Mój pierwszy raz

17 godzin temu
Wycie. Alarm. Nie wiem dokładnie co. Słyszę hotelową szczekaczkę jak wzywa do ewakuacji do schronu. Słyszę powtarzane – systemowe – komunikaty z telefonu. Please get to the shelter. Now. Przede wszystkim słyszę syreny. Tak, te same syreny, przy których stajemy na baczność 1 sierpnia o godzinie 17:00. Tylko teraz nie chodzi o upamiętnianie. Ale zagrożenie. Zwykły zwierzęcy strach. A może bardziej potworne wewnętrzne napięcie wynikające z niepewności.
Co teraz robić? Przecież czytałem i słyszałem dziesiątki razy z opowieści jak to w Ukrainie nikt nie przejmuje się alarmami. Nie będę się wygłupiać i spróbuję zasnąć. No ale jest tuż po rocznicy inwazji. Może tym razem ruskie przygotowały coś specjalnego?
W poczuciu idiotyzmu, trochę grając na czas myję zęby. Odruchowo, nie myśląc, jak automat, wciągam spodnie i zakładam buty.
Jestem sam w pokoju, na 5 piętrze hotelu Ukraina, kiedyś Moskwa, przypominającym mniejszą wersję Pałacu Kultury, w samym centrum Kijowa. Jest godzina 3:37 25 lutego 2026 i właśnie rozpoczął się rosyjski nalot. Mój pierwszy alarm wojenny.
Do wyjazdu na Ukrainę szykowałem się od paru miesięcy. Plan jest taki, żeby wbić jak najbliżej linii frontu, pogadać z żołnierzami. Dalej się zobaczy. Trudno przewidywać cokolwiek z wyprzedzeniem. Trump zaprasza Putina, mówi się o odprężeniu, może choćby zawieszeniu broni. Tyle szum medialny. Ale choćby pobieżna analiza sytuacji i rozjazdu między rosyjskimi żądaniami i ukraińskimi możliwymi koncesjami wskazuje na to, iż nie ma co liczyć, iż nasz wyjazd przypadnie na jakiś Wielki Piękny Traktat Pokojowy.
Ziemek i Marek byli już na Ukrainie podczas wojny, są doświadczeni. Ja za to kompletny świeżak. Dlaczego jadę? A może dlaczego dopiero teraz?
To trudne pytanie. Jedyny raz gdy dostałem propozycję nie mogłem. A sam, bez istotnego powodu, wielkich transportów, kontaktów, jakoś nie chciałem. Po co się plątać pod nogami. Pisałem, wpłacałem, przyjmowałem, załatwiałem, na początku zaraz po inwazji choćby udało się przerzucić całkiem sporo sprzętu. Zwykła rzecz, wiele osób zrobiło znacznie więcej. Nie takich z mediów. Takich, które znam. Jacek Kuroń byłby z nich dumny. To nasi współcześni bohaterowie. Należą im się pomniki. Ale wiem, iż pękliby ze śmiechu. No i trochę jakby nie ma już atmosfery.
Ale na front ani do Kijowa ani choćby Lwowa się nie pchałem. Jakoś tak, hadko. If you know what I mean.
Do czegoś się Wam przyznam. Było takie wideo. Zaraz na początku. Myślę, iż może trzeciego albo czwartego dnia po inwazji. Przez te dni chodziłem nieprzytomny. Myślę, iż nie tylko ja. Śledząc non stop nierzeczywiste wiadomości o wojskach uderzających ze wszystkich stron. Pisząc do znajomych w Kijowie. Wykonując nikomu niepotrzebne symboliczne gesty wsparcia. Przepraszam, mnie jakoś tam jednak potrzebne.
I przyszedł moment, kiedy zobaczyłem to video. Marszrutka (taki mały busik), facet mniej więcej koło czterdziestki żegna się z żoną i małym synkiem. Takim na oko jak mój, może 4-5 lat. Mam to przed oczami. Żegnają się jakby mieli się nie spotkać. Może tak właśnie było. Straty w tych którzy poszli na początku były straszne. Oglądałem ich na ekranie komputera a ich rozpacz była moją rozpaczą. Byłem tym facetem i patrzyłem na mojego Stasia i na moją Magdę. I płakałem. Nie, nie płakałem. Wyłem. Wyłem jakby ktoś mi wyrywał duszę.
Może dlatego się nie pchałem. Bo przez dobę albo dwie zanim nie otrzeźwiałem jedyne o czym potrafiłem myśleć, to, iż muszę się zaciągnąć na ochotnika i pójść walczyć. Że nie ma innego wyjścia. Że tak trzeba. Po prostu. Brzmi jak kompletny odpał. Wiem. choćby nie chcę zaczynać tego wyjaśniać. Może o tym będzie w innym odcinku, okej?
Idź do oryginalnego materiału