Są takie informacje, przy których człowiek czyta nagłówek drugi raz, bo przez chwilę zastanawia się, czy dobrze zrozumiał jego sens. Tak było i tym razem. Otwieram rano Facebooka i czytam, iż kierowany przez Jacka Sutryka Związek Miast Polskich postuluje ograniczenie jawności oświadczeń majątkowych samorządowców, argumentując to tym, iż ich obecna forma „stygmatyzuje”.
O pomyśle rezygnacji z publikowania oświadczeń majątkowych samorządowców poinformowała Gazeta Wyborcza; fot. screen FB wyborcza.plPatologia tocząca część samorządów terytorialnych w Polsce wydaje się nie mieć końca. Organizacje takie jak Związek Miast Polskich, do którego przynależy wielu samorządowców, szczególnie burmistrzów i prezydentów miast miały działać na rzecz samorządności, wymiany wiedzy, wspólnej troski o nasze małe ojczyzny i wzmacniania wspólnot.
Patrząc na kolejne działania i postulaty, coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, iż zamiast obywatela w centrum uwagi coraz częściej pojawia się troska o wygodę samorządowców ze strony władzy wykonawczej, którzy chcą rządzić bez końca niczym władcy absolutni – wszechwiedzący, obdzielający naszymi wspólnymi pieniędzmi, niesprawdzani, niekontrolowani przez nikogo, choć idea samorządności zapisana w ustawach była i powinna być przez cały czas nieco inna.
Były już głosy Związku Miast Polskich przeciw ograniczeniom kadencyjności, które trafiły do obecnego rządu (jak mniemam ktoś je wyciągnie niebawem z zamrażarki!).
Pojawił się też zdaje się sprzeciw tej organizacji wobec blokowania działań związanych z wydawaniem przez samorządy własnych mediów
A dziś wypływa jeszcze pomysł ograniczania jawności oświadczeń majątkowych.
A ja pytam: gdzie w tym wszystkim jest idea samorządności oraz transparentność?
Największym problemem polskiego samorządu i osób, które stoją na jego czele, nigdy nie była nadmierna przejrzystość. Dlaczego? To akurat proste – bo dzięki temu można wiele niewygodnych wątków ukryć. W tym patologii, która wypaczyła ideę samorządności, a wypaczyła ją, bo ci rządzący zachowują się jak panie i panowie we własnych folwarkach, księstwach i cesarstwach, skutecznie wypierając fakt, iż samorząd tworzony jest przez mieszkańców i iż to oni powinni mieć głos, kontrolę i być informowani o wszystkim, a nie tylko o tym, co rządzącym wygodnie…
I to dlatego w tak wielu samorządach terytorialnych w Polsce obserwujemy dziś to, co śmiało można nazwać patologią i układem zamkniętym.
Jak to rozpoznać?
Problem z samorządnością w danej gminie zaczyna się wtedy, gdy obok idei służby mieszkańcom obserwujemy, że:
– wśród samorządowców – głównie wójtów, burmistrzów, prezydentów rządzi przekonanie, iż radnym i mieszkańcom można powiedzieć tylko tyle, ile akurat uzna się za wygodne;
– wśród samorządowców pojawia się nadmierna, nieograniczona niczym pazerność i zachłanność. Zachłanność na stanowiska, wpływy, funkcje, dodatki, miejsca w spółkach, radach nadzorczych, sięganie po kolejne źródła dochodu i kolejne przywileje;
– część samorządowców zaczyna traktować samorząd i swoje gminy jak zamknięty klub wzajemnych przysług;
– w regionie zaczyna działać samorządowy program „rodzina na swoim”, który opiera się na prostych zasadach: ty mnie i moich zastępców, radnych do swoich rad nadzorczych, ty pracę u siebie dla mojej żony, męża, dzieci lub ludzi z mojego środowiska – a ja tobie. I wszystko kręci się dalej. Bo nepotyzmu na pozór nie widać w obrębie jednej gminy, ale… ona ma się dobrze w całym regionie. Ba… i spotkania na takich związkach jak choćby Związek Miast Polskich, który chce teraz „pozamiatać” transparentność w zakresie oświadczeń majątkowych oraz wiele innych związków różnych elit właśnie temu sprzyjają! Tak, tak… ładnie opakowuje się je w cele takie jak wymiana wiedzy, współpraca, a często obok tego dochodzi do wymiany interesów i kasy publicznej podatników.
– część politycznych „cesarzy swoich małych księstw” zaczyna postrzegać ludzi bardzo prosto i dzielić ich na trzy grupy:
- tych, którym można sprzedać każdy przekaz, bo „ciemny lud kupi”;
- tych, którzy doskonale rozumieją mechanizmy, ale wolą z nimi płynąć, bo też chcą mieć z tego korzyści i święty spokój, i ich się kupuje;
- oraz tych, którzy wiedzą, patrzą, pytają i mówią głośno o tym, co widzą.
I właśnie ta ostatnia grupa, która stanowi najczęściej garstkę w każdej gminie, staje się problemem dla rządzących samorządem (i tu przypomnę, że: władzą samorządową w Polsce jest nie tylko demokratycznie wybrany wójt, burmistrz czy prezydent stojący na czele władzy wykonawczej, ale w równym stopniu radni gminni i miejscy jako członkowie organu stanowiąco-kontrolnego nad władzą wykonawczą).
Grupa ta jest problemem, bo nie przytakuje lub nie przytakuje przez cały czas.
Nie przyjmuje wszystkiego bezrefleksyjnie.
Czyta dokumenty, domaga się dokumentów.
Patrzy na ręce władzy samorządowej, zadaje pytania i wyciąga niewygodne sprawy na światło dzienne.
I z tą grupą walczy często cały patologiczny samorządowy układ – nazywając poszczególnych jej członków wprost: wrogami, oszołomami szerzącymi dezinformację, próbując ich także ośmieszać publicznie twierdzić nawet, iż działają przeciw dobru gminy czy stosować wobec nich ostracyzm i wiele innych praktyk, o których można by tu pisać długo.
Czego tym razem boi się ta samorządowa elita skupiona wokół Związku Miast Polskich, iż zaczyna walczyć o utajnienie oświadczeń majątkowych?
Tego, iż większość mieszkańców poszczególnych gmin zobaczy bardziej namacalny obraz tego, jak funkcjonują pewne mechanizmy? I iż „ciemny lud” przestanie być ciemny i masowo kupować bajki?
Tego, iż społeczność zrozumie, iż trudno znaleźć u części środowiska samorządowego jakiekolwiek granice pazerności?
Tego, iż mieszkańcy zrozumieją, iż niektórzy wybierają się do samorządu tylko po bo, by budować wzajemne zależności i układy, które nijak nie przekładają się na rozwój gmin a są jedynie skokiem na kasę tych gmin?
Bo jak dla mnie oświadczenia majątkowe nie istnieją po to, by kogokolwiek obnażać i stygmatyzować.
Istnieją po to, aby mieszkańcy mogli patrzeć władzy na ręce.
Istnieją po to, żeby obywatel miał możliwość pobieżnej kontroli i wiedział, kto, gdzie i za co odpowiada.
Słowa „pobieżnej” użyłam celowo – w oświadczeniach majątkowych wiele można pominąć i nikt nie jest w stanie póki co tego sprawdzić, chyba iż kimś nadmiernie zainteresują się odpowiednie służby…
Jednak jeżeli samorządowiec posiada choćby niewiadomego albo wiadomego źródła pochodzenia oszczędności w gotówce, które trzyma nie w banku, a w słoiku zakopanym pod drzewem w lesie albo ukrytym w schowku w piwnicy czy gdziekolwiek indziej, to nikt nie musi się o nich dowiedzieć, chyba iż sam chce podać ilość tych słoików i miejsce, gdzie je zakopał (a zwykle nie chce!).
Ale fakt… w oświadczeniach majątkowych nie pominie się rad nadzorczych u kolegów i koleżanek samorządowców, z których pobiera pieniądze;
Nie pominie się miejsca pracy załatwionego u kolegi czy koleżanki innym samorządzie (dla niektórych czasami równolegle 3–4 pełno etatowego miejsca pracy lub intratnego zlecenia!!!!);
Nie pominie się pieniędzy wpływających na rachunek bankowy stanowiących dochód samorządowca;
Nie pominie się kwot przedstawianych w rocznych deklaracjach podatku PIT składanych do Urzędu Skarbowego.
A to już naprawdę dużo, bo patrząc na działania różnych służb oraz tych wszystkich, którzy stanowią część lokalnych i ponadlokalnych układów – nikomu nie chce się szukać nieswoich słoików z oszczędnościami i udowadniać ich pochodzenia oraz tego, dlaczego „ktoś zapomniał” ująć ich w oświadczeniu majątkowym.
I dlatego, a adekwatnie choćby pomimo tego, oświadczenia majątkowe są potrzebne i niezbędna jest ich jawność.
Bo samorząd nie jest prywatnym folwarkiem, a funkcja publiczna nie jest przywilejem bez społecznej kontroli.
A Wy co o tym wszystkim sądzicie?
Uważacie, iż oświadczenia majątkowe samorządowców powinny być jawne czy tajne?
Sylwia Osojca-Kozłowska
Radna Rady Miejskiej w Świdnicy
Chcesz wiedzieć więcej – zaglądaj na
https://www.facebook.com/radnaosojca

1 godzina temu










