Kraków wszedł w fazę politycznej kampanii ulicznej, jakiej miasto dawno nie widziało. Organizatorzy referendum zbierają podpisy z rozmachem, którego nie da się już zbyć wzruszeniem ramion ani sprowadzić do „chwilowej gorączki”. Po drugiej stronie barykady prezydent Aleksander Miszalski – po uporządkowaniu zaplecza komunikacyjnego – zaczyna grać ofensywnie w internecie. I to też nie wygląda na improwizację.
Pod stadionem, pod galeriami, na targach: podpisy rosną szybciej niż emocje
Wczoraj – przed meczem Wisły Kraków, której Miszalski jest kibicem – podpisy pod referendum zbierało ponad 60 wolontariuszy. Dziś akcja przeniosła się pod największe galerie handlowe i na place targowe – tam również pojawiły się dziesiątki osób z listami.
Dynamika? Imponująca. Logistyka? Coraz sprawniejsza. Wrażenie jest takie, jakby w tej operacji nie było „ekonomiczno-politycznego sufitu” – jakby każdy kolejny dzień mógł przynieść jeszcze większą skalę. To już nie jest kilkuosobowa grupa z teczką. To jest sieć punktów, zmiany, dyżury, kalendarz miejsc, a przede wszystkim: obecność w mieście.
I właśnie to jest dziś najmocniejsza waluta organizatorów – wrażenie masowości. Niezależnie od tego, jak kto ocenia sam pomysł referendum, akcja wygląda na zaplanowaną, konsekwentną i rosnącą.
Pierwsze zgrzyty: gdy kampania zderza się z ulicą
Ale tam, gdzie jest tłum i temperatura sporu, pojawiają się też sytuacje nieprzyjemne. Wśród pierwszych sygnałów, iż kampania zaczyna mieć ostrzejsze krawędzie, jest historia z Nowej Huty: Michał Drewnicki miał uczestniczyć w niegroźnie wyglądającej utarczce słownej na placów targowym w Bieńczycach.
To jeszcze nie jest przemoc, to jeszcze nie jest „moment przełomu” – ale to jest sygnał ostrzegawczy. Kampania referendalna, szczególnie w terenie, potrafi wchodzić ludziom w codzienność: w kolejkę po warzywa, w drogę do domu, w rodzinne emocje, w spory. A wtedy wystarczy iskra.
Jeśli ta dynamika się utrzyma, organizatorzy będą musieli nie tylko zbierać podpisy, ale też zarządzać napięciem – bo z każdą kolejną tysiącem rozmów rośnie ryzyko kolejnych scen, które natychmiast stają się paliwem dla obu stron.
Miszalski po reorganizacji „Kraków.pl” wchodzi w internetową ofensywę
W tle Miszalski wykonuje ruch, który w kampaniach bywa kluczowy: uporządkował kanał dotarcia do starszych mieszkańców poprzez reorganizacje wydawnictwa „Kraków.pl” – przy koszcie rzędu ok. 1,5 mln zł. Teraz próbuje domknąć kolejny odcinek informacyjnej układanki w Internecie. Na profilu prezydenta od kilku dni mocno wybrzmiewają nowe tablice, nowe akcenty, nowe znaczniki: #zrobione, #LicząSięFakty, #wDobrymKierunku. To nie jest seria pojedynczych reakcji na kryzys. To przypomina spiętą strategię: stały rytm publikacji, konsekwentny język, próba przejęcia inicjatywy i narzucenia ram dyskusji.
W skrócie: jeżeli organizatorzy referendum grają dziś „na ulicy” to za mało, bo Prezydent Miszalski próbuje zrobić z Internetu własne boisko. I o ile mu się uda sprawa referendum wydaje się zamknięta. W tej bitwie wygrywa tylko „prosta masowość działań” a nie pojedyncze choćby najinteligentniejsze szarże.
Koniec „gorączki”, początek kampanii w stylu długiego marszu
Pierwsze dni „referendalnej gorączki” należały do organizatorów. Efekt nowości, świeżości i mobilizacji działa jak dopalacz. Ale teraz przychodzi etap, w którym kampanie wygrywa się inaczej – nie spektaklem, tylko wytrzymałością.
To moment, gdy wszystko staje się monotonne: te same argumenty, te same uśmiechy, te same hasła, ta sama walka o uwagę przechodniów. Długi marsz. Wojna na wyniszczenie. Bitwa, w której liczy się nie tylko tempo, ale też odporność.
Dlatego dziś – paradoksalnie – jest najlepszy moment na kontratak Miszalskiego. Bo kiedy entuzjazm ulicy zaczyna przechodzić w rutynę, rośnie znaczenie tych, którzy potrafią utrzymać przekaz i kontrolować narrację.
„Bitwa nad Wisłą” i pytanie o „cud”
Teraz powoli przychodzi czas monotonnej kampanii w stylu bitwy pod Verdum – strony się kopały więc parafrazując mamy „bitwę nad Wisłą” – o miasto, o emocje, o interpretację faktów, o to, kto ma moralny mandat do opowiadania krakowskiej historii. I w tej bitwie nie chodzi wyłącznie o listy z podpisami ani o hasztagi. Chodzi o to, kto narzuci ton, bo do ostatniej prostej jeszcze bardzo daleko: organizatorzy, którzy zbudowali uliczny rozmach czy prezydent, który próbuje zamienić defensywę w przemyślaną ofensywę.
Pytanie nie brzmi już „czy to się wydarzy”. To się dzieje. Pytanie brzmi: komu przypadnie laur zwycięstwa – i czy na finiszu zobaczymy „cud nad Wisłą” czy „cud nad urną”.
W Krakowie kampania przestaje być epizodem. Zaczyna być testem siły. I testem cierpliwości. Jedno jest pewne, zawsze wygrywa przewidywalna arytmetyka czyjeś dobrze skonstruowanej polityki.
(KK)

1 godzina temu






