Nieznani sprawcy 1 września zaatakowali stację elektroenergetyczną Turnow-Preilack koło elektrowni Jänschwalde, około 30 km od Polski. Znaleziono dwucyfrową liczbę improwizowanych urządzeń, a dwa zwarcia wyłączyły jeden blok elektrowni. Prądu jednak nie zabrakło i nikt nie ucierpiał. Dla Polski to pilne ostrzeżenie dotyczące ochrony infrastruktury krytycznej.
Improwizowane urządzenia przy linii najwyższych napięć
Do ataku doszło 1 września przy stacji elektroenergetycznej Turnow-Preilack w Brandenburgii. Obiekt odbiera energię z pobliskiej elektrowni w Jänschwalde i przekazuje ją do sieci przesyłowej operatora 50Hertz. Według ministra spraw wewnętrznych Brandenburgii Jana Redmanna nieznani sprawcy użyli improwizowanych urządzeń z ładunkiem miotającym, aby wyrzucić przewodzący materiał w stronę linii najwyższych napięć i wywołać zwarcie.
Służby znalazły dwucyfrową liczbę takich urządzeń. Dwa zadziałały zgodnie z zamiarem sprawców i doprowadziły do zwarć. Pracownik operatora widział kulę ognia, jedna linia została na krótko wyłączona, a blok B elektrowni automatycznie przerwał pracę. Pozostałe bloki oraz linie rezerwowe utrzymały dostawy energii. Regionalny nadawca publiczny rbb potwierdził, iż nie doszło do przerwy w zasilaniu ani zagrożenia dla mieszkańców.
Sprawcy i motyw pozostają nieznani
Redmann uznał zdarzenie za celowy akt sabotażu i podkreślił systematyczny sposób działania. Na miejscu pracowali policjanci oraz technicy usuwający kolejne urządzenia. Śledztwo jest prowadzone w różnych kierunkach. Na obecnym etapie nie ma podstaw, by przypisywać atak obcemu państwu, ekstremistom politycznym albo aktywistom. Każda taka teza byłaby dziś spekulacją.
Premier Brandenburgii Dietmar Woidke ocenił, iż próba sparaliżowania infrastruktury krytycznej była atakiem na całe społeczeństwo. W oficjalnym komunikacie władz Brandenburgii podziękował służbom i pracownikom stacji oraz elektrowni za szybką reakcję. Zwrócił też uwagę na niepokojącą częstotliwość podobnych zdarzeń i potrzebę zdecydowanej ochrony kluczowych instalacji.
Trzydzieści kilometrów od polskiej granicy
Jänschwalde leży w Łużycach, blisko polskiej granicy. Sam incydent nie spowodował awarii po polskiej stronie i nie ma informacji, by polska sieć była bezpośrednio zagrożona. Odległość ma jednak znaczenie. Pokazuje, iż przygotowany atak na energetykę może zostać przeprowadzony w regionie przygranicznym, na obiekcie widocznym i istotnym dla funkcjonowania dużej części landu.
Dla Polski wniosek jest prosty: bezpieczeństwo energetyczne wymaga fizycznej ochrony stacji, szybkiego wykrywania prób ingerencji, sprawnych ekip technicznych i rezerwowych dróg przesyłu. Odzyskiwanie kontroli państwa nad strategiczną infrastrukturą kolejowo-energetyczną ma sens właśnie dlatego, iż prąd i transport są warunkiem działania szpitali, wojska, administracji oraz zwykłych gospodarstw domowych.
Odporność państwa zamiast wygodnych domysłów
Atak pod Jänschwalde przypomina, iż nowoczesne państwo może zostać uderzone bez czołgów i rakiet dalekiego zasięgu. Wystarczy dostęp do wrażliwego węzła oraz znajomość jego słabych punktów. Jednocześnie sprawa pokazuje wartość rezerw: wyłączenie linii i jednego bloku nie przerodziło się w masową awarię, bo system miał zapas.
Polskie władze nie powinny czekać na wskazanie sprawców przez niemieckie śledztwo, aby przejrzeć zabezpieczenia własnych stacji i elektrowni. Muszą też unikać politycznie wygodnych oskarżeń bez dowodów. Dochodzenie w sprawie sabotażu Nord Stream pokazało, jak długo może trwać ustalanie odpowiedzialności za atak na infrastrukturę. Najpierw ochrona i dowody. Potem nazwiska, motyw i konsekwencje.
Źródła: Rząd Brandenburgii, rbb24, Deutsche Welle
Źródło: OKO.press
















