Brawurowy atak wojsk amerykańskich na reżim w Wenezueli oraz aresztowanie dyktatora Nicolása Maduro wywołały falę kontrowersji na całym świecie. W Polsce reakcje były dość przewidywalne: od entuzjastycznych peanów na cześć Donalda Trumpa ze strony środowisk związanych z PiS, po odruchową, często totalną krytykę działań prezydenta USA ze strony wielu kręgów lewicowo-liberalnych. Przestrzeń publiczną zalały analizy geopolityczne i kasandryczne prognozy dotyczące przyszłości ładu międzynarodowego.
W całym tym sporze ginie jednak to, co powinno być punktem wyjścia każdej poważnej refleksji: los, przyszłość i wola społeczeństwa Wenezueli.
Warto przypomnieć podstawowe fakty. W 2024 roku reżim Maduro wykluczył z wyborów prezydenckich liderkę opozycji Maríę Corinę Machado. Mimo to wybory się odbyły, a opozycja wystawiła kandydata zastępczego – Edmundo Gonzáleza. Zgodnie z niezależnymi szacunkami oraz badaniami exit poll, González zdobył około 70 procent głosów. Poparcie dla Maduro oscylowało – w zależności od źródeł – między 14 a 31 procent.
Rządząca Zjednoczona Partia Socjalistyczna Wenezueli sfałszowała jednak wyniki wyborów. Narodowa Rada Wyborcza ogłosiła, iż zwycięzcą został Nicolás Maduro z wynikiem 51,95 proc., podczas gdy Edmundo González Urrutia miał uzyskać 43,18 proc. głosów. Co znamienne, Rada nie przedstawiła żadnych dokumentów potwierdzających te rezultaty – w tym protokołów z komisji wyborczych.
Oficjalnych wyników nie uznała ani opozycja, ani zdecydowana większość świata demokratycznego. Po wyborach w kraju wybuchły masowe protesty, brutalnie tłumione przez aparat represji. Według danych ONZ zginęły co najmniej 23 osoby, a ponad 2,4 tysiąca zostało zatrzymanych. Trudno się dziwić desperacji Wenezuelczyków. Pod rządami socjalistów Wenezuela doświadczyła jednego z największych załamań gospodarczych w historii współczesnej: od 2013 roku PKB kraju spadło o ponad 70 procent.
Co zatem oznacza koniec rządów Maduro?
Po pierwsze, jest to kres dyktatora, który systematycznie niszczył państwo, jego gospodarkę oraz przyszłość milionów obywateli.
Po drugie, to realna szansa na przywrócenie demokracji w Caracas.
Po trzecie, to poważny cios wymierzony w jednego z najwierniejszych sojuszników Władimira Putina.
Po czwarte wreszcie, to wyłom w szkodliwej, deklaratywnie izolacjonistycznej strategii MAGA oraz wzmocnienie pozycji USA w globalnej rozgrywce z Rosją.
Nie jest przypadkiem, iż wydarzenia w Wenezueli nastąpiły zaledwie kilka dni po ogłoszeniu przez Moskwę fałszywej informacji o rzekomym ukraińskim ataku na siedzibę Władimira Putina – informacji, która posłużyła Rosji jako pretekst do zawieszenia rozmów pokojowych dotyczących Ukrainy, prowadzonych pod auspicjami administracji amerykańskiej. Warto też pamiętać, iż w październiku 2025 roku, dokładnie w dniu urodzin Putina, Rosja podpisała z Wenezuelą układ o partnerstwie strategicznym obejmującym m.in. gospodarkę, energetykę i surowce. Od lat to właśnie Rosja pozostaje głównym dostawcą broni dla reżimu w Caracas.
Czy z punktu widzenia prawa międzynarodowego Donald Trump miał prawo aresztować przywódcę innego państwa? Oczywiście, iż nie. Problem polega jednak na tym, iż system prawa międzynarodowego od dekad okazuje się bezsilny wobec autorytarnych reżimów, które masowo łamią prawa człowieka i zamieniają życie całych narodów w koszmar. System ONZ coraz częściej przypomina fasadę – pełną rezolucji, apeli i deklaracji, za którymi nie idą realne działania.
Nicolás Maduro jest tego podręcznikowym przykładem: fałszował wybory, de facto ukradł władzę, prześladował opozycję, rządził poprzez korupcję, wspierał kartele narkotykowe i doprowadził kraj do gospodarczej ruiny. A mimo to przez lata pozostawał praktycznie bezkarny.
Krytycy interwencji USA twierdzą, iż jest ona groźnym precedensem, który może zachęcić innych autorytarnych graczy do podobnych działań wobec państw demokratycznych. Argument ten pomija jednak fakt, iż dyktatury – z Rosją na czele – już od lat prowadzą agresywne działania przeciwko demokracjom i sojusznikom Zachodu. Ukraina jest tu najbardziej dramatycznym przykładem, ale nie jedynym. Wystarczy spojrzeć na serię prorosyjskich przewrotów w Afryce. jeżeli cokolwiek może powstrzymywać dyktatorów, to nie bierność i procedury, ale pokaz siły i determinacji państw demokratycznych – czego dotąd wyraźnie brakowało.
Jeśli świat ma coraz bardziej przypominać koncert mocarstw, jedyną realną drogą dla Europy, by nie stać się jedynie przedmiotem tej gry, jest budowa Unii Europejskiej jako globalnej siły politycznej i strategicznej, zdolnej współkształtować porządek międzynarodowy w oparciu o europejskie wartości.
Sytuacja, w której autorytarni przywódcy łamią wszelkie zasady i bezkarnie posuwają się naprzód, podczas gdy demokracje sparaliżowane własnymi regułami nie reagują, nie przyniesie światu dobrej przyszłości. W przypadku Wenezueli zmiana reżimu ma wyraźne poparcie większości społeczeństwa, istnieją realni liderzy i struktury, na których można budować demokratyczne państwo.
Czy możemy być pewni, jakie intencje stoją za działaniami Donalda Trumpa? Nie. W jego przypadku chaos i niespójność są stałym elementem politycznego stylu. Ostateczną ocenę tej decyzji należy więc odłożyć do momentu, gdy zobaczymy jej skutki. jeżeli jednak interwencja USA doprowadzi do powrotu władzy w ręce demokratycznie wybranych przywódców lub do szerokiego porozumienia politycznego i uczciwych nowych, wyborów w Caracas, będzie można powiedzieć jedno: było warto.
Wenezuelczycy jasno dali do zrozumienia, iż chcą zmiany. Świat demokratyczny powinien ich w tej walce z brutalną dyktaturą wspierać — niezależnie od tego, jak bardzo niechętnie patrzy na samego Donalda Trumpa.

2 tygodni temu











