Postprawda walcząca. Polska polityka karykaturą Schmitta i postmoderny

9 godzin temu

Dlaczego partie „uśmiechu i zgody narodowej” giną pod ciosami „polityczności”, z którą chciały walczyć? Dlaczego „totalność” pojawia się, gdy spory światopoglądowe ustępują miejsca personalnym konfliktom? Dlaczego gdy zanika prawda, pojawiają się prawdy absolutne, a nie relatywizm?

Newsletter

Dołącz do grona zawsze poinformowanych! Zapisz się na newsletter i otrzymuj cotygodniowe podsumowania naszej działalności oraz informacje o nadchodzących wydarzeniach.

Zapisywanie…
Zapisuję się

Dziękujemy za zapis do naszego newslettera!

Dwa zdarzenia z polskiego życia politycznego nie byłyby same w sobie tak interesujące, gdyby nie wyrażały samej jego istoty. Wyrzucenie posłanki Pauliny Matysiak z partii Razem z powodu jej zaangażowania we wpieranie budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego wspólnie z politykami Prawa i Sprawiedliwości oraz rozpad partii Polska 2050 Szymona Hołowni warto postrzegać nie jako incydenty, ale konsekwencje charakteru polskiej polityki, jej nieodzowne skutki, uzewnętrznienie tego, co tkwi w samej jej istocie. To, co wielu lubi przyporządkowywać do nadużywanej kategorii „wojny plemiennej”, stanowi karykaturę dwóch całkowicie różnych koncepcji polityki, jak i – ogólniej – świata.

Schmitt i postmoderniści tłumaczą polską politykę?

Z jednej strony, Carl Schmitt nie daje o sobie zapomnieć i ze swoją wizją polityki jako konfliktu opartego na realnych różnicach interesów patrzy z pobłażliwością na przekonanych o wprowadzaniu „nowej jakości” piewców „zgody narodowej”, zadbanych trawników i pięknych uśmiechów. Kończą oni zwykle w bezwzględnym uścisku tego, co zlikwidować obiecywali. Kończą przeobrażeni w nicość ci, którzy aksjologiczną nicość, podaną w krótkotrwale przystępnej formie „Sejmflixa” przedstawiali jako antidotum. Kończą – w tym dramacie jest dużo z komedii – zmieniając nazwę na Polska 2050 Rzeczpospolitej Polskiej, i zdegustowani przyznają, iż w polityce nie o uśmiechy i trawniki chodzi, ani choćby nie o Szymona Hołownię. I z Adamem Gomołą jako ukłonem w stronę realnego wymiaru polityki.

Z drugiej strony, Michel Foucault z jego hasłem „prawda was zniewoli”, dowodzący, iż samo przekonanie o istnieniu prawdy prowadzi do totalitaryzmu, skutkując bezkompromisowością w egzekwowaniu wynikających z niej postulatów – on też nie daje o sobie zapomnieć. Polska polityka to „dyskursy”, „narracje”, „interpretacje” – każdy ma swoje definicje pojęć, swoje media, swoje oryginały, które stara się kserować, swoich męczenników, swoich sędziów i swoich przestępców. Już dawno nie chodzi o to „co”, ale o to „kto”.

To świat profesor Renaty Mieńkowskiej-Norkiene, która podczas debaty w TVP Info miała weryfikować prawdziwość wypowiedzi uczestników i która przerwała Wojciechowi Machulskiemu z Konfederacji po słowach: „Unia Europejska nie pozostało państwem”, tłumacząc – tak jakby to miało tłumaczyć cokolwiek – iż to z uwagi na użycie słów „na szczęście” w ramach komentarza do wcześniejszego zdania. Zupełnie nie chodzi mi tu o samą kolejność zdarzeń – pani profesor nacisnęła przycisk nakazujący przerwać wypowiedź jeszcze przed tym „na szczęście”. Charakterystyczne jest to, iż ktoś, kto w zamiarze (bądź jedynie w deklarowanej intencji) twórców programu stanowi zwierciadło prawdy, sam jest przez swój subiektywizm doprowadzany na skraj zaburzenia obsesyjno-kompulsywnego. To przecież jasne, iż prawda jest czwartorzędna – ważne, iż polityk należy do Konfederacji.

Ten obwieszczany z częstotliwością pór roku „upadek autorytetów” następuje nie tyle z powodu partyjnego zaangażowania wielu tych, którzy do tej roli aspirują, ile z powodu braku elementarnej zgody w kwestii tego, jakie wartości są przyswajane przez wszystkich uczestników życia publicznego.

To świat, w którym kalkulatory na pytanie o to, czy 2 plus 2 to 4, odpowiadają: „a jesteś z KO czy z PiS?”.

Buduj z nami Nowy Ład!

Twoje wsparcie to inwestycja w rozwój Polski. Pomóż nam budować niezależny portal opinii broniący polskiej suwerenności i wartości narodowych.

Wpłacam teraz

Schmitt i postmoderniści w krzywym zwierciadle

Schmitt i postmoderniści mówią nam coś o polskiej polityce, ale proste przełożenie ich myśli na naszą współczesność zaowocuje błędami poznawczymi.

Istota „polityczności”, podziału wróg-przyjaciel ulega przeformułowaniu i przenosi się na wymiar osobisty, środowiskowy.

Konflikty partyjne nie stanowią tu odzwierciedlenia realnych problemów społecznych. I nie chodzi o przywoływanie statystyk, które wykazują, jak powszechne jest głosowanie przez wyborców „wbrew sobie”, czyli na partie głoszące postulaty, których realizacja sprzyjałaby wcale nie im (studenci popierają programy korzystne dla przedsiębiorców, krezusi – programy socjalne). jeżeli uczestnicy życia publicznego mają jakieś sprawy pierwszej wagi, to w ogóle nie dotyczą one programów, ale ich samych.

Najbardziej skrajne wypowiedzi polityków głównego nurtu są skrajne skrajnością środków wyrazu, nie zaś skrajnością wyrażanych idei, jeżeli zaś możemy mówić o konsekwencji, to nie w kwestiach światopoglądowych, ale w lojalności wobec własnego środowiska. Co charakterystyczne, najostrzejszy konflikt, stojący u podstaw eskalacji postaw plemiennych, dotyczył katastrofy smoleńskiej, kategorie prawica-lewica pełniły w nim bowiem przecież jedynie funkcję lichej nadbudowy wobec eksplodujących, niczym lawa w wulkanie, personalnych oskarżeń.

Polski duopol partyjny to takie wielkie „skrajne centrum”. Kategoria „skrajnego centrum” użyta została do opisu fenomenu faszyzmu jako wspieranego przez zradykalizowanych wyborców partii centrowych. Jednocześnie wydaje się ona adekwatna także w tym przypadku z uwagi na to, iż oddaje pewien rodzaj wyrazistości politycznego przekazu, niemający jednakże pokrycia w fundamentalizmie światopoglądu.

Wracając do teorii postmodernistów, wyżej starałem się nakreślić zjawisko polegające na wyrugowaniu prawdy jako obiektywnej, poznawalnej i niezmiennej, czyli takiej, jak przedstawiała ją filozofia klasyczna. Zastąpiono ją „mitami” w rozumieniu opowieści, czegoś luźno związanego z rzeczywistością, a w co ludzie wierzą, co ludzie – chodzi właśnie o to – przyjmują jako prawdę. Nie da się jednocześnie nie spostrzec absolutyzacji poszczególnych „prawd” przez tych, którzy je głoszą, podnoszenia „mitów” do rangi obowiązującej wykładni. W duopolu nie istnieją „inne opinie”, ale „wybawcy” i „zdrajcy”, „właśnie tak jest” i „jak zwykle kłamie”.

Postmoderniści fascynowali się choćby imigranckimi gettami, w których widzieli siłę demontującą jednolitość norm społecznych, żywioł podkopujący – w ich optyce – quasitotalitarne społeczeństwo, w którym wszyscy zmuszeni są uznawać jedną prawdę. Polska „wojna plemienna” toczy się między gettami, spośród których każde uznaje, iż w gruncie rzeczy reprezentuje cały kraj. „Tu jest Polska!” versus „tu jest Polska!”.

Intruz wśród „samych swoich”? Czy „sam swój” w krainie intruzów?

Wojna plemienna. Schmittańska „wojna”, postmodernistyczne „plemiona”. „Plemienność” wpływa na charakter „wojny”, wysuwając wymiar personalny na jej pierwszy plan, a „wojna” skłania plemiona do roszczenia nie tylko wyjątkowości, ale także wyłączności. Jak, najkrócej jak to możliwe, można scharakteryzować tę „wojnę plemienną”?

„Śniadanie Rymanowskiego” w Polsat News, 22 marca 2026 roku. Każdy bukmacher zaproponowałby najniższy możliwy kurs za wytypowanie tego, co miało tam miejsce – no, może trochę wyższy, bo w tle zabrakło tym razem zarzutów o „powtarzanie propagandy Kremla”. Ponad połowę programu zajęła kłótnia Bartosza Arłukowicza z KO z Radosławem Foglem z PiS oraz Zbigniewem Boguckim z Kancelarii Prezydenta. Oczywiście, kłótnia w rytmie „kto jest winny”, pełna wypominania i personalnych przytyków. jeżeli ktoś, oglądając to, nie czuł zażenowania, to jedynie dlatego, iż zażenowanie mu spowszedniało.

„O waszej partii piszą: pedofilia obywatelska” – tak rzekł poseł Fogiel, jakby chcąc po raz któryś unaocznić, iż „wojna plemienna” polega na równaniu do dwóch osób: do własnego wodza oraz do najbardziej wyzbytej hamulców osoby w swoim środowisku. Arłukowicz powiedział Boguckiemu, iż chętnie zająłby się jego żoną. Odrażające zbrodnie dokonywane na dzieciach, odrażające potwornością sytuującą je w sferze bliskiej tabu, która wyklucza instrumentalizację dla potrzeb propagandy, a także atakowanie żon innych polityków – to sos, jakim polewa się duopol, choćby nie tyle pikantny, ile niestrawny i przeterminowany. A oni tak „rozmawiali” przez pół godziny. Takie szkolenie dla szambonurków w niedzielny poranek.

Tytuł nagrania na kanale Polsatu na portalu YouTube? Krytyczny i zdystansowany wobec uczynienia personalnej wojny z bardzo poważnego tematu? Nie, przecież nic tak nie przyciąga jak polityczna subtelność rzeźnika. „Potężna awantura w studio” – trudno wymyślić dziś lepszy towar eksportowy w tym bagnie nihilistów, zradykalizowanych nie pomimo braku merytorycznych argumentów, ale właśnie z powodu tego braku.

Zanikł gdzieś w tej otchłani głos obecnego w studio wicemarszałka Sejmu Krzysztofa Bosaka, który próbował merytorycznie odnieść się do kłopotów z porodówkami, krytykując rząd, ale też sygnalizując kierunki zmian. Chciałoby się przywołać Mury Jacka Kaczmarskiego: „Ten z nami! Ten przeciw nam! Kto sam, ten nasz najgorszy wróg”. Bosak był jak jakiś intruz w krainie „samych swoich”. A może jak „sam swój” w krainie intruzów. Nie dość, iż unikał wycieczek personalnych, nie dość, iż nie koncentrował się na przeszłości, to jeszcze proponował rozwiązania. Kultura zdegradowana do poziomu naiwności wołała o pytanie: a co mu to daje – to, iż nikogo nie obraża, to, iż nie widzi w przeciwniku pedofila albo nie zajmuje się jego żoną? Czy on w ogóle nadaje się na polityka?

Jeśli ktoś po takich „debatach” nie ma kaca, to tylko dlatego, iż ma go cały czas.

Polityka uśmiechów na celowniku „polityczności”

W takim świecie triumfują zradykalizowany koniunkturalizm, walczący o życie konformizm, wydrapywana pazurami kariera, w rytmie wrzasku zagłuszającego sumienie. W takim świecie czołową rolę odgrywa Roman Giertych. Jakie poglądy ma Roman Giertych? A co to ma za znaczenie? Nienawidzi PiS – takie ma poglądy.

Szymon Hołownia i jego formacja nie byli pierwszymi, którzy obiecywali „zakończenie wojny polsko-polskiej”, „troskę o sprawy zwykłych ludzi” czy inne tego typu rzeczy, brzmiące niemalże jak zapowiedź, iż „wszyscy będziemy się do siebie uśmiechać”. Wszystkie te hasła – albo bardzo naiwne, albo bardzo cyniczne (szukajmy logiki tam, gdzie dostrzegamy paradoks) – poskromiła polityka realna, w której czasem chodzi o brutalność, czasem o jasny światopogląd, ale nigdy o miałkość. Oddajmy choćby Hołowni, iż częściowo uzdrowił funkcjonowanie Sejmu po czasach marszałkowania Elżbiety Witek, gdyż – w zgodnej opinii większości parlamentarzystów – nie sprawiał problemów z dopuszczaniem wszystkich stron do głosu. Tyle iż taką sanacyjną funkcję powinny pełnić mechanizmy systemowe – redukujący się do niej polityk nie rozumie istoty „polityczności”.

To ciekawe, iż Paulina Matysiak w swojej pracy poselskiej robi mniej więcej to, czym partie typu Polska 2050 obiecywały się zajmować w swoich sloganach – Matysiak przenosi z poziomu propagandowego banału na poziom rzeczywistości obietnicę troski o zwykłych ludzi (oczywiście, nie ona jedyna). Politycy z duopolu łączą w sobie dwie adekwatności – namolne, populistyczne odmienianie „zwykłego człowieka” przez wszystkie przypadki (zauważmy, iż po rządach PiS obydwie partie operują retoryką antyelitarystyczną) z całkowitym podporządkowaniem odgórnej, hierarchicznej naturze polskiej polityki. Ta odgórność połączona z opisaną tu wcześniej personalizacją nie pozostawia miejsca na wspieranie działań niemających swojego źródła we własnym środowisku. Nie chodzi tu choćby po prostu o „linię partii”, ale o najnowszą „linię partii” – stanowisko sprzed tygodnia nie ma żadnego znaczenia, jeżeli było inne od najnowszego.

Czytaj także
Opinia

Lewica z pół-Tuska. Jak reprezentować niezamożnych samemu będąc zamożnym?

Michał Rydlewski
9 kwietnia 2026
Opinia

Nadchodzi Nowe Bizancjum! Prognozy prof. Edwarda Duttona

Marcin Maksymilian Marczuk
19 marca 2026

Plemiona i ich religie zastępcze

Carl Schmitt, analizując dzieje wojny trzydziestoletniej, stwierdził, iż żadna motywacja do podjęcia walki nie ma siły równie potężnej, jak religia. Schmittański „mit” opiera się na kategoriach religijnych przeniesionych do polityki – ma pobudzać wyobraźnię, aktywizować, wywoływać emocje, produkować i reprodukować „bojowników o sprawę”. Mit to – w tym ujęciu – to, w co ludzie wierzą i co popycha ich do działania. Takie „mity” mają zarówno KO, jak i PiS.

Dodajmy jeszcze, iż trzeba życzyć Polsce jak największego zamordyzmu i morderstw politycznych – wtedy łatwiej o „mit”.

Wybitne zrozumienie funkcji „mitu” dla ukonstytuowania zbiorowej samoświadomości wykazała „znana z ziemniaków” posłanka Kinga Gajewska, nieustająca w heroicznych wysiłkach, by zostać skutą kajdankami przez policję w trakcie jednego z wieców wyborczych PiS (zakłócała wiec, nie chciała się wylegitymować). Rząd PiS, jak każda dyktatura, pozwolił przeprowadzić demokratyczne wybory i oddał w ich wyniku ster władzy.

Sam „mit smoleński” zaszkodził nie tylko jakości życia publicznego – otoczył sekciarsko-spiskową aurą kwestię wyjaśnienia wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku, co utrudniło przebicie się ze skądinąd fachowymi obliczeniami choćby profesorowi Wiesławowi Biniendzie.

Słowa mówią za nich

Postmoderniści uznawali język za narzędzie zniewalania ludzi – by to wykazać sięgali po koncepcje francuskiego psychoanalityka Jacques’a Lacana. W swojej teorii języka dowodził on, iż nie tylko my używamy pojęć, ale też pojęcia używają nas – czyli nieświadomie posługujemy się takimi interpretacjami słów, które pozwalają zachować nad nami władzę. Przykładowo, choćby ateista musi pisać słowo „Bóg” od wielkiej litery.

Zauważmy, iż obie strony duopolu narzucają język, w którym ich zwolennicy mówią o rzeczywistości. Zanim przedstawiciel którejś ze zwaśnionych stron przystąpi do opisu, już dokonuje oceny – o jego opinii możemy wnioskować na podstawie samego tylko zestawu pojęć, jakich używa. Nie chodzi tu tylko o najbardziej skrajny wymiar, czyli te wszystkie paski w TV Republika, które tworzą u widza wrażenie, jakby ktoś na niego krzyczał.

Człowiek wychowany na klasycznej publicystyce, w której wniosek następował po analizie, odczuwa pewną dezorientację, gdy już podczas „rozgrzewki” „neutralne” pojęcia uznawane są za podlegające interpretacji i modyfikacji. Rząd Tuska to „Koalicja 13 grudnia”, Trybunał Konstytucyjny za czasów rządów PiS to „Trybunał Julii Przyłębskiej”. Nie ma informacji, jest tylko ocena – nie ma materiału dowodowego, od razu zapada wyrok.

Jak uzasadnimy bezprawie?

Niedobrze, byśmy redukowali przywoływanie teorii Carla Schmitta w kontekście polskiej polityki do decyzjonizmu. Decyzjonizm to koncepcja odrzucająca legalizm prawny, uznająca, iż w obliczu zagrożenia porządku tylko suweren swoimi decyzjami jest w stanie sprawić, iż ład zostanie zachowany.

Realia międzywojennych Niemiec pozwalały wyraźnie odróżniać od siebie koncepcje Schmitta i Loewensteina. Realia dzisiejszej Polski sprawiają, iż zarówno decyzjonizm, jak i „demokracja walcząca” w swojej chęci ominięcia przepisów i uczynienia prawem woli „grupy trzymającej władzę” stanowią to, z czym i Tusk, i Kaczyński nieustannie walczą i do czego nieustannie się przyczyniają – „zagrożenie dla demokracji”.

Ten tekst przeczytałeś za darmo dzięki hojności naszych darczyńców

Nowy Ład utrzymuje się dzięki oddolnemu wsparciu obywatelskim. Naszą misją jest rozwijanie ośrodka intelektualnego niezależnego od partii politycznych, wielkich koncernów i zagraniczych ośrodków wpływu. Dołącz do grona naszych darczyńców, walczmy razem o podmiotowy naród oraz suwerenną i nowoczesną Polskę.

Darowizna na rzecz portalu Nowy Ład Koniec Artykuły

Rodzaj płatności(wymagane)
Wpłata jednorazowa
Wpłata cykliczna
Wybierz kwotę płatności(wymagane)
250 zł
150 zł
100 zł
50 zł
20 zł
Pozostałe
Imię i nazwisko(wymagane)
Imię Nazwisko
Email(wymagane)
Zgoda PayU(wymagane)
Wpłacając darowiznę zgadzasz się z polityką prywatności i regulaminem darowizn PAYU
Idź do oryginalnego materiału