Niemiecki europoseł AfD – partii, którą polska prawica lubi traktować jak „rozsądnych Niemców”, a PiS i Konfederacja jak naturalnych sojuszników – zapowiada, iż jego pierwszym ruchem jako ministra finansów byłoby wystawienie Polsce rachunku. 1,3 biliona euro. Za rzekomy „współudział w sabotażu” Nord Stream. Bez wyroków, bez dowodów, bez wstydu. Ot, polityczny bełkot podniesiony do rangi ultimatum.
To nie jest zwykła prowokacja. To próba przepisania rzeczywistości: z agresora zrobić ofiarę, z ofiary – winnego, a z politycznego folkloru AfD – „poważnego partnera”. To dokładnie ta sama logika, którą skrajna prawica uwielbia, gdy uderza w Unię, w sankcje, w Ukrainę. Tyle iż tym razem rachunek wystawiono Polsce. I nagle język grzęźnie w gardle.
Wyobraźmy sobie przez chwilę, iż identyczne słowa padają z ust polityka Zielonych albo SPD. Ogień na prawicy byłby natychmiastowy: „niemiecki dyktat”, „IV Rzesza”, „finansowy gwałt”. Ale AfD? Cisza. Bo AfD mówi to, co skrajna prawica chce słyszeć: iż Nord Stream był „projektem pokojowym”, iż Rosja została skrzywdzona, iż Europa sama jest sobie winna. A jeżeli przy okazji trzeba obciążyć Polskę – trudno. Koszty uboczne ideologii.
1,3 biliona euro to nie liczba. To sygnał. Sygnał, iż flirt ze skrajną prawicą w Europie nie kończy się „suwerennością”, tylko rachunkiem do zapłacenia. Że „antybrukselski sojusz” w praktyce oznacza zgodę na narrację, w której Polska jest chłopcem do bicia: najpierw moralnie, potem finansowo. I iż w tej układance PiS i Konfederacja nie są partnerami – są użytecznym tłem. Albo zdrajcami polskiego interesu narodowego.
I albo potępisz absurdalne żądania i kłamliwą insynuację wobec Polski, niezależnie od tego, kto je wypowiada, albo przyznasz, iż „patriotyzm” to u ciebie dekoracja, a nie zasada. Że łatwiej krzyczeć na Brukselę niż powiedzieć „stop” komuś, kto nosi adekwatną partyjną plakietkę.
No ale Nawrocki, Kaczyński, Metnzen czy Braun to ludzie, od których nie oczekujemy niczego dobrego.

8 godzin temu















