„Rządzący uprawiają spychologię”. Rolnik o suszy i walce o wodę

1 godzina temu

Rolnik patrzy na wysychające pole, ekohydrolog na rzekę z coraz niższym stanem wody. Problem jest ten sam: Polska nie potrafi zatrzymać wody wtedy, gdy pada, więc później brakuje jej zarówno uprawom, jak i rzekom. Kolejne okresy suszy coraz wyraźniej pokazują, iż nie chodzi już tylko o brak deszczu, ale o sposób, w jaki gospodarujemy wodą – od pól i rowów melioracyjnych po mokradła i całe zlewnie.

Patryk Kokociński, rolnik oraz lider inicjatywy „Życie na Pola” przedstawił nam swoją perspektywę. – Kolejny rok z rzędu, jak przysłowiowi drogowcy, dajemy się zaskoczyć, ale nie zimie. Jako rolnikowi jest mi bardzo przykro, iż stajemy się memem, ale to nie wynika wyłącznie z naszej woli. Zarządzanie wodami to odpowiedzialność wielu podmiotów na wielu poziomach.

Rolnik o retencji: „Kretyńskie nastawienie”

Jak mówi rolnik, od 20 lat świadomie obserwuje rolnictwo i nie pamięta choćby jednego sezonu, w którym w pewnym momencie nie wystąpiłaby susza.

– Ten temat nie jest nowy. Świat nauki od kilkudziesięciu lat informuje, iż klimat będzie się zmieniał i o wszystkich tego następstwach. Najpierw susza, po niej nawalne opady. A jeżeli na spragnioną wody glebę spadnie nawałnica, to ziemia nie będzie w stanie przyjąć tej wody.

Kokociński mówi bez ogródek: – Wciąż tkwimy w układzie, w którym rządzący uprawiają spychologię. Odpowiedzialność się rozmywa, mamy do czynienia z kretyńskim nastawieniem do ochrony zasobów wodnych – dodaje i przyznaje, iż na mocne słowa jest już i tak za późno.

Jego zdaniem potrzebujemy rozproszonych działań w terenie, w małych ciekach wodnych i rowach. Należy odtwarzać mokradła, przywracać użytki zielone i ich funkcje polegające na retencjonowaniu wody, na każdym poziomie.

– Moim zdaniem mistrzami retencji są Lasy Państwowe, które wspierają infrastrukturę zbierającą wodę. Z tym, iż lasy (jako 30 proc. powierzchni kraju) są w rękach jednego podmiotu, natomiast w przypadku terenów rolniczych to 60 proc. powierzchni Polski jest zarządzanych przez ponad 1 mln rolników, czyli decydentów w ich sprawie.

Na zatrzymywanie wody na terenie danego rolnika potrzebne są zgody sąsiadów, a ci nie zawsze są chętni do współpracy. Nie brakuje rolników, którzy chcą prowadzić u siebie retencję, ale nie mają na to zezwoleń od pobliskich rolników – i błędne koło się zamyka.

– Brakuje też po prostu sprzyjającej legislacji. My zaczęliśmy retencjonować wodę w swoim gospodarstwie 15 lat temu i widzimy znaczące efekty. To pozwala zapewnić uprawom większą odporność, bo gdy magazynujemy wodę, to susza przychodzi do nas później. Możemy się na nią przygotować – tłumaczy Kokociński pytany przez SmogLab i prosi, żeby życzyć mu deszczu.

Fot. Hubert Bułgajewski

Polska wysycha

Coraz częściej mówi się o wysychających polskich rzekach. Problem nie jest jednak wyłącznie efektem jednego suchego sezonu. Jak wskazuje dr Sebastian Szklarek, ekohydrolog, za obecną sytuację odpowiada nałożenie się kilku czynników: naturalnej zmienności procesów hydrologicznych, postępującej zmiany klimatu oraz wieloletniego sposobu gospodarowania wodą w Polsce.

Z suszą Polska walczy już od kilkunastu lat. Zdaniem ekohydrologa podejmowane działania wciąż są niewystarczające w stosunku do skali zmian, które przez dziesięciolecia zachodziły w środowisku.

– Rozmawiając o suszy, musimy mieć na uwadze trzy elementy – wskazuje dr Sebastian Szklarek. Pierwszym jest naturalna cykliczność zjawisk. W historii zdarzały się okresy bardziej suche i bardziej mokre, dlatego część obserwowanych zmian jest naturalną zmiennością.

Drugim czynnikiem jest zmiana klimatu, która wpływa zarówno na ilość, jak i charakter opadów. Szczególne znaczenie ma to, co dzieje się zimą. Śniegu jest coraz mniej, a pokrywa śnieżna utrzymuje się krócej. Tymczasem śnieg stanowi istotny element zasilania rzek, gleb i wód podziemnych.

Zmienia się również charakter opadów w cieplejszej części roku. Okresy bez deszczu stają się dłuższe, a kiedy opady już występują, częściej mają charakter intensywny. Duża ilość wody spada wtedy w krótkim czasie, co oznacza, iż zamiast spokojnie wsiąkać w glebę i zasilać zasoby wodne, może gwałtownie spłynąć powierzchniowo.

Istotnym elementem bilansu wodnego jest także parowanie. Im wyższa temperatura, tym więcej wody trafia z powierzchni ziemi do atmosfery. W skali globalnej zwiększone parowanie jest częścią obiegu wody i może prowadzić również do zwiększenia opadów. Jednak w skali lokalnej sytuacja jest bardziej skomplikowana.

W Polsce wzrost rocznej sumy opadów nie rekompensuje strat związanych ze zwiększonym parowaniem. Oznacza to, iż kolejne cieplejsze lata mogą powodować coraz większy deficyt wody. Szczególnie widoczne jest to latem, podczas fal upałów, kiedy pojemność wodna atmosfery gwałtownie rośnie.

  • Czytaj także: Polityka wodna jak za Gierka? „Betonujmy, osuszajmy, regulujmy”

Woda, która zbyt gwałtownie ucieka z krajobrazu

Na skutki zmian klimatu nakłada się sposób, w jaki przez dziesięciolecia gospodarowaliśmy wodą. Polska przez lata była nastawiona przede wszystkim na odwadnianie terenów. Dotyczyło to zarówno miast, terenów rolniczych, jak i lasów.

W przeszłości takie podejście uzasadniano potrzebami gospodarczymi. Osuszano tereny, aby zwiększać powierzchnię użytkową i umożliwiać ich zagospodarowanie. Budowano rowy melioracyjne, regulowano rzeki i tworzono systemy, których zadaniem było jak najszybsze odprowadzenie wody.

Dzisiaj coraz wyraźniej widać negatywne konsekwencje tego sposobu gospodarowania. Gdy nie pada, brakuje wody, ponieważ wcześniej nie została ona zatrzymana w krajobrazie. Gdy natomiast pojawia się gwałtowny deszcz, woda bardzo gwałtownie odpływa, zwiększając ryzyko podtopień i powodzi.

Powstaje więc paradoks: ten sam system, który ma chronić nas przed nadmiarem wody, może jednocześnie pogłębiać problem jej niedoboru.

– o ile przez lata gospodarka była nastawiona na pozbywanie się wody, czy to z miast, czy z terenów rolniczych, czy leśnych, to teraz mści się to podwójnie – podkreśla dr Szklarek. – Z jednej strony, kiedy nie pada, mamy coraz większe problemy z suszą, bo ta woda nie była zatrzymana w krajobrazie. Z drugiej strony rośnie ryzyko powodziowe po większych opadach.

Susza w Europie obnaża słabość paliw kopalnych: Polska zamyka elektrownie węglowe chłodzone rzekami. "Elektrownie napędzające zmiany klimatu coraz częściej padają ich ofiarą” – mówi wiceprezes polskiej organizacji ekologicznej @EkoUnia, Paweł Pomian. https://t.co/tFL8hm33Sb

— Czas na Odrę! (@OdraRiver) August 11, 2026

Zamiast odprowadzać wodę, trzeba ją zatrzymywać

Zdaniem ekohydrologa jednym z najważniejszych sposobów ograniczania skutków suszy powinno być zatrzymywanie wody jak najbliżej miejsca, w którym spadła.

Chodzi przede wszystkim o rozwiązania oparte na naturze. Mogą to być niewielkie zagłębienia terenu, które pozwalają wodzie zatrzymać się i wsiąknąć w glebę, naturalne obniżenia, mokradła czy niewielkie obiekty retencyjne. W niektórych miejscach dobrym rozwiązaniem może być również rezygnacja z istniejących rowów odwadniających, o ile nie pełnią już potrzebnej funkcji.

Nie zawsze oznacza to konieczność budowy dużych zbiorników. Często skuteczniejsze może być rozproszone zatrzymywanie wody w całym krajobrazie – na terenach rolniczych, leśnych i miejskich.

Takie podejście oznacza zmianę myślenia o gospodarce wodnej: zamiast traktować wodę jako problem, który należy jak najszybciej odprowadzić, trzeba zacząć postrzegać ją jako zasób, który należy zatrzymać.

Od kraju lasów i bagien do kraju rowów melioracyjnych

Obecne problemy są również konsekwencją wielowiekowego przekształcania polskiego krajobrazu. Jak zauważa dr Szklarek, jeszcze wcześniej znaczna część Polski była krajem lasów, mokradeł i terenów podmokłych. Wraz z rozwojem gospodarczym pojawiła się potrzeba ich osuszania i zagospodarowywania.

Wycinano lasy, osuszano bagna, budowano rowy melioracyjne, regulowano rzeki i zwiększano powierzchnię terenów przeznaczonych pod rolnictwo oraz zabudowę.

Konsekwencje tych zmian są widoczne do dziś. Osuszone mokradła przestały pełnić funkcję naturalnych magazynów wody. Wyprostowane i uregulowane rzeki szybciej odprowadzają wodę. Z kolei zabudowa terenów naturalnie zalewowych zwiększa zagrożenie powodziowe.

W efekcie krajobraz coraz gorzej radzi sobie zarówno z niedoborem, jak i nadmiarem wody.

Problem wysychających rzek należy więc postrzegać szerzej niż tylko jako efekt braku deszczu. To rezultat nakładania się zmian klimatycznych na wieloletnie przekształcenia środowiska i sposób gospodarowania wodą. jeżeli chcemy ograniczyć skutki suszy, nie wystarczy czekać na bardziej mokre lata. Konieczna jest zmiana podejścia – od szybkiego odprowadzania wody do jej zatrzymywania i przywracania naturalnych mechanizmów retencji.

  • Czytaj także: „Klęska nieurodzaju” Nie wystarczy czekać na deszcz

Zdjęcie tytułowe: Życie na Pola

Idź do oryginalnego materiału