Najwybitniejszy ekonomista wszechczasów

2 godzin temu

Z okazji 145-tej rocznicy urodzin Ludwiga von Misesa, który z powodzeniem może konkurować do miana najwybitniejszego ekonomisty wszech czasów, warto ze szczególną uwagą pochylić się nad jego wiekopomnym wkładem w „ponurą naukę”. Zwłaszcza zaś nigdy nie dość zgłębiania jego ponadczasowo aktualnego, logicznie niewzruszonego argumentu na rzecz niemożliwości zaistnienia racjonalnie alokującej zasoby gospodarki centralnie sterowanej, który jawi się jako niezbędna odtrutka na zalew populistycznej szarlatanerii obecnej w tzw. mediach społecznościowych, łączącej w sobie odczłowieczające rojenia o sztuczno-inteligentnym „technokomunizmie”, demoralizujące mrzonki o „bezwarunkowym dochodzie” i przaśną sofistykę o reżimowym pieniądzu z powietrza traktowanym jako niewyczerpany róg obfitości.

Innymi słowy, w im większym stopniu świat wirtualnej komunikacji tonie w bałamutnej pseudoekonomicznej tandecie, tym głośniej rozbrzmiewać musi głos rzetelnych, dogłębnych i logicznie przenikliwych badaczy zjawisk gospodarczych, wśród których Ludwig von Mises zajmuje poczesne i niezastąpione miejsce. Niech więc wszyscy ludzie dobrej woli – zwłaszcza ci żywo zainteresowani oddolnym budowaniem racjonalnego ładu wielkoskalowej współpracy społecznej – uhonorują w dniu jego urodzin spuściznę lwowsko-wiedeńskiego ekonomisty, zobowiązując się do tym gorliwszego i wytrwalszego jej upowszechniania. Jest to wszakże znakomita okazja, żeby zadbać o bliźniego swego jak o siebie samego, w dodatku w wymiarze nadzwyczaj harmonijnie i wyraziście łączącym względy materialne i duchowe.

* * *

Trzeba by wykazywać głęboką naiwność, by uwierzyć, iż niedawny populistyczno-histeryczny apel domniemanego sygnalisty-renegata, który straszył „zagładą ludzkości z rąk sztucznej inteligencji”, doczekał się setek milionów wyświetleń wskutek spontanicznie narosłego zainteresowania. Nachalna promocja owego apelu nosiła raczej wszelkie znamiona ściśle kontrolowanej operacji psychologicznej przeprowadzonej przez korporacje z branży AI wespół z czynnikami reżimowymi.

Celem podobnych operacji jest skłonienie szerokich mas do nabrania przychylnego stosunku względem kwestii „uregulowania” korporacji AI – tzn. doprowadzenia do ich stałego sprzężenia z globalnym sektorem polityczno-biurokratyczno-agenturalnym, dzięki czemu owe permanentnie deficytowe przedsiębiorstwa mają uzyskać stały dostęp do rządowych grantów, subsydiów, kontraktów i przywilejów monopolistycznych, zaś polityczne aparaty opresji mają uzyskać stały dostęp do bezprecedensowo rozbudowanych algorytmicznych zasobów propagandowo-inwigilacyjnych.

Korporacje AI utrzymują przy tym niezmiennie, iż nie chcą być „uregulowane”, gdyż to zabiłoby rzekomo ich „innowacyjność”, gdyby bowiem przyznały się wprost, iż na rzeczonej „regulacji” jak najbardziej im zależy, wówczas szerokie masy mogłyby dużo łatwiej pojąć, iż nadrzędnym celem jest tu wyłącznie trwałe przypieczętowanie klasycznego etatystycznego sojuszu „wielkiego biznesu” z „wielkim państwem”.

Podsumowując, zamiast dawać się bałamucić ckliwym bajędom o „apokalipsie AI” i wzdychać do „mądrej regulacji tych niebezpiecznych narzędzi”, należy, jak zawsze, trzymać na jak największy dystans wszelkie odnośne zakusy zarówno czynników reżimowych, jak i zakulisowo skoligaconych z nimi czynników korporacyjnych, najlepiej zaś nauczyć się takiego używania póki co powszechnie i nieodpłatnie dostępnych narzędzi „AI”, które pozwoli na zwyciężanie wrogów wolności ich własną bronią. Wówczas ci ostatni rzeczywiście będą mieli powody do wpadnięcia w popłoch, co sprawi tym samym, iż wszyscy ludzie dobrej woli będą mogli zażywać głębokiego i trwałego wewnętrznego pokoju.

* * *

Zdecydowana większość obecnych prób brania na warsztat dzieł starszej lub młodszej klasyki – od Homera po Prusa – stanowi wymowne świadectwo tego, jak nieuchronnie żenujące są starania karłów o sprowadzenie gigantów do ich karlego poziomu. Pozostaje mieć nadzieję, iż przytłoczenie ową żenadą da niektórym dodatkową motywację do wspięcia się na ramiona rzeczonych gigantów, by z ich wysokości pooddychać świeżym powietrzem – wszakże w erze wszechobecnego skarlenia podobne zachowanie jest przejawem nie żadnej gigantomanii, ale elementarnego duchowego instynktu przetrwania.

* * *

Tzw. informacyjny główny nurt jest dziś z jednej strony pełen rozanielonych histeryków rojących o „superinteligentnych” robotach i algorytmach mających rzekomo dostarczyć człowiekowi rajskiej obfitości, a z drugiej strony pełen populistycznych panikarzy straszących „superinteligentnymi” robotami i algorytmami mogącymi rzekomo doprowadzić do zagłady ludzkości.

Otóż nietrudno się domyślić, iż – jak to zwykle ma miejsce w przypadku głównonurtowych bałamuctw – jest to jedynie kolejny z nieskończonej listy epizodów zabawy w „dobrego glinę i złego glinę”, z których jeden ma za zadanie usypiać czujność słuchaczy, a drugi zastępować ją bezmyślnym popłochem. I – jak to na ogół w podobnych sytuacjach bywa – zachowanie zdrowego rozsądku wymaga przede wszystkim wystrzegania się wiary w to, co stanowi wspólny mianownik stręczonych słuchaczom pozornie przeciwstawnych komunikatów.

Nie należy zatem ani ekscytować się żadnymi „superinteligentnymi” robotami i algorytmami przyjaznymi człowiekowi, ani drżeć przed żadnymi „superinteligentnymi” robotami i algorytmami wrogimi człowiekowi, tylko należy pamiętać o tym, iż nie ma i być nie może żadnych „superinteligentnych” (czy w ogóle prawdziwie inteligentnych) robotów i algorytmów, gdyż inteligencja jest wyłącznie cechą podmiotów i jaźni, a nie przedmiotów i narzędzi.

Innymi słowy, należy zachowywać niewzruszoną świadomość, iż w świecie rzeczy widzialnych tylko człowiek decyduje ostatecznie o swoim losie, zaś w takim stopniu, w jakim ludzie dobrej woli pozwalają sobie wmówić, iż jest inaczej, wydają oni swój los na pastwę ludzi złej woli, którzy nie mają najmniejszych oporów przed zakłamywaniem rzeczywistości na wszelkie możliwe sposoby, w tym te pozornie przeciwstawne sobie. Im częściej więc słyszy się medialne trajkotanie o sztucznej „superinteligencji”, tym niezłomniej należy dbać o swój naturalny zdrowy rozsądek, który jest absolutnie niezastępowalnym i ponadczasowym strażnikiem ludzkiej wolności, godności i wewnętrznego pokoju.

* * *

Ponad sto lat temu Chesterton zauważył z niezwykłą przenikliwością, iż celem „postępowców” jest popełnianie coraz to kolejnych błędów, zaś celem „konserwatystów” jest dbanie o to, żeby żaden z tych błędów nie został naprawiony. Dziś można by uzupełnić to spostrzeżenie sugestią, iż ostatecznym celem „postępowców” jest przekonanie ludzkości do popełnienia zbiorowego samobójstwa, zaś ostatecznym celem „konserwatystów” jest upewnienie ludzkości, iż będzie to moment jej największego tryumfu.

* * *

XX-wieczny rozpanoszony totalitaryzm, którego nadrzędnym celem było całkowite zniszczenie zewnętrznych przejawów ludzkiej godności przy użyciu wszechobecnych politycznych, gospodarczych i kulturowych represji, przygotował grunt dla XXI-wiecznego rozpanoszonego infantylizmu, którego nadrzędnym celem jest doprowadzenie człowieka do całkowitego zniszczenia wewnętrznych przejawów swojej godności wskutek dopatrywania się wszędzie urojonych politycznych, gospodarczych i kulturowych represji.

Ilustrując powyższe rozróżnienie na konkretnym przykładzie, psychiatria w służbie totalitaryzmu odbierała człowiekowi wolność słowa i czynu ogłaszając niewygodnych ludzi wariatami i zamykając ich w psychuszkach bądź poddając ich lobotomii, podczas gdy psychiatria w służbie infantylizmu uniemożliwia sprawiedliwe skazywanie np. świadomych i wyrachowanych dzieciobójców, przekształcając cały świat w wielką psychuszkę i robiąc pośmiewisko z wolności słowa i czynu.

Stąd powszechny infantylizm jest o tyle bardziej zaawansowanym (i być może ostatecznym) stadium społecznej degradacji, o ile nie tylko tłamsi na wszelkich polach próby walki z instytucjonalnym złem, ale też pozbawia choćby umiejętności zdefiniowania zła – zarówno instytucjonalnego, jak i jednostkowego – tym samym rozbrajając przed nim człowieka i od zewnątrz, i od wewnątrz. To z kolei prowadzi do wniosku, iż jedynym skutecznym sposobem walki z jego niszczycielskimi wpływami jest bezpardonowa rezygnacja z pobłażania własnym słabościom i wymaganie tego samego od swoich bliźnich – albo, inaczej rzecz ujmując, jedynym skutecznym sposobem na nie padnięcie jego ofiarą jest konsekwentny opór wobec robienia z siebie ofiary.

* * *

Wielu prawdopodobnie znany jest slogan, jakoby „komunizm był piękną teorią, która niestety nie działa w praktyce”. Tymczasem wszyscy zaznajomieni z rzetelną ekonomią wiedzą doskonale, iż komunizm w teorii pozostało bardziej odstręczający niż komunizm w praktyce – nie tylko z racji na to, iż jest usiany fundamentalnymi błędami logicznymi, ale też dlatego, iż w swojej czysto hipotetycznej działającej postaci uczyniłby on z ludzkości rój przerośniętych termitów pozbawionych wszystkich najcenniejszych i najbardziej konstytutywnych cech człowieczeństwa, takich jak wolność osobista, decyzyjna autonomia i możność dysponowania własnością prywatną.

Być może jedynym aspektem komunizmu, z którym nie wiązało się całkowite upodlenie jednostki ludzkiej, był nacisk kładziony przezeń na wartość pracy i ogólnie siły sprawczej ludzkich wysiłków. Ściślej rzecz ujmując, komunizm odrywał co prawda wartość pracy od jej realnej produktywności, ale stwarzał wciąż pewne zachęty do zabiegania o rozwój instrumentalnie cennych przymiotów, takich jak pilność, wytrwałość czy samodyscyplina. I być może to właśnie dysponowanie owymi przymiotami przez krytyczną liczbę ceniących wolność ludzi było w istotnym zakresie odpowiedzialne za możliwość sprawnego obalenia ustrojów komunistycznych wszędzie tam, gdzie faktycznie się ono dokonało.

Z powyższego można zatem wysnuć wniosek, iż rojenia rozmaitych „koryfeuszy Doliny Krzemowej” o świecie, w którym ludzie pełnią rolę małp leżących brzuchem do góry w elektronicznym zoo obsługiwanym przez „inteligentne algorytmy” i „humanoidalne roboty” to wizja jeszcze bardziej niedorzeczna i odstręczająca niż wszelkie komunistyczne fantasmagorie. Jest to bowiem wizja oparta na groteskowo wręcz szyderczej inwersji, w ramach której maszyny, czyli przedmioty, w magiczny sposób zyskują podmiotowość, podczas gdy podmioty, czyli istoty ludzkie, w równie magiczny sposób całkowicie ją tracą, stając się bytami czysto wegetatywnymi, a więc nieporównanie bardziej uprzedmiotowionymi niż choćby najbardziej pomiatani więźniowie komunistycznych łagrów.

Stąd nietrudno się domyślić, iż wzmiankowane rojenia to jedynie kolejna, dużo bardziej prymitywna wersja tych „wyziewów piekielnych”, które – wedle jego własnego wyznania – napełniły mózg szarlatana z Trewiru. I choć – już choćby z uwagi na leżącą u ich podstaw negację ludzkiej siły sprawczej połączoną z sytością i zblazowaniem dzisiejszych społeczeństw – w najmniejszym stopniu nie grozi światu próba faktycznego wdrażania owych rojeń, już samo ich nachalne rozgłaszanie ma ewidentnie pełnić rolę probierza tego, do jakiego stopnia człowiek jest dziś gotów dawać się bałamucić karykaturalnie wręcz infantylnymi bzdurami, szczerze fantazjując o życiu w ziemskim piekle utożsamianym z ziemskim rajem. To zaś jest już samo w sobie nad wyraz dobrym powodem, by nigdy nie przepuścić okazji do ośmieszania owych bzdur, dbając tym samym o intelektualną higienę zarówno siebie samego, jak i swoich bliźnich, co zwłaszcza w erze algorytmicznej „zgnilizny mózgowej” jest szczególnie niezbędną czynnością.

* * *

Pan Bob – trzymając się konsekwentnie terminologii bergogliańskiej – po raz kolejny zaapelował o „autentyczne nawrócenie ekologiczne”. Zaś jako iż „nawrócenie” to kategoria par excellence teologiczna, pan Bob ponownie dał światu do zrozumienia, iż religia, którą reprezentuje, to – tak jak w przypadku jego poprzednika – nie katolicyzm, tylko pseudopogański, festynowo-terapeutyczny panteizm, w ramach którego stworzenie góruje nad Stwórcą, wartości instrumentalne nad wartościami samoistnymi, a cele doczesne nad celami ponadczasowymi.

Jako iż już od dłuższego czasu żyjemy w świecie postawionym na głowie, takie inwersyjne koszałki-opałki nie powinny zaskakiwać nikogo z „mających oczy do patrzenia i uszy do słuchania”, niemniej zawsze mogą one posłużyć jako otrzeźwiające przypomnienie, iż „świata stojącego na nogach” pozostaje dziś szukać w informacyjnych katakumbach skrytych głęboko pod grubą warstwą otępiającego medialnego szumu i zanurzonych w nim duchowych fast-foodów. Konsekwentne podejmowanie podobnych poszukiwań jest już bowiem dzisiaj nie żadną fanaberią czy snobizmem, ale kwestią elementarnego intelektualnego, moralnego i duchowego instynktu samozachowawczego.

Jakub Bożydar Wiśniewski

Idź do oryginalnego materiału