W Krakowie coraz głośniej mówi się o możliwym referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta. W mediach – dyskusje. Wśród mieszkańców – emocje. Wśród polityków? Cisza. A raczej nie cisza, tylko zbiorowa strategia przetrwania: nie komentować, nie przewidywać, nie wychodzić przed szereg. Radni, zapytani przez nas o stanowisko w sprawie referendum, mówią jednym głosem. Dosłownie. Czasem zmieniają przecinek, czasem szyk zdania – ale sens pozostaje ten sam: dopóki nie ma komitetu i podpisów, temat nie istnieje.
Temat referendum odwoławczego prezydenta Krakowa coraz wyraźniej przebija się do debaty publicznej. W mediach społecznościowych pojawiają się zapowiedzi, w rozmowach mieszkańców narasta napięcie, a w politycznych kuluarach coraz częściej słychać, iż „coś się szykuje”. Kiedy jednak zapytać radnych Rady Miasta Krakowa o ocenę tej sytuacji, odpowiedzi są zaskakująco spójne. Bez względu na przynależność klubową większość z nich podkreśla, iż na dziś nie ma żadnych formalnych podstaw, by mówić o referendum jako realnym procesie.
Ten rozdźwięk pomiędzy nastrojami społecznymi a oficjalnymi wypowiedziami polityków jest dziś jednym z najbardziej charakterystycznych elementów krakowskiej debaty. Referendum funkcjonuje jako temat żywy dla mieszkańców, ale w wypowiedziach radnych wciąż pozostaje – jak sami mówią – „w sferze spekulacji”.
Żeby zrozumieć tę ostrożność, trzeba przypomnieć, jak wygląda procedura. Referendum odwoławcze może się odbyć dopiero po zawiązaniu komitetu referendalnego i zebraniu podpisów co najmniej dziesięciu procent uprawnionych do głosowania. W Krakowie to około 58–60 tysięcy podpisów, przy czym doświadczenia z poprzednich lat pokazują, iż realnie trzeba zebrać ich znacznie więcej. Następnie konieczne jest spełnienie warunku frekwencyjnego – do urn musi pójść co najmniej trzy piąte liczby osób, które brały udział w wyborze prezydenta. W praktyce oznacza to ponad 158 tysięcy głosujących. Dopiero wtedy wynik referendum byłby wiążący.
To właśnie na ten formalny kontekst powołuje się Małgorzata Potocka, przewodnicząca Klubu Radnych Nowa Lewica. Jak zaznacza, na obecnym etapie trudno mówić o czymkolwiek więcej niż medialnych zapowiedziach. „Temat referendum na chwilę obecną funkcjonuje jedynie jako spekulacja w obrocie medialnym” – podkreśla. Zwraca też uwagę, iż żadna z sił politycznych zasiadających w Radzie Miasta Krakowa nie zadeklarowała oficjalnie chęci przeprowadzenia referendum. Przypomina również próbę z 2016 roku, kiedy „zebrano wówczas ponad 80 tysięcy podpisów, z czego ponad 40 tysięcy zakwestionował Komisarz Wyborczy”. W jej ocenie dziś trudno przesądzać, czy udałoby się powtórzyć taką mobilizację. „Kiedy pojawi się oficjalna zapowiedź o przeprowadzeniu referendum i rozpocznie się proces zbierania podpisów, wtedy będę mogła odnieść się w sposób merytoryczny do sprawy” – dodaje.
Podobny ton dominuje w wypowiedziach radnych Koalicji Obywatelskiej. Iwona Chamielec, wiceprzewodnicząca Rady Miasta Krakowa, stwierdza wprost: „Na ten moment nie ma podstaw do zajmowania stanowiska w tej sprawie”. Jak wyjaśnia, „do tej pory nie został wszczęty żaden proces referendalny w rozumieniu obowiązujących przepisów – nie funkcjonuje zarejestrowany komitet referendalny ani nie zostały spełnione ustawowe warunki jego uruchomienia”. W jej ocenie temat ma dziś „wyłącznie charakter politycznych deklaracji i medialnych spekulacji, a nie realnych działań”.
Tę samą narrację powtarzają inni radni KO. Piotr Moskała podkreśla, iż „na obecnym etapie brak jest przesłanek do zajęcia stanowiska” i iż dopiero „w sytuacji podjęcia konkretnych, prawnie umocowanych działań możliwe będzie merytoryczne odniesienie się do tej sprawy”. Agnieszka Pogoda-Tota pisze z kolei, iż „nie istnieje formalnie żaden proces referendalny – brak jest zarejestrowanego komitetu referendalnego ani spełnienia ustawowych przesłanek”, a temat „funkcjonuje wyłącznie w sferze deklaracji politycznych i medialnych”. Identyczne stanowisko prezentują Agnieszka Łętocha i Anna Bałdyga, a przewodniczący Rady Miasta Jakub Kosek podsumowuje: „Na ten moment nie widzę podstaw do zajmowania stanowiska”.
Na tle tej zdyscyplinowanej ostrożności wyróżnia się głos Rafała Nowaka z Klubu Radnych „Kraków dla Mieszkańców”. Nowak nie odwołuje się do procedur ani kalendarza formalnych działań. Skupia się wyłącznie na nastrojach społecznych i ocenia je jednoznacznie. „Obserwując nastroje mieszkańców uważam, iż w najbliższym czasie dojdzie do referendum i może również dojść do odwołania prezydenta Krakowa” – stwierdza. Nie rozwija wątku formalnych barier, ale jego wypowiedź jest jedną z nielicznych, które wprost zakładają, iż inicjatywa referendalna może zostać uruchomiona.
Znacznie bardziej sceptyczni są radni Prawa i Sprawiedliwości. Michał Ciechowski odpowiada krótko i bezpośrednio. Na pytanie, czy dojdzie do referendum, mówi: „Nie”. Pytany o ewentualny termin, dodaje: „Nie, ale o ile udałoby się prawidłowo zebrać 60 tysięcy podpisów (w 60 dni), to referendum odbyłoby się w maju”. W jego ocenie kluczową barierą pozostaje jednak frekwencja. „Aby referendum było ważne, musiałby pójść ponad 158 tysięcy uprawnionych” – podkreśla i ponownie odpowiada: „Nie”, pytany o możliwość odwołania prezydenta.
Michał Drewnicki, rzecznik prasowy klubu PiS, dostrzega narastające emocje, ale wyraźnie oddziela je od realnej zdolności przeprowadzenia referendum. „Widzę realne emocje i narastające rozczarowanie sposobem rządzenia miastem, ale referendum to nie jest emocja – to jest organizacja, struktura i konsekwencja” – mówi. Zaznacza, iż „jeśli to zostanie na poziomie gniewu i komentarzy, referendum nie będzie”. Jego zdaniem odwołanie prezydenta byłoby możliwe tylko wtedy, gdyby „przeciwko niemu zagłosowali nie tylko jego wszyscy polityczni przeciwnicy, ale także część osób, które wcześniej na niego głosowały i dziś czują się zawiedzione”.
Jarek Strzeboński

5 godzin temu











