Straciliby ogromne pieniądze. Zmiany objęłyby wszystkich Polaków. Będą gigantyczne zmiany w podatkach?

1 godzina temu

W tle rządowego kryzysu wokół uprawnień inspektorów pracy pojawił się alternatywny pomysł, który może zmienić system rozliczeń dla milionów Polaków. Jak ustaliło money.pl, grupa 6 organizacji eksperckich wysłała list do kluczowych ministrów z propozycją zmiany kamienia milowego w Krajowym Planie Odbudowy. Zamiast wzmacniania Państwowej Inspekcji Pracy proponują wdrożenie jednolitej daniny – mechanizmu, który połączyłby PIT i składki ZUS w jedną opłatę.

Fot. Warszawa w Pigułce

Sprawa ma wymiar nie tylko polityczny, ale przede wszystkim finansowy. Polska zobowiązała się przed Komisją Europejską do wdrożenia reform zmniejszających segmentację rynku pracy. jeżeli nie rozliczy kamieni milowych w umówionym terminie, straci dostęp do kilkunastu miliardów złotych z KPO. Chaos wokół PIP zablokował realizację tych zobowiązań, a czas ucieka.

6 organizacji, jeden pomysł

Do ministra rodziny, pracy i polityki społecznej, ministra finansów, szefa resortu gospodarki oraz ministra funduszy i polityki regionalnej trafił wspólny apel podpisany przez prezesów sześciu think tanków. Pod listem podpisali się: Paweł Wojciechowski z Instytutu Finansów Publicznych, Tomasz Wróblewski z Warsaw Enterprise Institute, Michał Ciesielski z Centrum Myśli Gospodarczej, Michał Hetmański z Fundacji INSTRAT, Damian Adamus z Narodowego Instytutu Społecznego oraz Paweł Musiałek z Klubu Jagiellońskiego.

Jak wyjaśnia money.pl prezes Klubu Jagiellońskiego, moment nie jest przypadkowy. Kryzys wokół reformy PIP otwiera przestrzeń do dyskusji o rozwiązaniu, które od lat czeka na wdrożenie, mimo poparcia środowisk eksperckich z różnych stron sceny politycznej. Koncepcja jednolitej daniny co jakiś czas powraca w debacie publicznej – pojawiała się w kontekście Polskiego Ładu, w programach wyborczych Platformy Obywatelskiej i Polski 2050, ale żaden rząd nie zdecydował się na jej wprowadzenie.

Kamień milowy do wymiany – tak brzmi propozycja

Autorzy listu proponują Brukseli zamianę obecnego zobowiązania dotyczącego wzmocnienia inspekcji pracy na nowe – opracowanie przez Radę Ministrów w 2026 roku tzw. Białej Księgi Jednolitej Daniny. Miałaby ona zawierać szczegółową mapę drogową reformy z konkretnymi terminami realizacji poszczególnych etapów. Dokument przyjąłby formę uchwały rządowej.

Dodatkowo eksperci postulują przyjęcie przez Sejm uchwały zobowiązującej rząd – zarówno obecny, jak i przyszłe większości – do realizacji reformy według ustalonego harmonogramu. To najważniejszy element propozycji. Zmiana tego typu wymaga przebudowy systemów informatycznych w urzędach skarbowych, ZUS i wielu innych instytucjach – bez gwarancji politycznej ciągłości reforma może utknąć w połowie drogi przy pierwszej zmianie rządu.

Czy Komisja Europejska zaakceptuje taką podmianę? To pozostaje otwarte pytanie. Z jednej strony obecny kamień milowy – wzmocnienie PIP – stał się toksyczny politycznie i blokuje realizację całego KPO. Z drugiej, Bruksela może argumentować, iż jednolita danina to zbyt szeroka reforma, której efekty będą widoczne dopiero za kilka lat. Decyzje w tej sprawie mogą zapaść w ciągu najbliższych tygodni, bo presja czasowa narasta.

Jeden rachunek zamiast dwóch – jak to miałoby działać

Artur Krawczyk, autor najnowszej wersji koncepcji i były urzędnik Ministerstwa Finansów, tłumaczy mechanizm działania systemu. Dziś składki ZUS i podatek PIT liczone są osobno według zupełnie innych zasad. Jednolita danina zastąpiłaby ten podwójny system jednym spójnym mechanizmem.

Jak wyjaśnia money.pl, ubezpieczony płaciłby najpierw składki o charakterze liniowym – te trafiałyby na konto emerytalne i zabezpieczałyby przyszłą emeryturę. Dopiero od kwoty powyżej składek naliczany byłby podatek o charakterze progresywnym. Dzięki temu obciążenia rosłyby wraz z dochodem, ale każdy zachowałby zabezpieczenie emerytalne proporcjonalne do zarobków.

Dla większości podatników łączna wysokość obciążeń pozostałaby zbliżona do obecnej. Podobnie wpływy do budżetu państwa utrzymałyby się na porównywalnym poziomie. Kluczową różnicą byłaby likwidacja składki zdrowotnej – Narodowy Fundusz Zdrowia finansowany byłby w całości z budżetu państwa, bez osobnych wpłat od obywateli.

Jest grupa, która ma dużo do stracenia – są to najlepiej zarabiający Polacy. w tej chwili większość płaci albo ryczałt albo podatek liniowy. Ten ostatni wynosi 19 proc. Podatek progresywny oznacza, iż zapłaciliby dużo więcej – w zależności od uzyskanych dochodów – im większy dochód, tym większy byłby podatek.

Koniec z różnicami między umowami – główny cel reformy

Dziś pracownik na etacie, zleceniobiorca i przedsiębiorca zarabiający tę samą kwotę płacą zupełnie różne składki. To sprawia, iż pracodawcy mają motywację, by unikać umów o pracę i zastępować je tańszymi formami zatrudnienia. Efekt? Setki tysięcy Polaków pracuje na umowach cywilnoprawnych, płacąc minimalne składki lub nie płacąc ich wcale. Za 30 lat czekają ich głodowe emerytury albo brak jakiegokolwiek zabezpieczenia.

Reforma miałaby wyrównać zasady oskładkowania i opodatkowania dla wszystkich form pracy najemnej. To właśnie ten cel – walkę z segmentacją rynku pracy – miały realizować kamienie milowe z KPO, w tym zwiększenie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy. Problem w tym, iż podejście przez wzmocnienie kontroli spotkało się z oporem części rządu i środowisk przedsiębiorców.

Jednolita danina uderza w przyczynę, a nie w objaw. jeżeli wszystkie formy zatrudnienia będą oskładkowane podobnie, zniknie główny powód zawierania umów śmieciowych. Przedsiębiorca przestanie oszczędzać na zastąpieniu etatu zleceniem, więc zniknie ekonomiczna motywacja do tego typu praktyk.

NFZ bez składki – finansowanie tylko z budżetu

Jeden z najbardziej kontrowersyjnych elementów reformy to całkowita likwidacja składki zdrowotnej. Zamiast miesięcznych wpłat od ubezpieczonych Narodowy Fundusz Zdrowia otrzymywałby środki bezpośrednio z budżetu państwa. Dla pracowników etatowych zmiana byłaby głównie techniczna – zamiast osobnej pozycji „składka zdrowotna” w pasku płacowym byłaby jedna danina.

Dla przedsiębiorców mogłoby to oznaczać realną ulgę. Obecna składka zdrowotna to szczególnie dotkliwe obciążenie dla osób rozliczających się podatkiem liniowym lub na zasadach ogólnych – w wielu przypadkach nie podlega odliczeniu od podatku lub jest odliczana tylko częściowo. W 2026 roku przedsiębiorcy na pełnym ZUS płacą około 850-1550 złotych miesięcznie tytułem składki zdrowotnej, w zależności od formy rozliczenia.

Likwidacja składki zdrowotnej rozwiązałaby też problem osób prowadzących działalność przy niskich dochodach. Dziś muszą płacić składkę niezależnie od tego, czy coś zarobią – choćby przy zerowym przychodzie składka jest należna. Po reformie NFZ finansowany byłby ze środków publicznych, a składki zależałyby tylko od faktycznych zarobków.

Małe firmy zapłacą mniej, duże – więcej

Reforma przyniosłaby największe zmiany właśnie przedsiębiorcom, choć w różnych kierunkach zależnie od wielkości dochodów. Drobni przedsiębiorcy na początku działalności mieliby podstawę naliczania składek opartą o płacę minimalną. W praktyce oznaczałoby to spadek obecnych obciążeń z około 1200 złotych miesięcznie do około 500 złotych. To realna ulga dla osób zaczynających biznes i dla mikrofirm o niskich przychodach.

Z drugiej strony zniknąłby obecny limit rocznej podstawy wymiaru składek emerytalnych i rentowych. Dziś wynosi on 30-krotność prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia – w 2026 roku to około 282 600 złotych rocznego dochodu. Po przekroczeniu tego progu przestaje się płacić składki emerytalne i rentowe. To znacząca ulga dla najlepiej zarabiających – po reformie płaciliby proporcjonalnie do swoich zarobków bez górnego limitu.

System byłby więc bardziej progresywny. Biedniejszym przedsiębiorcom ulżyłby, najlepiej zarabiającym zwiększyłyby się obciążenia. Jednocześnie wszyscy zyskaliby prostotę – koniec z dwoma różnymi systemami, osobnymi deklaracjami do ZUS i urzędu skarbowego, skomplikowanymi wyliczeniami. Jedna danina, jeden przekaz, jeden termin płatności.

Dlaczego nigdy tego nie wdrożono

Koncepcja jednolitej daniny ma już niemal 10 lat. Po raz pierwszy opracowano ją w 2016 roku pod kierunkiem prof. Pawła Wojciechowskiego. Od tego czasu pomysł regularnie powracał – w debacie o Polskim Ładzie, w programach wyborczych różnych ugrupowań, w raportach think tanków. Ale żaden rząd – ani PiS, ani obecna koalicja – nie zdecydował się na wdrożenie.

Przeszkód jest kilka. Pierwsza to skala zmian – reforma wymaga przebudowy systemów informatycznych w urzędach skarbowych, ZUS, NFZ i wielu innych instytucjach. To kosztowne przedsięwzięcie rozpisane na lata. Druga przeszkoda to ryzyko polityczne. Każda zmiana w systemie podatkowym może zostać przedstawiona jako podwyżka dla jednych i obniżka dla drugich, co rodzi obawy przed utratą poparcia konkretnych grup wyborców.

Trzecia przeszkoda to brak „woli politycznej”, jak określają to politycy. Jednolita danina brzmi technicznie, trudno ją sprzedać jako hasło wyborcze. Łatwiej obiecać konkretne ulgi czy zwolnienia niż tłumaczyć skomplikowany mechanizm łączenia podatków i składek. W efekcie pomysł od lat krąży w kuluarach, ale nikt nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności za jego realizację.

Obecna sytuacja może to zmienić. Spór wokół kamieni milowych w KPO i presja czasowa związana z rozliczeniem się z Komisją Europejską stwarzają wyjątkowe okno możliwości. jeżeli Bruksela zaakceptuje zmianę kamienia milowego, Polska zyska zarówno czas na głębszą reformę, jak i zewnętrzne zobowiązanie, które trudniej będzie zignorować.

Co to oznacza dla Ciebie?

Jeśli jesteś pracownikiem na umowie o pracę i zarabiasz przeciętne wynagrodzenie, reforma jednolitej daniny prawdopodobnie nie zmieni wysokości twoich miesięcznych potrąceń. Różnica będzie głównie techniczna – zamiast osobnych pozycji PIT, składka ZUS i składka zdrowotna w pasku płacowym zobaczysz jedną daninę. Łączna kwota pozostanie zbliżona, choć może się nieznacznie zmienić w zależności od szczegółów ostatecznego projektu.

Jeśli prowadzisz małą firmę i zarabiasz niewiele, możesz sporo zyskać. Obecne składki ZUS to dla wielu przedsiębiorców koszt rzędu 1200 złotych miesięcznie, czyli 14 400 złotych rocznie. Po reformie spadłyby do około 500 złotych miesięcznie, czyli 6000 złotych rocznie. To realna oszczędność 8400 złotych, która mogłaby zdecydować o tym, czy opłaca się kontynuować działalność.

Jeśli jesteś dobrze zarabiającym przedsiębiorcą lub menadżerem w korporacji, stracisz obecny limit składek. Dziś po przekroczeniu około 282 600 złotych rocznego dochodu przestajesz płacić składki emerytalne i rentowe – efektywnie płacisz więc niższy procent od najwyższych zarobków. Po reformie płaciłbyś proporcjonalnie bez limitu, co oznaczałoby wyższe obciążenia. Z drugiej strony twoja przyszła emerytura byłaby proporcjonalnie wyższa.

Jeśli pracujesz na umowie zlecenie lub innej umowie cywilnoprawnej, reforma może zwiększyć twoje składki. w tej chwili wiele osób na takich umowach płaci niższe składki niż pracownicy etatowi przy podobnych zarobkach – to jedna z przyczyn popularności tego typu umów wśród pracodawców. Jednolita danina wyrównałaby zasady, co sprawiłoby, iż płaciłbyś podobnie jak osoba na etacie zarabiająca tyle samo. Zmiana mogłaby jednak przynieść korzyść długoterminową – wyższą przyszłą emeryturę i lepsze zabezpieczenie społeczne.

Likwidacja składki zdrowotnej oznaczałaby koniec osobnej wpłaty na NFZ. Dla pracowników etatowych to głównie zmiana nazwy pozycji w pasku płacowym, ale dla przedsiębiorców – zwłaszcza rozliczających się podatkiem liniowym – mogłoby to oznaczać ulgę. w tej chwili składka zdrowotowa to koszt rzędu 850-1550 złotych miesięcznie, który często nie podlega odliczeniu od podatku.

Jeśli reforma miałaby wejść w życie, proces trwałby co najmniej kilka lat. Potrzebna jest przebudowa systemów informatycznych w urzędach, przeszkolenie tysięcy pracowników administracji, dostosowanie programów księgowych i kadrowych. Gdyby decyzja zapadła w 2026 roku, pierwsze efekty moglibyśmy zobaczyć najwcześniej w 2028-2029 roku, a pełne wdrożenie zajęłoby prawdopodobnie do 2030 roku.

Czy Bruksela się zgodzi

Kluczem do całej operacji jest stanowisko Komisji Europejskiej. Polska zobowiązała się w Krajowym Planie Odbudowy do przeprowadzenia reform zmniejszających segmentację rynku pracy. Obecny kamień milowy – wzmocnienie uprawnień Państwowej Inspekcji Pracy – miał to realizować poprzez zwiększenie kontroli i kar dla pracodawców wykorzystujących umowy śmieciowe.

Problem w tym, iż to podejście spotkało się z oporem. Przedsiębiorcy protestują przeciwko rozszerzeniu uprawnień inspektorów, część rządu ma wątpliwości, a spór paraliżuje realizację zobowiązań wobec UE. Stąd pomysł, by zamiast walczyć z objawami (kontrole, kary), uderzyć w przyczynę – system zachęcający do poszukiwania najtańszych form zatrudnienia.

Czy Bruksela to kupi? Z jednej strony jednolita danina realizuje ten sam cel – zmniejszenie segmentacji – tylko innymi środkami. Z drugiej, to reforma strukturalna wymagająca lat wdrożenia, podczas gdy kamienie milowe w KPO zakładały szybkie rezultaty. Komisja może też argumentować, iż Polska zmienia warunki umowy, co stanowi precedens dla innych państw chcących renegocjować swoje zobowiązania.

Decyzje mogą zapaść w ciągu kilku tygodni. Rząd musi znaleźć wyjście z impasu i jednocześnie zabezpieczyć dostęp do miliardów złotych z KPO. Propozycja 6 think tanków oferuje rozwiązanie, które – przynajmniej w teorii – mogłoby zadowolić wszystkie strony: przedsiębiorców (którzy unikną wzmocnienia PIP), Brukselę (która otrzyma zobowiązanie do strukturalnej reformy) i rząd (który rozwiązałby wewnętrzny konflikt i zachowałby środki z UE).

Idź do oryginalnego materiału