Marnowanie prądu

2 godzin temu
Polska sprzedaje energię wtedy, gdy jest jej nadmiar i ceny są bardzo niskie, a kupuje kilka godzin później, gdy ceny gwałtownie rosną. Jak dowiedział się „Nasz Dziennik”, prof. Władysław Mielczarski, ekspert do spraw energetyki z Politechniki Łódzkiej, w ostatnich dniach przygotował analizę dotyczącą eksportu i importu energii przez Polskę. W praktyce wygląda to tak, iż w słoneczne godziny operator stara się za wszelką cenę wyeksportować nadwyżki energii, zanim zdecyduje się na wyłączenia instalacji OZE. – Zdarza się, iż eksport sięga choćby 4 tys. MW. Gdy jednak nadwyżki są zbyt duże, część źródeł trzeba wyłączyć – stwierdza nasz rozmówca. Kilka godzin później sytuacja całkowicie się odwraca. Zachodzi słońce, produkcja z fotowoltaiki gwałtownie spada i system zaczyna odczuwać niedobór energii. Wtedy operator musi ją importować, tyle iż już po znacznie wyższych cenach. – Średnia różnica pomiędzy ceną eksportowanej i importowanej energii wynosi 300-400 zł za megawatogodzinę. To oznacza, iż najpierw sprzedajemy energię tanio, a następnie odkupujemy ją drogo – wyjaśnia ekspert. W ten sposób finansujemy stabilność systemu opartego na coraz większym udziale niesterowalnych źródeł odnawialnych. Prawa fizyki coraz brutalniej weryfikują sposób, w jaki rozwijamy polską energetykę. – Problem przestał być wyłącznie przedmiotem sporów ideologicznych. Dziś widać go w twardych liczbach i rachunkach, które co roku płacą odbiorcy energii – podkreśla w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” Krystyna Szyszko ze Stowarzyszenia na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju Polski im. prof. dr. hab. Jana Szyszko.
Idź do oryginalnego materiału