Jarosław Kaczyński stworzył nową lalkę voodoo i przekonał, iż będzie najlepszym premierem, gdy w przyszłym roku PiS wygra wybory i zdobędzie władzę. Lalka nazywa się Przemysław Czarnek.
Trudno powiedzieć, co dzieje się z Kaczyńskim – czy to już TEN moment, gdy trzeba odsłonić karty, zdjąć maskę dobrego wujka i wskazać, iż tak naprawdę prezes PiS jest tajnym agentem Koalicji Obywatelskiej, którego zadanie polega na rozbiciu PiS od środka. Inaczej nie można wytłumaczyć faktu, iż prezes partii robi wszystko, aby jego ugrupowanie przegrało wybory.
Zapewne Wielki Jarosław chciał upokorzyć byłego bankstera Morawieckiego za to, iż w ostatnich miesiącach usiłował budować frakcję, która przejmie po nim ster, ale Czarnek jako potencjalny premier to prawdopodobnie kolejne 8% niżej w sondażach. Dr Czarnek jest takim samym intelektualnym flejtuchem, jakim była, nomen omen, dr Pawłowicz, błędnie nazywana „profesorem”. Nikt nie twierdzi, iż wyznawcy ideologii ajatollaha z Nowogrodzkiej to ludzie o wysublimowanym guście politycznym, ale prawdopodobnie część z nich zareagowała na ten wybór z obrzydzeniem.
Jeżeli ktoś ma wątpliwości, czy Czarnek nadaje się na twarz rządu w państwie należącym do Unii Europejskiej, wystarczy przypomnieć kilka jego publicznych wystąpień i decyzji z czasu, gdy był ministrem edukacji.
Czytaj: „Pies łańcuchowy – szczęśliwy Czarnek”.
To właśnie Czarnek zasłynął z wykładów o tym, iż kobiety są „powołane przede wszystkim do rodzenia dzieci”, co wywołało protesty nie tylko w kraju, ale i za granicą. Innym razem przekonywał, iż osoby LGBT „nie są równe ludziom normalnym”, czym wprowadził do debaty publicznej język, który choćby wśród polityków prawicy budził zakłopotanie.
Jako minister edukacji prowadził ideologiczną krucjatę przeciwko szkołom i organizacjom społecznym. Forsował projekt zwany potocznie „Lex Czarnek”, który miał oddać kuratorom oświaty faktyczną kontrolę nad szkołami i umożliwić blokowanie zajęć prowadzonych przez organizacje pozarządowe. Pomysł został zawetowany przez prezydenta po fali krytyki ze strony samorządów, nauczycieli i rodziców.
Lista jego wypowiedzi kompromitujących urząd publiczny jest dłuższa. Czarnek potrafił opowiadać o „cywilizacji śmierci” rzekomo zagrażającej Polsce z Zachodu, straszyć „seksualizacją dzieci”, a jednocześnie prowadzić politykę edukacyjną, która sprowadzała szkołę do pola ideologicznej walki. W tym samym czasie polska edukacja zmagała się z brakami kadrowymi, chaosem programowym i spadkiem prestiżu zawodu nauczyciela.
Do tego dochodzi kwestia gospodarowania pieniędzmi publicznymi w czasie, gdy kierował resortem edukacji. Ministerstwo pod jego nadzorem prowadziło szeroki strumień dotacji dla organizacji i instytucji ideowo bliskich władzy. Program „Willa+” stał się symbolem tej polityki: milionowe kwoty trafiały do fundacji i stowarzyszeń powiązanych z politykami obozu rządzącego lub środowiskami kościelnymi. Część z nich przeznaczała pieniądze na zakup nieruchomości czy remonty siedzib, choć w praktyce trudno było wskazać związek tych wydatków z edukacją. Krytycy wskazywali, iż zamiast wspierać szkoły zmagające się z brakami kadrowymi i niedofinansowaniem, resort rozdawał publiczne środki w sposób przypominający nagrodę dla lojalnych środowisk.
Dlatego pomysł, aby właśnie tę postać wystawić jako kandydata na premiera, wygląda nie jak poważna decyzja polityczna, ale jak demonstracja słabnącej pozycji prezesa. Czarnek jest bowiem typem, który świetnie sprawdza się w roli komisarza ludowego i wiejskiego trybuna, ale znacznie gorzej jako człowiek odpowiedzialny za państwo.
→ (mb)
8.03.2026
• foto:
• więcej o Czarnku: > tutaj

20 godzin temu











