), wobec elit liberalnych zaś – otwarcie krytyczna (nie-liberalna/populistyczna). To jawna sprzeczność z klasycznym liberalizmem (John Locke), który sprzyja elitom przeciwko jakoby rewolucyjnemu ludowi, a także progresywnym liberalizmem (John Stuart Mill), w którym z kolei postępowe elity ciągną w kierunku świetlanej przyszłości zaściankowy lud, czy też marksizmem, który postrzega lud jako rewolucjonistów i jednoznacznie z nim sympatyzuje. W tym sensie arystopopulizm ma za zadanie wzbić się ponad dotychczas dominujące ideologie.
Wspólna retoryka krytykująca liberalizm
Zarówno tech-right, zarzucający współczesnemu systemowi moralny relatywizm i pesymizm (np. w kontekście „dystopijnej wizji” zdominowanej przez alarmizm klimatyczny), jak i arystopopuliści, wskazujący na upadek wspólnot i tradycyjnych norm – stworzyli narzędzie ideologiczne do negocjowania nowej konfiguracji w polityce. W efekcie pojawił się „blok”, który mógł być rozumiany jako propozycja regime change – przewrotu, który miałaby przekształcić liberalny porządek w system wyznaczany przez moralne elity, wspierane przez technologiczną innowację.
Jednak to niełatwa koalicja, bo różnice ideologiczne są fundamentalne.
Ludzie tacy jak Elon Musk popierają też ściąganie wysoko wykwalifikowanych specjalistów z Indii czy Chin, którzy napędzają wdrażanie innowacji w branżach AI i oprogramowania. Lud MAGA (skrót od Make America Great Again), czyli trzon masowego trumpizmu, uważa natomiast imigrację za zagrożenie dla miejsc pracy i kultury Ameryki. Kolejny punkt zapalny to polityka antymonopolowa. Niektórzy twierdzą, iż giganci technologiczni mają zbyt dużą władzę. Inni – jak Andreessen – uważają, iż państwo powinno się trzymać z dala od biznesu.
Arystopopuliści krytykują elity z Silicon Valley, Hollywood i Wall Street za oderwanie od problemów zwykłych ludzi, co sugeruje potencjalne napięcia z tech-rightem, który jest reprezentowany przez liderów technologicznych. z większym dystansem podchodzą też do migracji, akcentując ochronę wspólnoty i tradycji, podczas gdy tech-right może widzieć w niej szansę na innowacje i postęp technologiczny.
Nacjonalizm na prawicy w USA to mainstream. Co na to prawica w Polsce?
Nick Fuentes kontra Ben Shapiro. Prawica w USA odwraca się od Izraela?
Inna linia sporu to izolacjonizm kontra globalizm. Trump promuje doktrynę America First, obiecuje koniec zagranicznych interwencji i nakłada cła; technooptymiści patrzą globalnie, promując amerykańskie interesy raczej przez eksport technologii.
Dlaczego kapitał wybrał prawicę?
Co skłoniło potentatów finansowych do zwrotu w prawo? W 2024 roku w jednym z wywiadów Marc Andreessen opowiadał o spotkaniu przedstawicieli administracji Bidena z ludźmi branży AI. Ci drudzy mieli usłyszeć, iż rozwój sztucznej inteligencji będzie się odtąd odbywał tylko pod kontrolą administracji – podobnie jak było kiedyś w przypadku technologii nuklearnych. Andreessen z rozbrajającą szczerością przyznał, iż właśnie to sprawiło, iż on i wielu innych tech-miliarderów postawiło na Trumpa.
W podcaście komentatorki Bari Weiss Andreessen mówił wręcz o „cichej wojnie” z administracją Bidena i zarzucał demokratom, iż chcieli zakazać mniejszym firmom badań nad sztuczną inteligencją, powołując się na bezpieczeństwo narodowe. Dla technologicznych gigantów było to egzystencjalne zagrożenie. Wydaje się więc, iż ich zwrot w prawo to nie kwestia ideologii, ale raczej kalkulacji.
Po sprzeczce z Trumpem o zwiększającą deficyt budżetowy „wielką, piękną ustawę” Elon Musk chciał założyć własne ugrupowanie – American Party. Podobno stwierdził, iż nie zrealizuje tego planu, „tylko jeżeli to J.D. Vance będzie w przyszłości przewodził republikanom”. Vance uosabia bowiem most między populistami a technologicznymi elitami. Jego krytyka „woke’owskich” korporacji spotyka się z szerokim odzewem w bazie Trumpa, a postulaty uwolnienia AI i kryptowalut od regulacji przyciągają miliarderów.
Po pierwsze, jak zauważył Immanuel Wallerstein, kapitał potrzebuje nie wielkiego, zintegrowanego państwa świata, ale wielu państw narodowych pod hegemonią jednego silnego regulatora. Chodzi o to, iż globalny rząd ograniczałby kapitalistom pole manewru nadmiernymi regulacjami. Małymi krajami łatwiej jest zaś manipulować, choć dobrze jest też mieć po swojej stronie jedno z większych państw, które w razie czego będzie wymuszać otwieranie rynków.
Po drugie, konserwatywne rządy walczą z imigracją, a zatem będą bardziej skłonne inwestować w automatyzację niż sprowadzać ludzi z zewnątrz, aby uzupełnić niedobory na rynku pracy. Tutaj także może pomóc AI – zastępując tanią siłę roboczą maszynami.
Po trzecie, sztuczna inteligencja jest bardzo ważna dla obronności, która stanowi istotny punkt na liście wydatków konserwatywnych rządów. Superkomputery, drony, cyberwojna – to wszystko wymaga mocy obliczeniowej, a prawicowe partie – z ich naciskiem na wzmacnianie zdolności militarnych – chętnie inwestują w takie projekty.
Po czwarte, superkomputery zużywają ogromne ilości energii, więc prawicowy sceptycyzm wobec zielonych technologii jest na rękę Dolinie Krzemowej. Musk i reszta tech-rightu woli kopać bitcoiny i trenować AI na paliwach kopalnych lub atomie niż uginać się pod presją postulujących oszczędności energetyczne ekologów. choćby rządzona przez Partię Pracy Wielka Brytania, w ramach ogłoszonego podczas ostatniej wizyty Donalda Trumpa programu „Golden Age of Nuclear”, przystąpiła wraz z amerykańskimi firmami do budowy mikromodułowych elektrowni jądrowych na potrzeby zaawansowanych centrów danych oraz parku biznesowego London Gateway.
Feudalizm w cyfrowym przebraniu?
Historia Trumpa niesie ze sobą ważne pytanie: czy w epoce nowego średniowiecza populista może wygrać bez biznesu? Może czas rewolucji się skończył i wracamy do feudalizmu, w którym spory polityczne to nie spory mas, tylko „baronów”, tak jak wyglądało to przez większość ludzkiej historii?
Być może więc ci, którzy niepokoją się dzisiaj o stan demokracji, powinni najbardziej obawiać się nie samych populistów, a baronów medialno-technologicznych, którzy chcieliby – tropem Yarvina – przebudować państwo w korporacyjno-gabinetowy system rządów, a z obywateli uczynić akcjonariuszy.
Nadal pozostaje natomiast otwarte pytanie o kierunek, w jakim będzie ewoluowała scena polityczna w USA. Możliwe, iż w końcu siły odśrodkowe rozłożą koalicję Trumpa, a wtedy rzeczywiście powstanie trzecia partia, o której marzył swego czasu Musk. Jest to bardzo rzadkie zjawisko w historii amerykańskiego systemu, ale nie można go wykluczyć.
Mniejsze partie funkcjonowały w USA przez prawie całą drugą połowę XIX wieku. Ich pojawienie się było związane z czynnikami, które występują też obecnie, adekwatnie z ostrym sporem między ludem a elitami. To nie przypadek, iż jedno z takich prominentnych ugrupowań antyestablishmentowych nazywało się Partia Populistyczna. Politycy spoza mainstreamu nigdy nie mieli jednak zasobów, aby wygrać z duopolem – a tym bardziej nie mają ich teraz, chyba iż od kogoś je dostaną. Dziś na przykład w jawnej opozycji do programowego tech-rightu ustawia się gubernator Florydy Ron DeSantis, którego Trump swego czasu pozbawił nadziei na prezydenturę.
Konsekwencje dla świata
Dotychczas, pod kątem technologicznym i ideowym, zachodnie demokracje podążały za trendami płynącymi z USA (umasowienie, mediatyzacja i progresywna liberalizacja demokracji). To rodzi pytania:
– Czy tech-right będzie rósł w siłę również poza USA? Wszystko na to wskazuje. Czy arystopopuliści (dawni konserwatyści) nie sprzedają tu swojej duszy? To fundamentalne pytanie o cenę sojuszu. Dla konserwatystów wartości tradycyjne zawsze były fundamentem, ale tech-right oferuje narzędzia – i pieniądze – które mogą być nie do odrzucenia.
– Jak ten nowy układ wpłynie na politykę zagraniczną USA? Można się chyba spodziewać większego pragmatyzmu, zmniejszenia nacisku z troski o „wartości demokratyczne” na rzecz interesu technologicznego i gospodarczego. Alt-Zachód może być mniej zainteresowany promocją demokracji, a bardziej zabezpieczaniem dostaw surowców dla centrów danych i fabryk chipów.
– Jak powinni zareagować partnerzy USA? Europa stoi przed dylematem: albo dostosować się do nowego prawicowego globalizmu, albo próbować budować własną „suwerenność technologiczną” – co przy obecnych możliwościach wydaje się mało realistyczne.
Symptomatyczne jest to, iż przymiarki do proatlantyckiej koalicji technologiczno-rozwojowo-populistycznej realizowane są już w Polsce między PiS a Konfederacją, a patronuje im poniekąd ośrodek prezydencki. Niestety, zdecydowanie antyatlantycki kurs Grzegorza Brauna może takim przymiarkom pokrzyżować plany. Pytanie, jaki pomysł ma Braun na gospodarkę i rozwój, pozostaje zaś przez cały czas w dużym stopniu otwarte. Tak czy inaczej, stosunek do technologii oraz tożsamości w polityce wewnętrznej i w polityce zagranicznej USA staje się coraz ważniejszą osią podziału w przypadku państw rozwiniętych.
Tech-right i arystopopulizm to dziś dwie strony tej samej monety – obie obiecują regime change, ale prowadzą w zupełnie przeciwnych kierunkach. Jedni marzą o kolonizacji Marsa i cyfrowej nieśmiertelności, drudzy o powrocie do lokalnych wspólnot i cnót przeszłości. Jedni widzą przyszłość w algorytmach zastępujących ludzką pracę, drudzy obiecują robotnikom z pasa rdzy powrót dobrze płatnych miejsc pracy w fabrykach. Ta sprzeczność może okazać się bombą z opóźnionym zapłonem.
Artykuł pochodzi z 35. numeru „Polityki Narodowej”.


1 dzień temu





![Szkolne oceny z zachowania. Polska jak Białoruś [WIDZĘ TO TAK]](https://cdn.oko.press/cdn-cgi/image/trim=481;0;513;0,width=1200,quality=75/https://cdn.oko.press/2026/05/MS241004_009.jpg)







