Tam, gdzie ciężar wody noszą kobiety

3 dni temu
Zdjęcie: woda


Woda w tym filmie nie jest pejzażem. Nie jest też prostą opowieścią o braku, nadmiarze czy katastrofie klimatycznej. Jest sprawą ciała, pracy, czasu i codziennych decyzji. W Bangladeszu prowadzi do historii kobiet żyjących między wodą, która daje utrzymanie, a wodą, która niszczy zdrowie; między obowiązkiem wobec domu a systemem, w którym ich głos rzadko decyduje o czymkolwiek.

Agnieszka Hobot rozmawiała z Martą Miaskowską – reżyserką filmu, artystką multimedialną, kuratorką sztuki i wykładowczynią akademicką – o pierwszej części dokumentalnej opowieści o kobietach i wodzie. To rozmowa o bliskości, uważności i ryzyku wynikającym ze zbyt pięknego obrazu; o historiach, które zaczynają się tam, gdzie kończy się wygodna perspektywa widza.

Agnieszka Hobot: Marto, w twoich filmach woda nie jest tłem. Jest warunkiem życia i pracy, źródłem ryzyka, ale też soczewką, przez którą widać nierówności. Dlaczego chciałaś opowiedzieć o kobietach właśnie poprzez kontekst wody?

Marta Miaskowska: Zajmuję się dokumentem i sztuką, a temat wody od dawna wydawał mi się niezwykle ważny. Interesują mnie kobiety, interesują mnie też te obszary sztuki i życia społecznego, które często są traktowane jako drugorzędne, choć w rzeczywistości mówią bardzo dużo o świecie, w którym funkcjonujemy.

Dla mnie tematy kobiet i środowiska bardzo mocno się ze sobą łączą. Nasz konsumpcyjny stosunek do natury, nastawiony na eksploatację i zużywanie zasobów, przypomina mi sposób, w jaki często traktowane są kobiety w patriarchalnym porządku świata. Kobieta i przyroda bywają postrzegane podobnie: jako coś, z czego można korzystać, co można obciążać, podporządkowywać, wykorzystywać. Te wątki towarzyszą mi zarówno w pracy dokumentalnej, jak i w sztuce.

Woda stała się dla mnie jednym z najmocniejszych odbić tej zależności. Jest mi też bliska osobiście jako żywioł, jako przestrzeń, z którą się utożsamiam. jeżeli każdy człowiek szuka swojego miejsca, to dla mnie takim miejscem byłaby właśnie woda.

Różne działania artystyczne, dokumentalne i dydaktyczne pozwalały mi wyjeżdżać w miejsca, w których ten temat nabierał coraz konkretniejszego wymiaru. Tak trafiłam do Bangladeszu – kraju, w którym woda jest jednocześnie codziennością, zagrożeniem, źródłem pracy i jednym z najważniejszych problemów społecznych. To miejsce szczególnie mocno doświadcza skutków zmiany klimatu: powodzi, cyklonów, zasolenia wód i gleb. Tam temat wody nie jest abstrakcją, ale bezpośrednio dotyka ludzkiego życia.

zdj. Adib Ahmed, Robiul Hassan Robin

A.H.: Ta droga zaprowadziła cię do Moniry – kobiety, która wiele godzin dziennie pracuje w wodzie, ale także musi pokonywać długą drogę, żeby zdobyć wodę do picia. Czy spotkanie z nią zmieniło twoje myślenie o dostępie do wody?

M.M.: Tak, zdecydowanie. Nie spodziewałam się, iż ten temat okaże się aż tak wielowarstwowy. Oczywiście, przed wyjazdem wiedziałam, dokąd jadę i z jakim problemem będę pracować. To nie była podróż oparta wyłącznie na intuicji. Zrobiłam pogłębiony research, przygotowałam się merytorycznie, skorzystałam także ze wsparcia naukowego, żeby lepiej zrozumieć kontekst miejsca i ludzi, których miałam spotkać.

Ale dopiero na miejscu zaczęłam odkrywać kolejne warstwy tej rzeczywistości. Niektóre były dla mnie zaskakujące, inne trudne do natychmiastowego zrozumienia. Jedną z nich okazały się uprzedzenia związane z odcieniem skóry – obecne choćby w obrębie tej samej społeczności i dotykające przede wszystkim kobiet.

Monira pracuje na farmie krewetek. Od siódmej rano do trzynastej stoi w słonej wodzie. To powoduje podrażnienia, rany, przewlekłe dolegliwości skórne. Z czasem jej ciało ciemnieje, staje się bardziej zniszczone, mniej gładkie. A w miejscu, w którym żyje, podobnie jak w wielu innych, jaśniejsza skóra bywa kojarzona z atrakcyjnością, lepszą pozycją, większą wartością społeczną.

To bardzo okrutny mechanizm. Kobieta musi pracować, bo od tego zależy utrzymanie domu. Ale ta praca niszczy jej ciało i oddala ją od wzorca kobiecości, którego oczekuje społeczność. System zmusza ją do uczestnictwa w czymś, co ją obciąża, ocenia i ogranicza.

Wiedziałam już wcześniej, iż kobiety często znajdują się na końcu łańcucha decyzji. Że kwestie dotyczące pracy, środowiska, gospodarki czy dostępu do zasobów są dyskutowane i rozstrzygane gdzieś poza nimi, bez ich realnego udziału i możliwości zabrania głosu. Ale dopiero w Bangladeszu zobaczyłam, jak bardzo kobiety są odpowiedzialne za codzienne przetrwanie rodziny, będąc jednocześnie ignorowanymi. To one zdobywają wodę do picia, opiekują się dziećmi, domem, starszymi rodzicami, zwierzętami, a nikt nie traktuje ich zdania jako wartego uwagi.

Coś, co z naszej perspektywy jest niemal naturalne – dostęp do czystej wody, możliwość odkręcenia kranu, przygotowania posiłku, umycia się – tam okazuje się sprawą fundamentalną. Nie dodatkiem do życia, ale jego osią organizacyjną. I właśnie to doświadczenie bardzo mocno zmieniło moje myślenie. Zobaczyłam, iż dostęp do wody nie jest wyłącznie problemem środowiskowym czy technicznym. To także kwestia pracy kobiet, ich zdrowia, pozycji społecznej i sprawczości.

A.H.: Mówisz o wodzie jako czymś, co organizuje cały dzień. Czy przed wyjazdem miałaś już wyraźny obraz filmu, czy dopiero praca z Monirą wyznaczyła ci kierunek?

M.M.: Scenariusz dokumentu zawsze jest płynny. Można założyć plan działania, można wiedzieć, co chce się sprawdzić i o czym chce się opowiedzieć, ale bardzo dużo zależy od samego procesu zdjęciowego. W trakcie pracy odkrywa się kolejne warstwy historii.

To nie był mój pierwszy dokument, więc wiedziałam, iż nie mogę oczekiwać, iż wszystko wydarzy się od razu, i to przed kamerą. To nie jest sytuacja, w której po prostu ustawiamy sprzęt i czekamy, aż rzeczywistość sama się odsłoni. Trzeba być uważnym, cierpliwym i szukać sposobów, żeby do pewnych rzeczy dotrzeć.

Dlatego pracowaliśmy z Monirą etapami. Jednego dnia realizowaliśmy zdjęcia, a drugiego kontynuowaliśmy rozmowę. Ten czas był bardzo ważny, bo ona oswajała się z nami stopniowo. Wiedziałam, iż nie wszystko zostanie powiedziane pierwszego dnia. Wiele wydarzyło się pomiędzy zdjęciami. Przyjechał jej mąż, który pracuje daleko, w dużym mieście. Doszło do rodzinnej awantury. To były sytuacje, których nie mogłam pokazać, ale wiedziałam o nich i ta wiedza ułatwiała mi rozumienie jej zachowania, napięcia, które odczuwała, sposobu bycia.

Coś zaczęło się też zmieniać między nią a nami. Kiedy opowiedziała nam o pewnych rzeczach poza kamerą, pojawiło się poczucie więzi. Nie chodzi o prostą bliskość, tylko o zaufanie, które w dokumencie jest bardzo ważne. Dzięki temu zaczęła nas prowadzić w różne miejsca, pokazywać swoją codzienność. Mogliśmy wejść na farmę krewetek, która jest przestrzenią pracy, ale też miejscem zwykle niedostępnym dla kamer. Ona tam pracuje, zna to miejsce, wprowadza nas w nie.

Towarzyszyliśmy jej także w drodze po wodę. To nie była tylko scena do filmu. Tego dnia ułatwiliśmy jej zdobycie większej ilości wody. Zwykle idzie pieszo i może zabrać jeden dzbanek, zwłaszcza jeżeli ma ze sobą dzieci. Dojazd kosztuje, więc nie zawsze jest możliwy. Dzięki nam, oprócz codziennego dzbanka, udało się zabrać jeszcze dwie duże beczki. To były bardzo konkretne, praktyczne sytuacje. Dokument powstaje właśnie z takich momentów: z obecności, z codziennych czynności, z relacji, która przez krótki czas działa w dwie strony.

zdj. Manik Hossain Tanvir

A.H.: Co było najtrudniejsze do uchwycenia kamerą: droga po wodę, zmęczenie, emocje, a może napięcie między codziennym doświadczeniem kobiet a skalą problemu, który chciałaś pokazać?

M.M.: Najtrudniejsze było dla mnie uchwycenie różnicy między codziennym doświadczeniem bohaterek a skalą problemu, o którym chciałam opowiedzieć. One żyją w tej rzeczywistości na co dzień: pracują, zajmują się domem, dziećmi, starszymi rodzicami, chodzą po wodę. To jest dla nich część życia, nie temat nazwany językiem hydrologii czy polityki klimatycznej.

Wiedziałam, iż za tymi pojedynczymi historiami stoi coś więcej. Czasem miałam poczucie istnienia ogromnej przepaści między tym, co ja rozumiem jako problem środowiskowy i hydrologiczny, a tym, jak one same o tym mówią. Jedna z moich bohaterek nie wiedziała nawet, ile dokładnie ma lat, bo nie miała dokumentów. W takich sytuacjach pojawia się pytanie: jak opowiedzieć tę historię uczciwie, nie narzucając jej nic z zewnątrz, ale też nie zgubić szerszego kontekstu?

Nie chciałam zrobić filmu opartego wyłącznie na wypowiedziach naukowców, bo wtedy łatwo stracić kontakt z bohaterkami i ich codziennością. Jednocześnie zależało mi na tym, żeby był wiarygodny. Żeby było jasne, iż to, co pokazuję, nie jest tylko obrazem cierpienia konkretnych osób, ale skutkiem określonych procesów, które mają swoje naukowe podstawy. Nie chodziło mi o samo pokazywanie trudnego życia, tylko o zrozumienie, czemu takie jest.

Na montażu okazało się jednak, iż wiele rzeczy można zrozumieć bez dopowiadania ich naukowym językiem. Sama codzienność mówi bardzo dużo. To, iż trzeba poświęcić czas, żeby pójść po wodę i wrócić. Że może to zająć pół dnia. Że w okresie suchym można przejść przez pole i droga trwa krócej, a w okresie deszczowym trzeba iść naokoło i zajmuje to trzy razy więcej czasu. Że przy punkcie poboru wody jest kolejka albo woda dostępna jest tylko o określonej godzinie, na przykład o jedenastej.

Wtedy walka o wodę przestaje być abstrakcyjna. Staje się bardzo konkretnym wyborem: iść do pracy czy czekać. jeżeli wybierze zarobek, może nie zdążyć przynieść wody. jeżeli pójdzie po wodę, może stracić okazję na zdobycie pieniędzy. A przecież potrzebuje jednego i drugiego. Musi pracować, żeby utrzymać dom, ale musi też zdobyć wodę, żeby ten dom mógł funkcjonować. I właśnie to było najtrudniejsze do uchwycenia: nie pojedynczy dramat, ale codzienny mechanizm, z którego bardzo trudno się wydostać.

A.H.: Film otwierają obrazy bujnej, pięknej przyrody. Jak sprawić, żeby widz nie zatrzymał się na krajobrazie, ale zobaczył za nim codzienność kobiet – ich pracę, zmęczenie i walkę o wodę?

M.M.: To był dla nas duży dylemat. Bangladesz jest bardzo zróżnicowany, w miastach jest brudno, gęsto, przedziwne zapachy wkoło, ale poza wielkimi ośrodkami rzeczywiście ten kraj jest bardzo atrakcyjny wizualnie: bujna roślinność, intensywne kolory, krajobraz, który w naszej wyobraźni łatwo może się skojarzyć z wakacjami. Miałam tego świadomość jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Wiedziałam, iż istnieje ryzyko, iż ta historia zostanie przykryta pięknem miejsca.

Kiedy zaczęłam rozmawiać z kobietami, zrozumiałam też, iż to nie będzie taka sytuacja jak teraz między nami – umawiamy się na rozmowę, padają konkretne pytania, odpowiedzi układają się w opowieść. Tam było inaczej. Bohaterki mówiły o tym, co przeżywają, ale nie opisywały tej sytuacji przez dane, badania czy kontekst hydrologiczny. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy nie będę musiała oprzeć filmu na zewnętrznej narracji.

A wtedy pojawia się niebezpieczeństwo, iż stanie się on zbyt uładzony. Że będzie piękny wizualnie, dobrze opowiedziany, ale oddali się od prawdziwego doświadczenia tych kobiet. Dlatego ostatecznie zdecydowałam, iż musi wybrzmieć ich głos. choćby jeżeli nie mówią o problemach z wodą językiem badań czy raportów. Co prawda nie wskazują źródeł procesów, ale potrafią opowiedzieć o ich konsekwencjach. Mówią o tym, jak je odczuwają, czyli z perspektywy swojego miejsca, kultury, religii i społeczności.

I właśnie ten głos przełamuje piękno obrazu. Bo niektóre kadry z daleka mogą wydawać się atrakcyjne, niemal malarskie. Ale kiedy słyszymy młodą dziewczynę, która mówi, iż jej siedem sióstr ma mężów, a ona nie, bo choroby związane z wodą niszczą jej ciało i jej pozycję w społeczności, to ten obraz przestaje być tylko piękny. Zaczynamy rozumieć, iż za krajobrazem kryje się bardzo konkretna sytuacja związana z wodą, pracą, zdrowiem i miejscem kobiet w społeczeństwie. I iż dla nich to nie jest egzotyczny pejzaż, ale rzeczywistość, która codziennie określa ich życie.

zdj. Manik Hossain Tanvir

A.H.: W pracy dokumentalistki trzeba podejść blisko, ale też wiedzieć, kiedy się zatrzymać. Jak rozpoznajesz moment, w którym rozmówczyni chce mówić dalej, a kiedy temat staje się dla niej zbyt trudny albo zbyt niewygodny?

M.M.: To za każdym razem wygląda inaczej. W Bangladeszu miałam cztery bohaterki i z każdą rozmowa układała się w odmienny sposób. Monira była bardzo otwarta. Chciała opowiadać, wyrzucić z siebie wszystkie problemy. Była gotowa mówić dużo, czasem choćby więcej niż potrzebowaliśmy. Z perspektywy dokumentalnej to oczywiście bardzo pomagało.

Zupełnie inaczej było z Komolą. W jej przypadku nie chodziło choćby o niechęć do rozmowy, tylko o brak czasu. Była tak zajęta codziennymi obowiązkami, iż nasze plany zdjęciowe musiały ustępować temu, co w danym momencie było ważniejsze dla jej domu. Umówiliśmy się, iż rano pójdziemy po wodę. Chciałam, żeby kamera przeszła tę drogę razem z nią, żeby było widać zmęczenie, dystans, wysiłek. Kiedy przyjechaliśmy, okazało się, iż plan się zmienił. Tego dnia mogła iść po wodę dopiero później, bo musiała najpierw złowić ślimaki – po prostu trzeba było nakarmić domowników.

W takiej sytuacji nagrywanie nie jest priorytetem. Ona ma listę rzeczy, które musi zrobić: iść po wodę, iść do pracy, zdobyć coś do jedzenia. Nie ma przestrzeni na to, żeby powiedzieć: dobrze, spotkajmy się o dziesiątej i porozmawiajmy. Dlatego ta część filmu jest mniej opowiedziana, a bardziej podglądana. Widzimy, jak łowi ślimaki, jak je potem przygotowuje, jak gotuje, jak w końcu idzie po wodę.

I to też bardzo dużo mówi. Czasem samo chodzenie, wykonywanie kolejnych czynności, ten rytm dnia wyjaśnia więcej niż rozmowa. Gdyby wszystkie bohaterki mówiły tak samo dużo i w podobny sposób, film też nie byłby prawdziwy. W dokumencie trzeba iść za bohaterką. Jedna osoba prowadzi opowieść słowem, inna gestem, pracą, milczeniem, samą obecnością. I do tego trzeba dostosować sposób filmowania.

A.H.: Oglądałam mikrodokument, który jest częścią większej opowieści o kobietach i wodzie. Czy po historii Moniry miałaś poczucie, iż znalazłaś pytania, które warto zadawać dalej, czy każda bohaterka prowadziła cię w inną stronę?

M.M.: Pewien obszar problemu był w Bangladeszu wspólny dla moich bohaterek, więc część pytań się powtórzyła. Ale już w RPA, gdzie realizowaliśmy kolejne zdjęcia, problemy były zupełnie inne, więc inaczej trzeba było do nich docierać. Zawsze jest jakaś baza, punkt wyjścia, ale potem idzie się za tym, co przynoszą bohaterki.

Wspólne było to, iż rozmawiałam z kobietami, które na co dzień pracują, żyją i próbują zabezpieczyć najbardziej podstawowe potrzeby swojej rodziny: wodę, jedzenie, dom, opiekę nad bliskimi. Ale pojawiały się też osoby, których wcześniej nie uwzględnialiśmy w planie. Tak było z Nastrin, która początkowo była naszą przewodniczką.

Żeby dotrzeć do tych kobiet, nie mogłam po prostu przyjechać z kamerą i liczyć na to, iż uda się nawiązać kontakt. To wymagało przygotowania, czasu, współpracy z organizacjami, które mogły nas połączyć z konkretnymi osobami. Byłam też przekonana, iż zespół pracujący blisko kobiet powinien być kobiecy. I okazało się to bardzo ważne. W Bangladeszu nie jest to jednak proste, bo wiele rzeczy w przestrzeni publicznej robią mężczyźni, a kobiety często pozostają w domu. Niestety, nie udało się zbudować w pełni kobiecej ekipy, ale była ze mną producentka, a kontakt z bohaterkami ułatwiała kobieta pracująca w organizacji pomocowej. Towarzyszyła nam podczas spotkań i zdjęć.

W pewnym momencie okazało się, iż ona też jest dotknięta problemami powiązanymi z wodą. Choć przyjeżdżała, żeby pomagać innym, skutki życia w takim miejscu zaczęły dotyczyć również jej: problemy z miesiączką, ze skórą, ze zdrowiem. To było dla mnie bardzo ważne, bo pokazywało, iż nie można upraszczać historii. Nie chodzi o to, iż w Bangladeszu są tylko kobiety pozbawione świadomości problemu, a ktoś z zewnątrz przyjeżdża i go za nie nazywa. choćby osoby, które rozumieją sytuację i pracują, pomagając innym, są na niego narażone.

Ostatnie nagranie zrobiliśmy właśnie z Nastrin. Zabrała nas do domu swoich rodziców, gdzie od wielu miesięcy utrzymywała się wysoka woda powodziowa. Padło wiele zwierząt, ludzie chorowali, bo kiedy woda długo stoi, zanieczyszczenia zaczynają realnie wpływać na zdrowie mieszkańców. Dlatego nie ma jednego klucza do tych historii. Jest wspólna baza problemów, ale z każdą bohaterką trzeba szukać innego sposobu opowiadania – innego punktu zaczepienia.

Od redakcji:

Nie domykamy tej rozmowy puentą. Raczej zostawiamy ją otwartą – z pytaniami, które mają szerszy kontekst niż jedna bohaterka, jedno miejsce i jedna droga po wodę. Na pełnometrażowy film warto poczekać właśnie dlatego, iż pojedyncza historia nie wyczerpuje tematu. Pokazuje jednak, iż za jednym obrazem i jedną rozmową kryje się znacznie więcej: różne miejsca, różne doświadczenia, różne sposoby życia z wodą – jej brakiem, nadmiarem, zasoleniem, zanieczyszczeniem. W Wodnych Sprawach będziemy do tej opowieści wracać: do kolejnych części dokumentu, kolejnych bohaterek i kolejnych miejsc, w których woda pozwala zobaczyć więcej, niż mieści się w kadrze.

zdj. główne: Adib Ahmed, Robiul Hassan Robin

Idź do oryginalnego materiału