Polska, Szwecja, Holandia i Hiszpania zaapelowały 27 sierpnia do władz UE o nowe sposoby wykorzystania zamrożonych rosyjskich aktywów dla Ukrainy. Ministrowie uznali, iż pożyczka 90 mld euro na lata 2026–2027 nie wystarczy. Dla Polski stawką jest powstrzymanie Rosji bez dalszego przerzucania całego ciężaru na europejskich podatników.
Cztery państwa wracają do rosyjskich aktywów
Ministrowie spraw zagranicznych Polski, Szwecji, Holandii i Hiszpanii skierowali wspólny list do Kaji Kallas, wysokiej przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych, oraz Helen McEntee, minister spraw zagranicznych Irlandii. Pod dokumentem podpisali się Radosław Sikorski, Maria Malmer Stenergard, Tom Berendsen i José Manuel Albares. Pełne założenia wspólnego apelu były już sygnałem, iż część państw nie chce finansować kolejnych lat wojny wyłącznie nowym długiem.
W oficjalnym liście z 27 sierpnia ministrowie przypomnieli, iż unijna pożyczka dla Ukrainy wynosi 90 mld euro i obejmuje lata 2026–2027. Ocenili jednak wprost, iż ta kwota nie zaspokoi potrzeb państwa odpierającego rosyjską agresję. Koszty wojny rosną, a Moskwa nie daje sygnału, iż zamierza zakończyć działania.
Rosja powinna zapłacić za własną agresję
Sens polsko-szwedzko-holendersko-hiszpańskiej inicjatywy jest prosty: ciężar finansowy powinien w większym stopniu spaść na agresora. W grudniu 2025 roku Rada Europejska potwierdziła, iż rosyjskie aktywa mają pozostać zamrożone, dopóki Rosja nie zakończy agresji i nie wypłaci Ukrainie odszkodowania. Czterej ministrowie chcą teraz, by eksperci Komisji Europejskiej ponownie zbadali możliwości wykorzystania tych środków.
To kierunek zgodny z elementarnym poczuciem sprawiedliwości. Europejskie rządy nie mogą bez końca przedstawiać własnym obywatelom kolejnych rachunków, gdy kapitał państwa odpowiedzialnego za wojnę pozostaje unieruchomiony. Zarazem decyzja musi być prawnie szczelna. Błąd proceduralny dałby Moskwie argument w sporach sądowych i mógłby obciążyć państwa członkowskie kosztami.
Ryzyko ma być rozłożone na całą Unię
Autorzy listu nie proponują prostego przejęcia pieniędzy jednym politycznym ruchem. Domagają się analizy zgodności z prawem międzynarodowym oraz ryzyk finansowych i gospodarczych. Chcą również, aby odpowiedzialność została podzielona między wszystkie państwa UE, tak by żaden kraj nie ponosił nieproporcjonalnego ciężaru. To istotny warunek, bo wspólna decyzja nie może oznaczać, iż korzyści polityczne przypadną Brukseli, a ryzyko pozostanie w kilku stolicach.
Dla Polski ma to znaczenie podwójne. Osłabienie zdolności Rosji do prowadzenia wojny zwiększa bezpieczeństwo naszej wschodniej granicy. Równocześnie Warszawa musi pilnować, by europejska solidarność nie stała się pretekstem do wystawiania polskim podatnikom rachunku bez wpływu na sposób wydawania środków. Pomoc dla Ukrainy powinna służyć polskiemu bezpieczeństwu, a nie budować kolejną trwałą machinę wspólnego zadłużania.
Potrzebny realizm, nie brukselska zwłoka
Sprawa ma wrócić podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych państw UE w formule Gymnich. To dopiero początek rozmowy, ale kierunek jest słuszny: Rosja ma ponosić materialne skutki zniszczeń, które wywołała. Presja na rosyjską gospodarkę ma sens tylko wtedy, gdy przekłada się na mniejszą zdolność Kremla do finansowania agresji.
Warszawa powinna poprzeć rozwiązanie skuteczne, zgodne z prawem i zabezpieczające interes Polski. Nie potrzebujemy ani bezczynności, ani kolejnego mechanizmu, w którym decyzje zapadają centralnie, a koszty są rozmywane między narodami. Stawka jest konkretna: bezpieczeństwo Polaków, stabilność finansów publicznych i zasada, iż za wojnę płaci agresor.
Źródło: wspólny list ministrów spraw zagranicznych Polski, Szwecji, Holandii i Hiszpanii z 27 sierpnia 2026 roku; Defence24.
Źródło: Defence24













