"Śmierć była łaską". Horror w Strefie Gazy trwa mimo zawieszenia broni, relacjonują lekarze

20 godzin temu
- Najcięższym przypadkiem była 35-letnia kobieta. Bomba spadła obok jej domu, gdy patrzyła w lustro - mówi Adib Halasa, jordański chirurg, który m.in. dzięki wsparciu Polskiej Misji Medycznej pracował w szpitalu w Strefie Gazy. W rozmowie Gazeta.pl opisuje realia w palestyńskiej enklawie, gdzie - mimo zawieszenia broni - panują katastrofalne warunki, a ludzie wciąż giną.
Od października ubiegłego roku w Strefie Gazy obowiązuje zawieszenie broni, które ma doprowadzić do zakończenia konfliktu. Jednak nie oznacza ono, iż w palestyńskiej enklawie - a dokładnie w jej mniejszej części, poza tak zwaną żółtą linią - nie dochodzi do izraelskich bombardowań i ataków. Sytuacja humanitarna pozostaje fatalna, choć dostawy pomocy zostały nieco zwiększone w porównaniu z okresem sprzed zawieszenia broni.

REKLAMA





Dostawy żywności i pomocy medycznej są bardzo ograniczone, ale do Gazy wciąż mogą wjeżdżać zagraniczni lekarze. Wśród nich byli Kasem Wreikat i Adib Halasa, jordańscy chirurdzy, których misja była możliwa dzięki współpracy międzynarodowej organizacji Project Hope, Polskiej Misji Medycznej oraz jordańskiej organizacji JHASi.
Swoją 30-dniową misję odbyli w szpitalu Męczenników Al-Aksa w Deir al-Balah, w centralnej Strefie Gazy. Choć dotarli tam na koniec października - już kilka tygodni po tym, jak zawieszenie broni weszło w życie - to widzieli wielu rannych w nowych izraelskich atakach.
- Z relacji wiemy, iż od wejścia w życie zawieszenia broni ataki zdecydowanie zelżały, ale nie zniknęły. Zamiast kilkudziesięciu, czasem 100 osób dziennie, ginie kilka. Czas walk w opisach brzmiał jak piekło. Jeden z lekarzy powiedział nam, iż jego rodzina robiła wszystko razem - choćby do łazienki chodzili wspólnie. Mieli poczucie, iż mogą zginąć dosłownie w każdym momencie, dlatego chcieli zawsze być razem, żeby śmierć ich nie rozdzieliła - wspomina Adib Halasa.
Ranni po wybuchach nieraz mają odłamki w całym ciele. Kiedy robimy prześwietlenie, są usiani jasnymi punkcikami - każdy to odłamek. Czasem w oczach, w twarzy. Czasem dostaje się do organów wewnętrznych. W Jordanii pracuję w szpitalu wojskowym i widziałem wiele trudnych przypadków, ale nigdy nie widziałem takich ran, jak w Gazie
- opowiada.



"Nie myślałem, iż będę życzył komuś śmierci"
Podobnie jak inni zagraniczni lekarze każdego dnia przeprowadzał od czterech do sześciu operacji. - Z jednej strony byli to pacjenci z chronicznymi problemami: po dwóch latach wojny jest bardzo wiele osób z poważnymi poparzeniami lub ranami, których leczenie trzeba doprowadzić do końca. Brak leków, a choćby czystych opatrunków i wody często prowadzi do komplikacji - podkreśla.
Po dyżurach Jordańczycy prowadzili szkolenia dla rezydentów i młodych lekarzy. Ich edukacja została przerwana przez wojnę. - Spotkaliśmy osoby, które miały niewyobrażalne doświadczenie w nagłych wpadkach, leczeniu ran postrzałowych, ale czasem nie znały niektórych prostszych albo podstawowych zabiegów, bo cała ich praktyka to medycyna wojenna - podkreśla.


Jak mówi Adib Halasa, od wejścia w życie zawieszenia broni nową de facto granicą Gazy jest "żółta linia". Palestyńczycy przebywają wewnątrz terytorium stanowiącego mniej niż 50 proc. przedwojennej powierzchni Gazy. - Żółta linia coraz bardziej się zacieśnia, a każdy, kto się do niej zbliży, może zostać zabity. Tak ginęły choćby dzieci, które przeszukiwały ruiny, aby znaleźć drewno na opał - relacjonuje lekarz.
Według jego relacji - i informacji napływających każdego dnia ze Strefy Gazy - zawieszenie broni zmniejszyło intensywność izraelskich ataków, ale nie oznacza, iż te zupełnie się skończyły.



W ostatnim tygodniu naszego pobytu, w trakcie południowych zajęć dla rezydentów, usłyszeliśmy bardzo głośne wybuchy. Bomby musiały spaść blisko i wiedzieliśmy, co to znaczy: za chwilę do szpitala trafi wielu rannych
- mówi. - Najtrudniejszy przypadek, z którym się spotkałem, to 35-letnia kobieta. Bomba spadła w okolicy jej domu, gdy patrzyła w lustro. Kawałki lustra wbiły się w jej twarz i całe ciało. Staraliśmy się je usunąć i opatrzyć rany - opisuje.
- Nigdy w życiu nie sądziłem, iż będę życzył innemu człowiekowi śmierci, ale w jej przypadku nie mogłem powstrzymać myśli: śmierć byłaby dla niej łaską. Jakie byłoby jej życie? Bez oczu, zniszczonych przez kawałki lustra. Bez kawałka twarzy, który nie byłby zraniony. Z ciałem pełnym odłamków. Bez bliskich, którzy zginęli rok wcześniej. Na szczęście - uważam, iż było to szczęście - zmarła - wspomina lekarz. - adekwatnie to nie "zmarła". Ona poległa - podkreśla.
Kasem Wreikat wspomina zaś siedmioletnią dziewczynkę, której dom został zbombardowany, cała rodzina zginęła. - Miała poparzenia drugiego i trzeciego stopnia na 70 procentach ciała. Drugi stopień wymaga intensywnego i długiego leczenia. Trzeci stopień, na większości ciała - to wyrok, choćby jeżeli pacjent przeżyje pierwsze godziny i dni. Ona miała też otwarte złamania i wielką, otwartą ranę przez całe krocze - wspomina.
Operowaliśmy ją od szesnastej do drugiej w nocy. Zmarła dwa dni później. Nie dało się jej pomóc - na pewno nie z tak ograniczonym sprzętem i zasobami, które mają lekarze w Gazie, choćby jeżeli starają się tak, jak tylko to możliwe
- mówi.



Jedna tubka maści na osobę
Mimo ograniczeń nakładanych na dostawy pomocy i działalność organizacji pozarządowych w Strefie Gazy, władze Izraelskie wciąż wpuszczają zagranicznych lekarzy do pracy w szpitalach. Jednak ich misje także obwarowane są licznymi obostrzeniami - począwszy od weryfikacji każdej z osób, która ma jechać do enklawy.
- Po zgłoszeniu chęci wyjazdu do Strefy Gazy dowiedziałem się, iż o tym, czy jadę, będę poinformowany wieczór przed wyjazdem - mówi Kasem Wreikat.
Chociaż jordańską stolicę od granicy Strefy Gazy dzieli nieco ponad 200 km, to podróż lekarzy trwa cały dzień. Najpierw do granicy jordańsko-izraelskiej, później do punktu kontrolnego na granicy Strefy Gazy. Lekarze mogą zabrać przedmioty osobiste i trochę jedzenia oraz leków na własne potrzeby, ale już nie większą ilość lekarstw i sprzętu medycznego.
- Zapytałem organizację, czy mogę zabrać choćby maści na poparzenia. Powiedzieli, żeby nie brać więcej niż jednej tubki na własny użytek, bo izraelscy żołnierze skonfiskują je podczas kontroli - relacjonuje chirurg.



Adib Halasa wspomina pierwsze obrazy, które zapamiętał ze Strefy Gazy. - Już za żółtą linią, w placówce polowej ONZ, wsiedliśmy do autobusów, które miały zawieźć nas do samego szpitala. Droga idzie w wybrzeża, więc najpierw zobaczyliśmy plażę, a później pierwsze namioty wysiedlonych mieszkańców Gazy. gwałtownie zrobiło się ich więcej i to był nasz widok przez kolejne dwie godziny jazdy: morze namiotów i ludzi, którzy stracili swoje domy - opowiada.
Rannych ewakuować
Mimo zwiększenia wpuszczania większej liczby konwojów humanitarnych i komercyjnych dostaw żywności, tej w Gazie wciąż brakuje. Efektem jest powszechne niedożywienie oraz skrajnie wysokie ceny - obaj lekarze opisują zniszczone wojną miasto jako "najdroższe, jakie w życiu odwiedzili".
- Czekoladowy baton może kosztować 10 dolarów (ok. 35 zł). W Jordanii 10-kilogramowa butla gazu kosztuje niespełna 40 zł. W Gazie za jeden kilogram płaci się 250 zł - porównują.
Każda osoba, którą przyjmowaliśmy w szpitalu, była w jakimś stopniu niedożywiona. To znacznie utrudnia leczenie i dochodzenie do siebie. Rany goją się wolniej, kości nie zrastają, jeżeli brakuje składników odżywczych
- zwraca uwagę Adib Halas. Trwająca zima oznacza nowe zagrożenia - w Gazie temperatura nocą może spaść do zaledwie kilku stopni. Pojawiły się ulewy, które zalewają obozowiska osób wysiedlonych. Zdarza się, iż namioty walą się w czasie ulewy i cały niewielki dobytek zostaje zalany. Palestyńskie media informują o dzieciach umierających z wychłodzenia i osobach, które giną w walących się budynkach.



Na pytanie o to, co jest w Gazie najbardziej potrzebne, lekarze nie mają jednej odpowiedzi, bo potrzeba wszystkiego. - Każda ranna i chora osoba powinna zostać ewakuowana ze Strefy Gazy na leczenie za granicą. W Gazie szanse na dojście do siebie są bardzo małe - mówi chirurg i wspomina:
Wiele razy zdarzało mi się, iż wypisywałem pacjenta ze szpitala, bo nie mogłem już nic więcej dla niego zrobić, potrzebował czasu i odpoczynku. Ale wiedziałem, iż teraz wróci do brudnego, zimnego namiotu, gdzie grożą mu infekcje, głód. A nie mogę też trzymać go w szpitalu, bo potrzebne jest miejsce dla kolejnych.
- Kiedy rozmawiałem z dziećmi, pytały mnie: "a w Jordanii przez ile godzin macie prąd? Jak często spadają u was bomby?". Nie wyobrażały sobie nawet, iż gdzieś prąd można mieć cały czas, iż nie słychać przez cały dzień buczenia dronów, iż nie ma bombardowań na porządku dziennym. Nie wiedziałem, co im odpowiedzieć - relacjonuje Kasem Wreikat.
Możesz wspierać pomoc Polskiej Misji Medycznej w Palestynie:

ustaw płatność cykliczną w Twoim banku na działania PMM lub na pmm.org.pl/wplacam
przekaż darowiznę na numer konta Polskiej Misji Medycznej: 40 1030 1508 0000 0008 2378 3004
wpłać za pośrednictwem BLIK na numer biura Polskiej Misji Medycznej: 575 222 705
Idź do oryginalnego materiału