Komisja Lwowskiej Rady Obwodowej chce, by rok 2027 stał się na Ukrainie Rokiem Romana Szuchewycza i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Projekt uchwały wypłynął w lipcu 2026 roku, na kilka dni przed rocznicą Krwawej Niedzieli na Wołyniu. W Polsce odebrano to jako świadomy afront, tym boleśniejszy, iż Lwów pozostaje miastem partnerskim Rzeszowa.
Inicjatywa lwowskich radnych
Jak podaje portal Rzeszów News, komisja Lwowskiej Rady Obwodowej wystąpiła z oficjalnym wnioskiem, by rok 2027 ogłosić na Ukrainie między innymi Rokiem Romana Szuchewycza oraz Ukraińskiej Powstańczej Armii. Projekt uchwały pojawił się w lipcu 2026 roku. Data nie wygląda na przypadek. Wniosek trafił pod obrady tuż przed kolejną rocznicą Krwawej Niedzieli, czyli kulminacji rzezi wołyńskiej z 11 lipca 1943 roku.
Dla polskiej opinii publicznej takie zestawienie brzmi jak prowokacja. Dla Ukrainy Szuchewycz i UPA są symbolami walki o niepodległość. Polacy widzą w tych nazwach przede wszystkim sprawców zbrodni na Kresach.
Postać Romana Szuchewycza
Roman Szuchewycz (1907–1950) był jednym z czołowych działaczy ukraińskiego nacjonalizmu, a od 1943 roku głównodowodzącym Ukraińskiej Powstańczej Armii. To formacja zbrojna związana z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów, odpowiedzialna za czystki etniczne na polskiej ludności Kresów. Na współczesnej Ukrainie bywa czczony jako bohater narodowy i uczestnik walki z sowietami. W Polsce jego nazwisko pozostaje nierozerwalnie związane z pamięcią o wymordowanych rodakach.
To rozdwojenie ocen nie jest nowe. Kolejne ukraińskie samorządy od lat nazywają jego imieniem ulice i stawiają mu pomniki. Każdy taki gest odbija się echem po polskiej stronie granicy.
Cień Wołynia
Rzeź wołyńska to jedna z najczarniejszych kart w relacjach polsko-ukraińskich. W latach 1943–1945 oddziały UPA oraz współdziałająca z nimi ludność wymordowały, według polskich szacunków i ustaleń Instytutu Pamięci Narodowej, około stu tysięcy Polaków. Kulminacja przypadła na 11 lipca 1943 roku, gdy zaatakowano jednocześnie kilkadziesiąt polskich miejscowości. Ten dzień przeszedł do historii jako Krwawa Niedziela.
W 2016 roku Sejm Rzeczypospolitej uznał te wydarzenia za ludobójstwo i ustanowił 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar. Z polskiej perspektywy honorowanie formacji, która za tę zbrodnię odpowiada, uderza wprost w tę pamięć. Nie chodzi o spór historyków o daty. Chodzi o groby, do których wielu ofiar nigdy nie trafiło.
Partnerstwo Rzeszowa i Lwowa
Sprawa ma także wymiar lokalny, kłopotliwy dla Podkarpacia. Lwów od lat pozostaje miastem partnerskim Rzeszowa. kooperacja obejmowała wymianę kulturalną i gospodarczą, a po 2022 roku również pomoc dla ukraińskiego sąsiada w czasie wojny z Rosją. Teraz ta sama rada obwodowa, z którą Rzeszów utrzymuje relacje, firmuje inicjatywę gloryfikującą dowódcę UPA.
Stawia to polski samorząd w niewygodnym położeniu. Partnerstwo miast opiera się na zaufaniu i wspólnych wartościach. Trudno budować je na fundamencie, na którym jedna strona świętuje to, co dla drugiej pozostaje raną nie do zabliźnienia.
Test dojrzałości sojuszu
Polska konsekwentnie wspiera Ukrainę w wojnie z Rosją. Przyjęła miliony uchodźców, dozbraja jej armię, jest zapleczem logistycznym Kijowa. Ten realizm nie znosi jednak milczenia w polityce historycznej. Sojusz wojskowy i twarda ocena zbrodni na Wołyniu mogą istnieć obok siebie.
Inicjatywa lwowskich radnych jest testem tej równowagi. Pokazuje, iż część ukraińskich elit traktuje kult UPA jako element tożsamości nie do negocjacji, choćby kosztem relacji z najbliższym sojusznikiem. Pytanie, które stawia się dziś w Warszawie i w Rzeszowie, brzmi: jak długo można oddzielać wdzięczność za teraźniejszość od rachunku za przeszłość, skoro druga strona schodzić z niego nie zamierza?
Źródło: Rzeszów News








