Kiedy Paweł Fijałkowski wyprowadzał się z Warszawy do niewielkiej Brzozówki w powiecie rawskim, wielu uważało go za ekscentryka. Kupił dziewięć hektarów zarośniętego terenu, na którym rosły dziesiątki tysięcy sosen, i postanowił stworzyć tam osadę opartą na bliskości natury, wspólnocie i niezależności.
Dziś w Eko-Osadzie Brzozówka mieszkają ludzie z różnych części Polski, realizowane są tu festiwale poświęcone zdrowiu naturalnemu, rozwojowi duchowemu i ekologii, a mieszkańcy wspólnie podejmują decyzje dotyczące swojej przyszłości. Paweł Fijałkowski nie ukrywa, iż dla wielu przez cały czas pozostaje „dziwakiem”, ale według niego właśnie takie miejsca przywracają ludziom utracone więzi i poczucie sensu.
Eko-Osada Brzozówka wygląda dziś jak miejsce zbudowane według bardzo konkretnej wizji. Kiedy to wszystko zaczęło się rodzić w Pana głowie?
Prawie dwadzieścia lat temu zacząłem dojrzewać do decyzji, iż chcę wyjechać z Warszawy na stałe. Człowiek dochodzi czasem do momentu, kiedy czuje, iż pewien etap został w jego życiu wyczerpany. Ja przez wiele lat pracowałem w obrocie nieruchomościami, pisałem teksty reklamowe, promocyjne, zajmowałem się tworzeniem treści dla rozwijających się wtedy stron internetowych, głównie związanych z turystyką. To dawało utrzymanie, ale nie dawało poczucia głębszego sensu. Warszawa zaczęła mnie męczyć. Nie dlatego, iż jest złym miastem. Po prostu wielkie miasta mają swoją energię – szybkie tempo, ciągłą rywalizację, presję sukcesu, hałas, pośpiech. Człowiek żyje tam często jak w niekończącej się gonitwie. Ja zacząłem mieć potrzebę odzyskania ciszy, kontaktu z naturą i zwykłego ludzkiego oddechu. Coraz częściej myślałem o tym, iż chciałbym mieszkać na wsi. Nie w luksusowej podmiejskiej rezydencji, tylko naprawdę blisko ziemi, przyrody i ludzi.
Miał Pan wtedy już pomysł, jak takie miejsce powinno wyglądać?
To się we mnie budowało stopniowo. Duży wpływ miały na mnie rozmowy z profesorem Kazimierzem Dąbrowskim, wybitnym psychologiem i humanistą. Jako młody człowiek chodziłem na jego prywatne zajęcia. On mówił o czymś, co nazwał „dezintegracją pozytywną”. Chodziło o moment, w którym człowiek przestaje żyć według cudzych schematów – narzuconych przez rodzinę, system, politykę czy społeczne oczekiwania – i zaczyna budować własną drogę. To bywa trudne, bo pojawia się chaos, niepewność, czasem samotność. Ale właśnie wtedy rodzi się coś autentycznego.
Ja długo nosiłem w sobie tę myśl, iż człowiek powinien mieć odwagę żyć po swojemu. I chyba Eko-Osada jest właśnie konsekwencją takiego myślenia. To nie jest projekt biznesowy. To bardziej próba stworzenia przestrzeni, w której ludzie mogą odzyskać naturalne relacje z przyrodą, z innymi ludźmi i z samym sobą.
Jak trafił Pan właśnie do Brzozówki? To przecież dość odludne miejsce.
To nie był przypadek. Razem z moją ówczesną partnerką przeanalizowaliśmy chyba około stu różnych lokalizacji w Polsce. Szukaliśmy miejsca spokojnego, ale jednocześnie mającego jakiś potencjał energetyczny i krajobrazowy. Tutaj, w Brzozówce w gminie Cielądz, poczułem od pierwszego dnia coś niezwykłego. To był teren kompletnie zaniedbany i adekwatnie przez nikogo niechciany. Dziewięć hektarów porośniętych sosnami. Poprzedni właściciel wiele lat wcześniej zasadził tutaj około 36 tysięcy drzew. Miał swoją wizję stworzenia lasu, ale zmarł, zanim zdążył odpowiednio o niego zadbać. Drzewa rosły zbyt gęsto, nie były przecinane, teren zarastał i stawał się coraz mniej atrakcyjny dla kogokolwiek. Dla bogatych ludzi było to za dzikie, dla biznesu nieopłacalne, dla zwykłych mieszkańców zbyt trudne do zagospodarowania. Spadkobiercy nie bardzo wiedzieli, co z tym zrobić. I wtedy pojawiłem się ja – człowiek z Warszawy, który uznał, iż właśnie tutaj chce budować nowe życie. Samo stworzenie osady wymagało jednak nie tylko ogromnej pracy fizycznej, ale też zmierzenia się z przepisami dotyczącymi wycinki drzew.
To chyba nie było proste?
Kiedy kupowałem ten teren, obowiązywały bardzo restrykcyjne przepisy. W praktyce każde drzewo starsze niż dziesięć lat wymagało zgody urzędu gminy na usunięcie. A tutaj mieliśmy dziesiątki tysięcy sosen posadzonych kilkanaście lat wcześniej przez poprzedniego właściciela. Gdybym chciał przeprowadzić wszystko w najbardziej formalny sposób, opłaty za wycinkę wielokrotnie przekroczyłyby wartość całego tego terenu. To był kompletny absurd. Musiałem więc znaleźć rozwiązanie zgodne z prawem, ale jednocześnie racjonalne. Poszedłem do urzędu i powiedziałem wprost, iż chcę przywrócić temu miejscu funkcję rolną. Tłumaczyłem, iż planuję siać trawy, konopie, robić ogródki, stworzyć przestrzeń użytkową. I rzeczywiście przepisy przewidywały możliwość częściowego uporządkowania takiego terenu pod działalność rolną. Oczywiście nie dostałem zgody na wszystko, czego chciałem, ale udało się rozpocząć prace.
Potem pojawiła się słynna ustawa, którą ludzie nazwali „lex Szyszko”. Wycinka drzew stała się wtedy łatwiejsza?
Po wejściu w życie tej ustawy w Polsce przez pewien czas można było praktycznie bez większych ograniczeń usuwać drzewa z prywatnych działek. Dla wielu miejsc skończyło się to katastrofą i barbarzyńską wycinką. Zniknęło mnóstwo cennych drzew i fragmentów lasów. Ja też wtedy przyspieszyłem prace, ale starałem się robić to rozsądnie. Nie chodziło o dewastację przyrody, tylko o stworzenie przestrzeni do życia. Wynająłem ludzi do cięższych prac, sprowadziłem sprzęt do rozdrabniania gałęzi, usuwaliśmy korzenie, równaliśmy teren. Wtedy miałem jeszcze świetną kondycję fizyczną. Potrafiłem przez osiem godzin dziennie chodzić z piłą po lesie. Dziś sam się zastanawiam, skąd człowiek miał tyle siły i uporu. Najważniejsze jednak było to, iż od początku wiedziałem, iż nie chcę niszczyć tego miejsca. Chciałem je przekształcić tak, aby człowiek i natura mogli tutaj współistnieć. Dlatego część drzew została, dlatego domy są budowane z naturalnych materiałów, dlatego unikamy agresywnej ingerencji w krajobraz. To miało być miejsce do życia, a nie kolejny teren „zagospodarowany” w betonowy sposób.
To musiała być ogromna praca.
Gigantyczna. Ludzie dziś widzą polanę, amfiteatr, kopułki ze słomy i gliny, przestrzeń pod festiwale, ale mało kto wie, iż wcześniej był tu praktycznie nieprzebyty młodnik. Sam nauczyłem się obsługi piły mechanicznej. Wyciąłem tysiące drzew. Potem trzeba było je odgałęzić, pociąć, wynieść manualnie z lasu, wyrwać korzenie, wyrównać teren. To były lata ciężkiej fizycznej pracy. Paradoksalnie bardzo mi to pomogło psychicznie. Człowiek odzyskuje pokorę wobec natury, kiedy codziennie pracuje rękami. Dzisiaj wielu ludzi żyje wyłącznie w świecie ekranów i dokumentów. A tutaj trzeba było stanąć wobec ziemi, błota, deszczu, zimna i zwykłej biologii życia.
Skąd pomysł na budowanie osady ekologicznej?
Zafascynował mnie świętej pamięci Wojtek Brzeski, inżynier, który przypominał w Polsce tradycję budownictwa glinianego. Pokazywał, iż można mieszkać zdrowo, naturalnie, używając materiałów takich jak glina, słoma czy drewno. Dla wielu ludzi było to odkrycie, bo wydawało się, iż nowoczesność oznacza wyłącznie beton, stal i plastik. Pomyślałem wtedy: a gdyby stworzyć miejsce, gdzie ludzie budują domy bardziej przyjazne człowiekowi? Gdzie nie ma agresywnej ingerencji w przyrodę? Gdzie ludzie żyją trochę wolniej i bardziej świadomie? Miałem choćby dużo większe plany. Chciałem stworzyć prawdziwy amfiteatr, pracownie dla artystów, domki dla ludzi przyjeżdżających na medytacje, warsztaty i plenery. Nie wszystko udało się zrealizować, ale część tej wizji jednak żyje.
Ile siedlisk powstało w Eko-Osadzie?
W tej chwili mamy siedem siedlisk w różnym stopniu zaawansowania. Osiedlili się tu bardzo ciekawi ludzie. Są osoby z Warszawy, Łodzi, Gdyni, z okolic Rawy Mazowieckiej, jest choćby człowiek pochodzący z Turcji, który mieszka tu z polską żoną. Wszyscy przyjechali tutaj z własnego wyboru. Każdy ma własną przestrzeń i własny sposób życia. Jedni budują domy niemal całkowicie oparte na odnawialnych źródłach energii, mają fotowoltaikę, magazyny energii, własne uprawy. Ktoś sprowadził stuletni drewniany dom z okolic Puszczy Białowieskiej i złożył go tutaj na nowo. Ktoś inny mieszka na razie w domku holenderskim, bo nie chciał wchodzić w wielkie koszty. Łączy nas jednak pewna filozofia – przekonanie, iż można żyć prościej, bliżej natury i bardziej wspólnotowo.
Mówi Pan „wspólnotowo”, ale jednocześnie podkreśla znaczenie niezależności. Jak to działa w praktyce?
Bo prawdziwa wspólnota nie polega na tym, iż wszyscy myślą identycznie. Każdy tutaj ma swoją prywatną przestrzeń, własne decyzje, własny charakter. Ale kiedy pojawia się sprawa ważna dla całej osady – siadamy razem i rozmawiamy. To trochę przypomina demokrację bezpośrednią. Nie mamy wodza ani centralnego zarządzania. Dyskutujemy, spieramy się, przekonujemy nawzajem. Tak było choćby wtedy, gdy pojawiło się zagrożenie budowy uciążliwych instalacji przemysłowych w pobliżu osady. Organizowaliśmy spotkania, pisaliśmy protesty, broniliśmy tego miejsca. I właśnie wtedy najbardziej widać było, iż jesteśmy wspólnotą. Dzisiaj ludzie bardzo często żyją obok siebie, ale nie razem. Tutaj próbujemy przywrócić coś, co kiedyś na wsiach było naturalne – solidarność i wzajemną odpowiedzialność.
Organizuje Pan tutaj również festiwale i spotkania związane z rozwojem duchowym, zdrowiem naturalnym czy rzemiosłem artystycznym. Po co?
Bo człowiek potrzebuje nie tylko pracy i pieniędzy. Potrzebuje sensu, przeżycia, kontaktu z innymi ludźmi. Na nasze festiwale przyjeżdżają osoby zajmujące się zielarstwem, naturoterapią, medytacją, muzyką, sztuką, rękodziełem. Są koncerty mantr, warsztaty, wykłady, wspólne rozmowy. I wie Pani co? Ja widzę, jak ludzie po takich spotkaniach się zmieniają. Przyjeżdżają spięci, zmęczeni, przebodźcowani, a wyjeżdżają spokojniejsi. Zaczynają rozumieć, iż życie nie musi polegać wyłącznie na gonieniu za pieniędzmi i statusem.
Wielu ludzi pewnie uważa Was za idealistów albo dziwaków.
Oczywiście, iż tak jest. Puszczano o nas różne plotki. Że jesteśmy sektą, buntownikami, dziwakami. Ale ja się tym nie przejmuję. Każda inicjatywa, która wymyka się schematom, budzi opór. Najzabawniejsze jest to, iż niektórzy nie potrafią uwierzyć, iż można robić coś bez wielkiego interesu finansowego. Dla części ludzi każda aktywność musi służyć zarabianiu pieniędzy. A ja naprawdę wierzę jeszcze w działanie pro publico bono. W to, iż można robić coś po prostu dlatego, iż uważa się to za dobre i potrzebne.
A Pan? Po tylu latach nie tęskni już za Warszawą?
Nie. Absolutnie nie. Ja już jestem człowiekiem wsi. Oczywiście życie tutaj nie jest łatwe i romantyczne jak w reklamach. Zimą trzeba palić w piecu, codziennie pracować fizycznie, dbać o ogród, zwierzęta, o cały teren. Ale właśnie to daje człowiekowi poczucie realnego życia. W mieście człowiek bardzo łatwo traci kontakt z naturą i samym sobą. Tutaj ten kontakt odzyskuje. I dlatego wiem jedno – z Brzozówki już nigdzie się nie ruszę. To jest moje wymarzone miejsce na ziemi.
Rozmawiała Jolanta Czudak









_20260516215646.webp)



![Noc Muzeów – setki placówek, tysiące zwiedzających [+GALERIA]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2026/05/mid-26516498.jpg)


