Sąd Okręgowy w Szczecinie 4 września prawomocnie uznał, iż poseł PiS Dariusz Matecki zniesławił marszałka Olgierda Geblewicza. Postępowanie warunkowo umorzono na rok próby, więc nie jest to formalne skazanie. Matecki ma w ciągu dwóch tygodni przeprosić i zapłacić 10 tys. zł nawiązki. Wyrok wyznacza granicę politycznego oskarżenia.
Sąd stwierdził winę, ale nie skazał
Prawomocne orzeczenie Sądu Okręgowego w Szczecinie zakończyło prywatnoskargowy proces dotyczący wypowiedzi Dariusza Mateckiego o Olgierdzie Geblewiczu. Sąd uznał, iż poseł dopuścił się zniesławienia marszałka województwa zachodniopomorskiego i naraził go na utratę zaufania potrzebnego do pełnienia funkcji publicznej.
W medialnych nagłówkach pojawiło się słowo „skazany”, ale rozstrzygnięcie wymaga precyzji. Sąd stwierdził winę Mateckiego, a następnie warunkowo umorzył postępowanie na roczny okres próby. Taki wyrok jest prawomocny, ale nie jest formalnym wyrokiem skazującym. Kodeks karny pozwala na warunkowe umorzenie, gdy okoliczności czynu nie budzą wątpliwości, a wina i społeczna szkodliwość nie są znaczne.
Matecki ma przeprosić Geblewicza w ciągu dwóch tygodni od ogłoszenia wyroku. Został też zobowiązany do zapłaty 10 tys. zł nawiązki na rzecz marszałka. Według relacji medialnych niewykonanie obowiązków może skutkować podjęciem warunkowo umorzonego postępowania.
Spór zaczął się od słów z 2023 roku
Proces dotyczył wypowiedzi Mateckiego z marca 2023 roku. Poseł mówił wówczas o odpowiedzialności polityków Platformy Obywatelskiej i sugerował, iż Geblewicz zatrudnił osobę skazaną za przestępstwa seksualne wobec małoletnich oraz umożliwił jej dostęp do dzieci. Chodziło o Krzysztofa F., byłego pracownika Urzędu Marszałkowskiego w Szczecinie i pełnomocnika do spraw uzależnień.
Sprawa miała tragiczny i wyjątkowo delikatny kontekst. Wcześniejszy materiał Radia Szczecin zawierał informacje umożliwiające rozpoznanie małoletniej osoby pokrzywdzonej. Później zmarł syn posłanki Magdaleny Filiks. Ze względu na dobro bliskich i ochronę prywatności ten wątek wymaga powściągliwości, a nie politycznego widowiska.
Geblewicz wystąpił przeciwko Mateckiemu z oskarżeniem o zniesławienie. Po prawomocnym rozstrzygnięciu napisał, iż „hejterów trzeba ścigać”, a otrzymaną nawiązkę zamierza przekazać Zachodniopomorskiemu Hospicjum dla Dzieci i Dorosłych.
Wolność słowa ma twardą granicę
Polityk musi znosić ostrą krytykę. Obywatele i media mają prawo pytać o decyzje kadrowe, odpowiedzialność urzędu oraz sposób reagowania na przestępstwa. Bez tej swobody kontrola władzy byłaby fikcją. Wolność słowa nie obejmuje jednak prawa do przedstawiania jako faktu zarzutu, którego autor nie potrafi obronić przed sądem.
To rozróżnienie jest ważne także dla prawicy. Obrona swobody debaty traci wiarygodność, kiedy miesza się opinię, pytanie i udowodniony fakt. Im cięższe oskarżenie, tym mocniejszy musi być materiał, na którym się opiera. Partyjna przynależność nie zwalnia z tej zasady nikogo.
Trzeba też oddzielić ten proces od innych postępowań dotyczących posła. Zatrzymanie Dariusza Mateckiego przez ABW było związane z odrębną sprawą i nie stanowi dowodu w sporze z Geblewiczem. Łączenie różnych postępowań w jedną opowieść byłoby równie nierzetelne jak ignorowanie prawomocnego wyroku.
Odpowiedzialność za słowo chroni debatę
Polska debata publiczna jest brutalna, ale nie musi być bezkarna. Sąd nie zakazał Mateckiemu krytykowania marszałka ani Platformy Obywatelskiej. Ocenił konkretną wypowiedź i uznał, iż przekroczyła granicę zniesławienia. Równocześnie zastosował środek łagodniejszy niż skazanie, wyznaczając roczny okres próby oraz obowiązek przeprosin i zapłaty nawiązki.
Stawką dla Polaków jest jakość życia publicznego. Gdy polityczne oskarżenia odrywają się od dowodów, obywatele tracą możliwość odróżnienia realnej afery od partyjnej salwy. Prawica powinna bronić prawdy z równą stanowczością, z jaką broni wolności słowa. Inaczej sama osłabia narzędzie, którym kontroluje władzę.











