Sympatie i antypatie polityczne, które sięgają granicy fanatyzmu, zawsze i wszędzie radykalnie ograniczają pole wiedzenia, co z kolei przekłada się na jeszcze większe ograniczenie percepcji. Zjawisko to ma charakter ponadczasowy i międzynarodowy, o czym mogliśmy się przekonać w ciągu ostatnich 24 godzin. Gdy Donald Trump oświadczył, że: „Dzisiaj w nocy zginie cała cywilizacja i nigdy już nie powróci. Nie chcę, żeby tak się stało, ale najprawdopodobniej tak będzie”, na całym świecie dziennikarze, eksperci i politycy hurtowo tracili rozum i elementarną zdolność do oceny rzeczywistości.
Słowa prezydenta USA rzeczywiście były bardzo mocne i publicystyczne określenie „opcja atomowa”, chociaż wyświechtane, to jeszcze jakoś się broniło, ale tylko w sferze publicystycznej. Tymczasem całe grono analityków zaczęło alarmować, iż Donald Trump zwariował i chce doprowadzić do zagłady nuklearnej. Z wielu poważnych ust i klawiatur wyszły takie ostrzeżenia, chociaż przy odrobinie zdrowego rozsądku i znajomości rzeczy, z łatwością dało się odczytać groźby Donalda Trumpa, jako klasyczną presję dołączoną do ultimatum. Tym bardziej było to banalnie proste do oczytania, iż prezydent USA jasno określił, co się stanie, jeżeli Iran nie spełni warunków zawieszenia broni. Przede wszystkim „koniec cywilizacji” dotyczył wyłącznie Iranu, a planowane działania militarne miały doprowadzić do zniszczenia infrastruktury energetycznej i komunikacyjnej.
Mosty, elektrownie, torowiska, lotniska, słowem wszystko to, co kojarzy się z cywilizacją, zamierzały zaatakować wojska amerykańskie i izraelskie na niespotykaną dotąd skalę. Inaczej nie sposób było zrozumieć słów Donalda Trumpa, który zresztą własne słowa natychmiast zinterpretował i jeszcze dodał, iż nie chce eskalacji konfliktu. Z politycznego i negocjacyjnego punktu widzenia, eksperci największe pretensje powinni kierować do prezydenta USA za brak konsekwencji i rozmycie ostrego komunikatu. jeżeli groźby Donalda Trumpa miały zrobić wrażenie na Iranie, to należało poprzestać na „końcu cywilizacji”, a nie na detalicznym wyjaśnianiu, iż tak naprawdę chodzi o wysadzanie mostów i elektrowni. Tak, czy inaczej tylko „eksperci” i fanatycy polityczni mogli zobaczyć wybuchy grzybów atomowych od Teheranu po Białystok, bo tak odebrali do bólu czytelną retorykę negocjacyjną Donalda Trumpa.
Wiadomo od dawna, iż Donald Trump mówi różne rzeczy i ma swój specyficzny styl bycia, taki typowo amerykański, gdzie poczucie wielkości przeplata się z hollywoodzkim superbohaterem. Wystarczyło nałożyć tylko ten jeden filtr, żeby się nie ośmieszyć atomowymi wizjami zagłady. Bardziej ambitni powinni wiedzieć, iż jeżeli jakikolwiek prezydent USA rzeczywiście by oszalał i chciał rozpętać wojnę atomową, to istnieje cały system zabezpieczeń od politycznych, po techniczne, który to uniemożliwia. I na tym nie koniec, bo trudno sobie wyobrazić, żeby na atak nuklearny przy swoich granicach pozwolili arabscy sojusznicy USA, a ci zachowywali całkowity spokój, w przeciwieństwie do histerycznych analityków geopolitycznych.
Nieco lepiej wypadają eksperckie analizy w odniesieniu do politycznych zysków i strat Donalda Trumpa. Wypada się zgodzić, iż w najlepszym razie bilans wyszedł na zero, ale to jest wersja skrajnie optymistyczna. Gołym okiem widać, iż cała operacja nie poszła tak, jak planowano i co gorsza wymknęła się spod kontroli. Celem politycznym było obalenie reżimu ajatollahów, w czym mieli pomóc sami Irańczycy, ale nastroje społeczne w Iranie poszły w dokładnie przeciwnym kierunku. W USA Donald Trump też nie poprawił swoich notowań i zebrał mnóstwo krytyki również od ruchu MAGA, który w znacznym stopniu zdecydował o jego powrocie do Białego Domu. Istnieje jednak gigantyczna różnica pomiędzy racjonalną krytyką Donalda Trumpa i kompromitującą histerią nuklearną, jaką mieliśmy wątpliwą przyjemność obserwować przez ostatnią dobę.
Nie wierzymy nikomu, nie wierzymy w nic! Patrzymy na fakty i wyciągamy wnioski!

1 tydzień temu