Mariusz Kamiński ogłasza alarm: rząd ma rzekomo łamać prawo, sądy są „ręcznie sterowane”, a Polska zmierza ku „kryptodyktaturze”. Problem w tym, iż za głośnymi słowami byłego szefa MSWiA nie idą fakty, ale dobrze znany scenariusz PiS – każdą próbę rozliczenia nadużyć przedstawić jako zamach na demokrację.
Występ Mariusza Kamińskiego na antenie wPolsce24 to kolejny przykład politycznej retoryki, która z faktami obchodzi się jak z plasteliną, a z pojęciem państwa prawa – jak z narzędziem do straszenia własnego elektoratu. Były szef MSWiA, dziś europoseł PiS, zareagował na noworoczne orędzie Donalda Tuska serią oskarżeń tak ciężkich, jak słabo udokumentowanych. W jego opowieści Polska znalazła się na krawędzi „kryptodyktatury”, rząd szykuje „represje wobec opozycji”, a ministrowie „łamią prawo w sposób ostentacyjny”. Brzmi dramatycznie. Problem w tym, iż to w znacznej mierze polityczna fantasmagoria.
Kamiński twierdzi, iż „celem Tuska jest utrzymanie się u władzy”, a jedyną drogą do tego ma być „skuteczne rozbicie opozycji”. To teza wygodna, bo pozwala każdą próbę rozliczenia nadużyć władzy z lat rządów PiS przedstawić jako zamach na demokrację. Gdy premier zapowiada „dociśnięcie śruby przestępcom wszelkiej maści – czy to będzie król kiboli, handlarz narkotyków czy skorumpowany polityk”, Kamiński słyszy w tym zapowiedź represji. Inni słyszą coś znacznie prostszego: deklarację elementarnego egzekwowania prawa.
Były minister idzie dalej, oskarżając rząd i ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka o „ręczne sterowanie sądami” i „mnożenie aktów oskarżenia”. „Tusk i Żurek będą łamać prawo” – mówi Kamiński z pełnym przekonaniem. Tyle iż nie przedstawia spójnego dowodu na systemowe łamanie ustaw, a przywoływane przykłady – jak spór o losowy wybór sędziów – są przedmiotem publicznej debaty prawnej, a nie jednoznacznych orzeczeń. Różnica między sporem interpretacyjnym a „ostentacyjnym łamaniem prawa” jest zasadnicza, choć w retoryce PiS konsekwentnie się ją zaciera.
Szczególnie niepokojący jest moment, w którym Kamiński przywołuje odmowę zatwierdzenia Europejskiego Nakazu Aresztowania i cytuje sędziego mówiącego o „kryptodyktaturze”. Z tej jednostkowej decyzji buduje narrację o „wielkiej nadziei”, iż sędziowie „obronią honor wymiaru sprawiedliwości” przed rządem. To paradoks, który warto odnotować: polityk obozu, który przez lata systemowo podważał niezależność sądów, dziś stawia się w roli ich obrońcy. Selektywna miłość do trójpodziału władzy jest jednak mało wiarygodna.
Kamiński ostrzega, iż „ludzie muszą reagować, bo to może dotknąć każdego”. To klasyczny chwyt mobilizacyjny, oparty na strachu. Nie pada jednak pytanie zasadnicze: czy przestrzeganie prawa i rozliczanie nadużyć rzeczywiście „dotyka każdego”, czy raczej tych, którzy mieli powody obawiać się kontroli? W tej narracji każdy akt państwa wobec polityków PiS urasta do rangi zamachu na wolności obywatelskie, a każda decyzja sądu nie po myśli opozycji staje się dowodem autorytaryzmu.
Na koniec Kamiński wciąga do tej opowieści prezydenta Karola Nawrockiego, nazywając jego wybór „historycznie ważnym” i sugerując, iż tylko on chroni Polskę przed „domknięciem układu”. To już nie analiza, ale polityczna mitologia: prezydent jako ostatni bastion wolności, rząd jako opresor, opozycja jako ofiara. W tak skonstruowanym świecie nie ma miejsca na fakty, proporcje ani odpowiedzialność.
Występ Kamińskiego mówi więc więcej o kondycji PiS niż o realnym stanie demokracji. To język oblężonej twierdzy, w której każde działanie państwa jest wrogim aktem, a każde rozliczenie – zemstą. Problem polega na tym, iż po latach rządów tej formacji coraz trudniej przekonać opinię publiczną, iż powrót elementarnych standardów państwa prawa jest „represją”. Gdy krzyk zastępuje argument, a oskarżenie – dowód, polityka traci wiarygodność. I dokładnie to stało się w tej rozmowie.

2 godzin temu














