za fb:
Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy
Wczoraj o 09:00
·
Wspólnota – czyli gdzie w polskim samorządzie podziali się mieszkańcy?
Wspólnota – czyli gdzie w polskim samorządzie podziali się mieszkańcy?
W polskich debatach o samorządzie łatwo wpaść w pułapkę perspektywy: wójt, burmistrz, prezydent, rada, komisje, urzędnicy… i tak w kółko.To oni są widoczni, to ich decyzje widać w BIP-ie, to oni wychodzą na zdjęciach z przeciętych wstęg.
Nic więc dziwnego, iż gdy piszę o ich działaniach, zachowaniach i odpowiedzialności, odbiorcom może się wydawać, iż patrzę na samorząd przede wszystkim „od strony władzy”.
Jeden z czytelników zauważył niedawno, iż może za mało mówię o tym, co w teorii najważniejsze –
o mieszkańcach
O ludziach, którzy tworzą lokalną wspólnotę.
O obywatelach, którzy – przynajmniej na papierze – mają swoje prawa i powinni z nich korzystać.Nie uciekam od tego pytania, bo ono trafia w samo sedno pewnej polskiej choroby: mieszkańcy formalnie są podmiotem
samorządu terytorialnego, ale mentalnie i praktycznie często pozostają jego widzami. I to widzami, którzy siedzą na trybunach, bo nikt ich nie wpuścił na murawę albo sami nie wierzą, iż warto na nią wejść.
1. Dlaczego w Polsce mieszkańcy są często „poza kadrem”?
Zacznijmy od podstaw: polski samorząd w teorii został wymyślony wokół mieszkańca.
To on ma być gospodarzem swojego otoczenia, współdecydować o kierunkach rozwoju, pilnować lokalnej władzy. W praktyce jednak system został zaprogramowany tak, że:
prawa mieszkańców istnieją
ale wymagają wysokiego poziomu świadomości,
której nikt systemowo nie buduje
Szkoła nie uczy, czym różni się komisja skarg od komisji rewizyjnej.
Gmina nie tłumaczy, jak składać petycję, wniosek lub żądać informacji publicznej.
Ustawodawca tworzy zagmatwane procedury, a BIP przypomina labirynt, do którego wejście kosztuje więcej niż wyjście.Dodajmy do tego jeszcze
lokalne układy,
strach przed zaszkodzeniem sobie lub bliskim,
brak zaufania do władzy i przekonanie: „i tak nic się nie zmieni” – i mamy gotowy obraz obywatela wyłączonego z gry.2. Mieszkaniec ma prawa – całkiem poważne.
Tylko kto mu o tym powiedział

W Polsce mieszkaniec może naprawdę dużo:
może uczestniczyć w sesjach rady,
może zabierać głos (jeśli statut na to pozwala),
może składać petycje, skargi, wnioski,
ma obywatelską inicjatywę uchwałodawczą (w wielu gminach),
może organizować konsultacje,
zbierać podpisy,
może brać udział w budżecie obywatelskim,
może inicjować referendum lokalne.To nie są drobnostki.
To są poważne narzędzia kontroli i wpływu.
Problem polega na tym, że:
gmina ich nie promuje,
statuty bywają zaprojektowane tak, by utrudniać,
a mieszkańcy nie dostają jasnego „instruktarza obywatelskiego”.W efekcie narzędzia partycypacji przypominają te piękne kryształowe kieliszki po babci: niby są, niby można używać, ale w praktyce stoi to gdzieś na górnej półce i nikt tego nie dotyka.
3. Jak to wygląda w Europie?
Żeby wiedzieć, gdzie jesteśmy, trzeba zobaczyć, jak jest gdzie indziej.
Kraje nordyckie – partycypacja jako normalność
W Danii, Szwecji i Finlandii mieszkaniec jest kimś pomiędzy klientem a współgospodarzem.
Konsultacje są realne, a wójt nie obraża się, gdy obywatel ma odmienną opinię – on ją analizuje. Tam kultura współdecydowania jest wmontowana w DNA społeczeństwa.Europa Zachodnia – partycypacja zinstytucjonalizowana
W Niemczech, Holandii czy Belgii narzędzia uczestnictwa są dopracowane i osadzone w prawie.
Lokalne panele obywatelskie, rady konsultacyjne, procesy deliberacyjne – to tam norma, nie wyjątek.
Europa Środkowo-Wschodnia – czyli nasza półka
Polska, Czechy, Słowacja, Węgry.
Wspólny mianownik? Demokracja przedstawicielska dominuje nad obywatelską. Ludzie są mniej aktywni, władza bardziej nieufna wobec oddawania wpływu. U nas często panuje niepisana zasada: „mieszkańcy od wyborów – my od rządzenia”.4. Szwajcaria – wzór czy mit?
Szwajcaria uchodzi za raj demokracji bezpośredniej.
I słusznie – w żadnym innym państwie mieszkańcy nie decydują tak często o tak wielu sprawach.
Zebrania gminne,
lokalne referenda,
możliwość blokowania decyzji władz – brzmi pięknie.Ale ważne jest jedno: to nie działa tylko dlatego, iż prawo tak stanowi. To działa dlatego, iż ludzie mają zakodowane przekonanie, iż ich głos ma realną moc.
Tam obywatelskość jest praktykowana, a nie tylko opisana w ustawach
5. Wspólnota lokalna w Polsce – potencjał w uśpieniu
Polska nie potrzebuje szwajcarskiego systemu.
Polska potrzebuje szwajcarskiego przekonania, iż mieszkańcy są częścią gry.
Potrzebujemy gmin, które:
nie chowają informacji,
prowadzą konsultacje, które coś zmieniają,
zapraszają mieszkańców na sesje o normalnych godzinach,
traktują BIP jak narzędzie, nie jak depozyt tajemnic,
nie obrażają się na krytykę,
i nie traktują obywatela jak petenta od usprawiedliwień.Bo wspólnota samorządowa to nie jest abstrakcyjny twór.
To są ludzie. Ci sami, którzy stoją w sklepie, czekają na autobus, jadą do pracy, narzekają na dziury w drodze i cieszą się z nowego placu zabaw.
Samorząd nie jest dla wójta. Jest dla nich.
6. Czy za mało zajmuję się mieszkańcami?
Może tak. A może raczej: teraz przyszedł moment, żeby to równowagę zachować w sposób bardziej świadomy.
Pisząc o wójtach, burmistrzach i radnych, piszę tak naprawdę o wpływie ich decyzji na mieszkańców.
Ale to prawda – warto częściej opowiadać o tym, jak zwykły człowiek może korzystać z narzędzi demokracji lokalnej, jak może kontrolować władzę, jak może angażować się w sprawy swojej gminy.Bo polski samorząd nie zmieni się od góry.
On zmieni się wtedy, gdy mieszkańcy zaczną czuć, iż są jego gospodarzem – nie statystą










